Wojskowa Akademia Medyczna to koszt miliarda zł? „Kosztowny moloch”

Wojskowa Akademia Medyczna to koszt miliarda zł? „Kosztowny moloch”

Uroczystość podpisania umowy w sprawie SAFE. Od lewej: Władysław Kosiniak-Kamysz, Andrzej Domański, Premier Donald Tusk
Uroczystość podpisania umowy w sprawie SAFE. Od lewej: Władysław Kosiniak-Kamysz, Andrzej Domański, Premier Donald Tusk Źródło: Newspix.pl / Grzegorz Krzyżewski / fotonews / newspix.pl
To pachnie powrotem do niesławnych kadr jednostek nadwiślańskich. Przestrzegam, żeby tego nie robić – mówi w rozmowie z „Wprost” prof. UW dr hab. Krzysztof Koźmiński, prawnik i ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Jego zdaniem reaktywacja Wojskowej Akademii Medycznej może nie tylko kosztować setki milionów złotych, ale też stworzyć ryzyko podwójnej lojalności lekarzy kształconych przy udziale resortów siłowych.

Tomasz Stankiewicz, „Wprost”: Problem braku lekarzy dla wojska jest realny. Ale czy prawo, które ma go rozwiązać, zostało dobrze zaprojektowane?

Prof. UW dr hab. Krzysztof Koźmiński: Zacząłbym od tego, że sam problem rzeczywiście istnieje. Z dostępnych danych wynika, że brakuje lekarzy, którzy mogliby wykonywać zadania na rzecz Sił Zbrojnych RP. Z Oceny Skutków Regulacji wynika, że na 1506 etatów lekarskich w wojskowej służbie zdrowia obsadzonych jest 888, a więc w 59 procentach. Jeden lekarz przypada na 260 żołnierzy, podczas gdy standard NATO mówi o jednym na stu. Skala problemu jest realna. Nie kwestionuję więc potrzeby wzmacniania zaplecza medycznego wojska.

Mam natomiast poważne wątpliwości, czy proponowane rozwiązanie jest właściwe. Mówię to jako prawnik, który analizował projekt, ocenę skutków regulacji i uzasadnienie ustawy, ale także jako akademik znający problemy szkolnictwa wyższego. Działam m.in. w Polskiej Komisji Akredytacyjnej, wizytuję uczelnie i widzę, jak funkcjonuje system.

Reaktywacja uczelni sprzed ponad dwóch dekad to ogromne wyzwanie organizacyjne i finansowe. To nie jest projekt na rok czy dwa, ale raczej na siedem, osiem, może dziesięć lat poważnych nakładów. Trzeba więc zapytać, czy te koszty są współmierne do efektu i kiedy się zwrócą w postaci oczekiwanych efektów.

Gdzie widzi pan największe ryzyko?

W tym, że lekarz może znaleźć się w sytuacji podwójnej lojalności. Z jednej strony ma obowiązek ratować życie i zdrowie pacjenta, zgodnie z etyką zawodu medycznego. Z drugiej, jeśli od początku będzie kształcony w strukturze podporządkowanej resortom siłowym. I o ile podporządkowanie w strukturze MON jest oczywiste to już zapowiadany mariaż ze strukturami MSWiA powoduje u mnie dreszcze. Jeżeli WAM miałby opierać się na kadrze z MSWiA, wprowadzić przedmioty niemedyczne na potrzeby MSWiA, to u mnie w głowie natychmiast pojawia się pytanie wobec kogo przede wszystkim będzie lojalny i odpowiedzialny: wobec pacjenta, hierarchii wojskowej, a może cywilnej “bezpieki”?

To nie jest abstrakcyjny problem. Historia pokazuje, że gdy medycyna zbyt mocno zostaje włączona w logikę struktur siłowych szczególnie przeznaczonych do przestrzegania wewnętrznego porządku publicznego, pojawiają się zagrożenia dla praw człowieka. Rok temu w naszej opinii do projektu ustawy o utworzeniu Wojskowej Akademii Medycznej przygotowanej przez Centrum Oceny Skutków Regulacji Uniwersytetu Warszawskiego przywoływaliśmy m.in. doświadczenia Abu Ghraib czy Guantanamo. To przykłady sprzed około dwudziestu lat, a więc wcale nie odległe. Co więcej, wydarzyły się w armii państwa, które bardzo mocno odwołuje się do praw człowieka, podziału władzy i gwarancji obywatelskich. To pachnie powrotem do niesławnych kadr jednostek nadwiślańskich. Przestrzegam, żeby tego nie robić.

Czyli pana zdaniem pacjent może mieć problem z zaufaniem do takiego lekarza?

Pacjent często nie ma wyboru. Niekiedy nawet nie wie, w jaki sposób kształcony był lekarz, który się nim zajmuje. Ale właśnie dlatego państwo powinno bardzo ostrożnie projektować takie instytucje.

Lekarz powinien ratować niezależnie od tego, kim jest pacjent, jakie ma poglądy, jaką funkcję pełni i jak oceniamy go moralnie. Dotyczy to także osób pozbawionych wolności czy przeciwników, którzy dostaną się do niewoli podczas konfliktu zbrojnego. Jeśli medyk w mundurze myśli w kategorii żołnierza, i służby wojskowej nie jest to żadnym problemem, natomiast jeżeli w wyniku różnych kontaktów na uczelni z aparatem bezpieczeństwa zacznie myśleć inaczej, a jeszcze czuć zobowiązanie wobec wykładowców z MSWiA czy mówiąc wprost zostanie w trakcie studiów zwerbowany jako agent służb bezpieczeństwa powstaje realne niebezpieczeństwo, nie tylko dla pacjentów ale i dla żołnierzy.

Zwolennicy projektu powiedzą jednak, że wojsko potrzebuje lekarzy przygotowanych do pracy na froncie.

I będą mieli rację, jeśli chodzi o diagnozę problemu. Wojsko potrzebuje lekarzy przygotowanych do działania w warunkach wojennych. Nie wynika z tego jednak automatycznie, że trzeba tworzyć nową uczelnię i to jeszcze powiązaną ze strukturami MSWiA.

Mamy w Polsce bardzo dobre uczelnie medyczne: w Warszawie, Łodzi i innych miastach. One już kształcą lekarzy. Nie przekonuje mnie teza, że potrzebny jest zupełnie inny lekarz do ratowania życia człowieka w mundurze i zupełnie inny do ratowania cywila.

Można wykorzystać potencjał istniejących uczelni, a następnie kierować lekarzy na specjalistyczne kursy wojskowe. Można ich uczyć specyfiki działania w czasie wojny, organizacji pomocy na froncie czy procedur właściwych dla wojska. To wydaje mi się rozwiązaniem bardziej racjonalnym niż budowanie od nowa dużej instytucji.

Czyli alternatywą byłoby tworzenie modułów albo kierunków przy istniejących uczelniach?

Moim zdaniem tak. Nie osłabiajmy tego, co już dobrze funkcjonuje. Istniejące uczelnie medyczne mają kadrę, doświadczenie, infrastrukturę i dorobek. Kształcą lekarzy, dentystów i przedstawicieli innych zawodów medycznych.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby stworzyć nadbudowę: system kursów, specjalizacji, koordynacji z wojskiem. To pozwoliłoby lepiej wykorzystać zasoby, które już mamy. Tymczasem projekt reaktywacji WAM może oznaczać stworzenie nowego, kosztownego molocha, który będzie konkurował o ludzi i pieniądze z istniejącymi uczelniami.

Wspomniał pan o kosztach. Jak duży może być to problem?

Bardzo duży. Aktualna Ocena Skutków Regulacji podaje konkretne kwoty: 448 milionów złotych na koszty osobowe i dydaktyczne w perspektywie dziesięciu lat oraz 430 milionów na nakłady infrastrukturalne w pierwszych pięciu latach. Razem niemal 878 milionów złotych – wszystko z budżetu obronnego, kosztem innych pozycji w wydatkach Ministerstwa Obrony Narodowej. A doświadczenie z ocenami skutków regulacji w Polsce uczy, że takie szacunki bywają zaniżone. Pamiętajmy też, że uczelnia powstaje 1 lipca 2026 roku, ale kształcenie rozpocznie najwcześniej w roku akademickim 2027/2028 – przez piętnaście miesięcy będzie funkcjonować jako jednostka organizacyjna MON, z pełnym finansowaniem, ale bez studentów. To kosztowna inkubacja na koszt budżetu obronnego

Nie chodzi tylko o budynki czy administrację. Chodzi także o kadrę. Uczelnie medyczne mają dziś własnych wykładowców, badaczy i praktyków. Tych ludzi nie można traktować jak mebli, które swobodnie przestawia się z miejsca na miejsce. Często odnoszą sukcesy właśnie dlatego, że pracują w określonym środowisku, mają zaplecze, zespoły, warunki do badań i dydaktyki.

Jeżeli zaczniemy wyrywać te zasoby z istniejących uczelni, możemy je po prostu osłabić. A nauka nie lubi chaosu. Skoro mamy dobrze oceniane jednostki, które przechodzą ewaluację i kontrole akredytacyjne, to rozsądniej byłoby je wzmacniać, a nie rozpraszać ich potencjał. A sięganie po kadry z Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA na Wołoskiej jak zapowiadał to minister Tomczyk i dyrektor Departamentu Wojskowej Służby Zdrowia Kosowski jest totalnym nieporozumieniem.

Czy w projekcie widzi pan także problem konstytucyjny?

Tak, choć mówiłbym raczej o poważnych wątpliwościach ustrojowych. Polska konstytucja w obszarze obronności i polityki zagranicznej wprowadza daleko idący podział kompetencji. Mamy prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych, mamy rząd, mamy ministra obrony narodowej. Do tego dochodzą pojęcia nieostre, które w praktyce mogą prowadzić do sporów.

Jeżeli uczelnia kształcąca lekarzy wojskowych byłaby ściśle podporządkowana ministrowi obrony narodowej, pojawia się pytanie, czy nie stanie się przedłużeniem polityki tego ministra. A co w sytuacji konfliktu wojennego? Co w sytuacji napięcia między prezydentem a rządem? To są pytania, których nie można lekceważyć.

A co z udziałem struktur MSWiA? Czy to również może być problem?

Generalnie podporządkowywanie medycyny wewnętrznym resortom siłowym jest ryzykowne. W demokracjach liberalnych przyjęliśmy podział na sferę cywilną i wojskową właśnie po to, aby struktury mundurowe nie dominowały obszarów związanych z ochroną ludności, zdrowiem publicznym czy prawami podstawowymi i odwrotnie.

Trzeba przy tym wyraźnie odróżnić wojsko od aparatu bezpieczeństwa wewnętrznego – to fundamentalna różnica ustrojowa. Wojsko broni państwa przed zagrożeniem zewnętrznym, a obywatel z natury rzeczy nie jest przedmiotem jego działań; aparat bezpieczeństwa wewnętrznego operuje natomiast wobec obywateli, a lekarz wpisany w tę strukturę staje wobec pacjenta, którego prawa konstytucyjne bywają przedmiotem działań jego macierzystej instytucji. To konflikt o charakterze strukturalnym, wpisany w samą logikę takiej relacji. Polska świadomie zlikwidowała mundurowy pion medyczny resortu spraw wewnętrznych w 1990 roku – w oparciu o nasze własne, niedobre doświadczenia. Trudno mi zrozumieć, co takiego zmieniło się przez ostatnie trzydzieści pięć lat, że dziś rozważamy powrót do tego modelu.

Oczywiście w sytuacjach nadzwyczajnych te sfery muszą ze sobą współpracować. Czym innym jest jednak współpraca, a czym innym trwałe podporządkowanie procesu kształcenia lekarzy wojskowych logice resortu spraw wewnętrznych.

Czy pana zdaniem projekt ma przede wszystkim wymiar symboliczny?

Mam takie wrażenie. Samo słowo „reaktywacja” budzi we mnie ostrożność. Świat się zmienił, wojna w Ukrainie pokazała nowe oblicze konfliktu, a my wracamy do koncepcji instytucji sprzed dwóch dekad, zakorzenionej jeszcze w innym modelu państwa i armii.

Jeżeli coś działa dobrze, należy to wzmacniać. Tymczasem tutaj widzę rozwiązanie przede wszystkim symboliczne i emocjonalne, a słabo uzasadnione organizacyjnie oraz ekonomicznie. Jako osoba zajmująca się oceną skutków regulacji zawsze pytam: czy to się spina? W tym przypadku ani od strony kosztów, ani organizacji, ani doboru narzędzi do zdiagnozowanego problemu nie jestem przekonany.

Czy za takim projektem mogą stać interesy konkretnych środowisk?

Nie mam na to dowodów, więc mówię ostrożnie. Ale z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli projekt jest słabo uzasadniony, a mimo to wraca w debacie publicznej, często oznacza to, że istnieje jakaś grupa interesu.

Nie musi być w tym nic nielegalnego. Grupy interesu są naturalną częścią życia publicznego: mają je nauczyciele akademiccy, prawnicy, sędziowie, politycy, związki zawodowe czy organizacje pracodawców. W środowisku akademickim również są osoby, które szukają drogi awansu, nowych stanowisk albo instytucjonalnych możliwości.

Prezydent powinien zawetować ustawę?

Uważam, że argumenty za wetem na pewno istnieją. Po pierwsze są to argumenty ekonomiczne i organizacyjne. Po drugie, etyczne, związane z ryzykiem podwójnej lojalności lekarza. Po trzecie, ustrojowe, dotyczące relacji między prezydentem, rządem i ministrem obrony narodowej.

Problem ze słabym prawem w Polsce często polega na tym, że dobrze rozpoznaje się problem, ale źle dobiera narzędzie jego rozwiązania. Tutaj właśnie to widzę. Brak lekarzy dla wojska jest realny. Ale odpowiedzią nie musi być reaktywacja wielkiej, kosztownej uczelni podporządkowanej logice resortów siłowych.

Prezydent, jako zwierzchnik sił zbrojnych, powinien rozważyć nie tylko argumenty za ustawą, ale także te przeciwko niej. A tych jest naprawdę dużo.

Czytaj też:
WAM czy wydmuszka? Szpital z odzysku, kadry z MSWiA. Test dla prezydenta Nawrockiego

Artykuł został opublikowany w 22/2026 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.