Wokół Macieja Berka było w ostatnich tygodniach szczególnie gorąco. Opozycja, a nawet część koalicjantów KO zarzucała mu, że jest politykiem, kandydującym na stanowisko sędziego TK. Wcześniej za podobną sytuację środowisko KO mocno krytykowało przecież PiS, kiedy sędziami TK zostawali Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz.
Maciej Berek sędzią TK. Pierwszy wywiad po głosowaniu
Berek w rozmowie z Wirtualną Polską zapewniał, że cieszy się z nowej roli, choć wskazał na ciemne strony całej sytuacji. – Dla prawnika bycie sędzią Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z największych zaszczytów, jakie mogą go spotkać, a Trybunał jest, i ja w to bardzo wierzę, jednym z najważniejszych organów w państwie. Więc nigdy nie powiem, że żałuję. Natomiast koszt jest bardzo duży, bo skala ataku, jaki został przypuszczony w ostatnich paru dziesiątkach godzin przed głosowaniem sejmowym, była istotna – przyznał.
– W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przed głosowaniem skumulowało się kilka zjawisk naraz. Najpierw mówiono, że nie powinienem kandydować, bo współpracowałem z premierem. Potem, że nie spełniam wymagań z ustawy, która wprawdzie nie obowiązuje, ale „dobrze by było, żeby były przestrzegane”. Potem wyciągnięto zarzuty formalne – wyliczał był minister.
– W czwartek wieczorem posłowie PiS zapowiedzieli wniosek o zabezpieczenie do TK, bo – jak zrozumiałem – ustawa o Trybunale Konstytucyjnym nie „spinała się” z ustawą o Trybunale Stanu. Mówię to z ironią: każdy prawnik wie, że gdy jedna ustawa „nie zgadza się” z drugą, nie idzie się z tym do Trybunału, który ocenia zgodność ustaw z Konstytucją, a nie relacje między ustawami – zauważał Berek.
Spór o TK. Berek porównał się ze Święczkowskim
– Kolejnego dnia mieliśmy słynne szczekanie na sali obrad i ministra Boguckiego, który przyjechał z Kancelarii Prezydenta włączyć się w debatę – czego w historii polskiego parlamentu nie było: przedstawiciel prezydenta próbujący wpłynąć na głosowanie posłów w sprawie, w której prezydent formalnie nie uczestniczy. Jak miałbym to podsumować, to chyba tak, jak napisał mi ktoś ze znajomych: „Ależ oni się boją” – mówił.
Maciej Berek nie przyjmuje też zarzutów, jakoby jego pojawienie się w TK było czysto politycznym wyborem. – Co do mojej ścieżki: przepracowałem dla państwa 28 lat, z czego ostatnie trzy jako członek rządu. Zacząłem jako młodszy referent w Kancelarii Senatu, potem pracowałem jako prawnik w wielu urzędach, aż w końcu byłem szefem Rządowego Centrum Legislacji. Do funkcji rządowej doszedłem ścieżką urzędniczą i prawniczą, nie polityczną – i widzę różnicę między tą drogą a drogą sędziego Święczkowskiego – stwierdzał.
Prezydent Nawrocki nie odbierze ślubowania od sędziego Berka?
Berka zapytano też o przypuszczenia odnośnie jego dalszego losu, a konkretnie przyjęcia ślubowania przez prezydenta. – O to proszę pytać Kancelarię Prezydenta. Z kalendarza wynika, że moja kadencja zaczyna się 16 września. Mam nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z przepisami, ale co zrobi pan prezydent – to pytanie do niego – odpowiadał.
– Próba rozmowy o „planie B” sprowadza się do tego, żeby pośrednio potwierdzić założenie, że dojdzie do ignorowania przepisów ustawowych. Na taką wycieczkę intelektualną zaprosić się nie dam. Tuż przed naszą rozmową czytałem wypowiedź prezesa Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysława Rosatiego i mogę ją w całości powtórzyć: jestem sędzią Trybunału od momentu wyboru przez Sejm, niezależnie od dyskusji, która toczyła się po ogłoszeniu mojej kandydatury – podsumował.
Czytaj też:
Berek w TK, gromy na Tuska. Prof. Antoni Dudek mówi o „skali hipokryzji” Czytaj też:
Nowy sędzia ma w Trybunale kluczowe zadanie. „Berek to zbrojne ramię Tuska”
