Zanim powiedziała, jak ma na imię, powiedziała mi, że jest oziębła. Imię padło chwilę później – Alina, czterdzieści pięć lat, bibliotekarka – i pojawił się szeroki uśmiech, który nie schodził jej z twarzy przez całą rozmowę, nawet kiedy mówiła o rzeczach trudnych. Słowo „oziębła” też podała z uśmiechem. Lekko, bez zawahania, tak jak podaje się grupę krwi albo rok urodzenia. Nie pytała, czy to prawda. Przyszła z tym, jak z informacją, którą powinienem mieć na starcie, zanim zaczniemy rozmawiać o czymś ważniejszym.
Lata temu, na uniwersyteckim wykładzie o zaburzeniach popędu seksualnego u kobiet, profesor zaczął z katedry od dowcipu. Dwóch facetów stoi przy barze. Jeden zagląda do szklanki i mówi: „Stary, pierwszy raz widzę kostkę lodu z dziurką”. Drugi na to: „Daj spokój. Żyję z taką od dwudziestu lat”. Sala wybuchła śmiechem, rozległy się nawet oklaski. A ten drugi? Dwadzieścia lat obok tej samej kobiety i ani razu nie przyszło mu do głowy, że sam może mieć coś wspólnego z temperaturą. Na tym stał cały kawał. I na tym samym przez dekady stała diagnoza: stawiano ją jej, nigdy temu, co było wokół niej.
Jestem facetem i nie wiem, jak to jest. Wiem za to, co słyszę w gabinecie od kobiet, które mówią o sobie: „ja chyba tak już mam”.
Kiedy w Polsce mówi się o kobiecym pożądaniu po czterdziestce, rozmowa zwykle trafia na jedną z dwóch półek. Na pierwszej leżą hormony, terapia hormonalna, lista objawów i wizyta u ginekologa. Na drugiej są kręgi kobiet, warsztaty i odkrywanie „nowej siebie”. Obie są potrzebne i naprawdę pomagają. Tyle że żadna nie opisuje tego, co widzę najczęściej.
Oziębłość jest związkiem
Aktualne cyfrowe wydanie tygodnika dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
