Recenzja filmu „Joker”. Jak bardzo przyczyniasz się do zła, mimo że nie pociągasz za spust?

Recenzja filmu „Joker”. Jak bardzo przyczyniasz się do zła, mimo że nie pociągasz za spust?

Kadr z filmu „Joker”
Kadr z filmu „Joker” / Źródło: BRON Studios
Todd Phillips pokazał nam, jak trudno jest być człowiekiem. Nie chodzi tu jednak o nasze życie, tylko o to, jak my wpływamy na innych. Przy śmiechu Jokera, brzmiącym, jak wycie z rozpaczy, reżyser zadaje widzom pytanie – czy nie jest tak, że każdy z nas jest winny? Jak bardzo my, mający siebie za dobrych ludzi, możemy wpłynąć na czyjeś życie? I czy w kontakcie z innymi bierzemy poprawkę na to, że nic o nich właściwie nie wiemy? Joaquin Phoenix przedstawiając nam Jokera, zmusił nas do zanurkowania w obłędzie. Czy, gdy wypłyniesz na powierzchnię, nie masz zrozumienia dla tego okropnego człowieka, który skrzywdził tak wielu? Jeżeli masz – to czy nie czujesz się z tego powodu winnym? Ale jeżeli nie masz, to czy nie powinieneś odpowiedzieć sobie na dokładnie to samo pytanie?

Uwaga. Tekst zawiera spoilery dotyczące filmu – lepiej przeczytać go już po seansie.

Nikt nie ma chyba wątpliwości co do tego, że Arthur Fleck jest chory psychicznie. Film jednak w dwóch sprawnych zabiegach pokazuje nam, co go do tego doprowadziło. Poznajemy jego teraźniejszość oraz przeszłość. Na początku mało o nim wiemy. Jest niepozbieranym człowiekiem z poważnymi problemami ze samym sobą, takim, jakich zapewne jest wielu wokół nas. Mieszka z matką, jest ubogi, wciąż marzy o karierze komika. Próbuje wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafi, stara się uśmiechać, jak przystało na „Wesołka”, podejmuje nawet walkę w swojej obronie, jednak wszystko zawsze kończy się niepowodzeniem, upadkiem na bruk, otrzymaniem ciosu. Na spotkaniach z psychiatrą mówi wprost – jestem nieszczęśliwy, wszystko jest nie tak, jak powinno, świat stanął na głowie. Bohater filmu odczuwa ogromny ból tego, jak wygląda życie. Przecież tak bardzo się stara, dlaczego więc wciąż obrywa? Na domiar złego ktoś skrzywdził go kiedyś tak bardzo, że myli śmiech z każdym innym uczuciem. Nie okazuje strachu czy smutku, a odpowiedzią na każdą przykrą sytuację jest śmiech. Jak bardzo zakpił los z tego człowieka? Uśmiechasz się, czyli jesteś zadowolony, coś cię śmieszy, jesteś szczęśliwy – czyż nie tak?

To, co zrobił Todd Phillips było bardzo ryzykowne. Nie tylko zadaje pytania, których jeszcze nikt nie zadał, ale robi to w sposób, z którym ciężko się spotkać w innych produkcjach. Oto mamy złego człowieka – chyba każdy z nas jest o tym przekonany. Zabił wielu ludzi, tylko dlatego, że podjęli jedną złą decyzję. On jest panem świata, on czuje, że żyje dopiero, gdy wymierza błędnie rozumianą sprawiedliwość pociągając za spust. Gdy Arthur Fleck zabija po raz pierwszy, ucieka z peronu, po czym zamyka się w opuszczonym pomieszczeniu i... tańczy. To jest taniec śmierci, wyrażający równość wszystkich ludzi w jej obliczu. Bohater filmu triumfuje – w końcu, w jego rozumieniu, odpłacił się za całe zło, które go spotkało. Znalazł swoją drogę w świecie, który zupełnie nie rozumie, przez co przechodzi. Ale czy reżyser w taki sposób nie usprawiedliwia jego okropnych czynów?

Czy gdyby jego kolega nie podarował mu w pracy broni, to kiedykolwiek by kogoś zabił? Czy gdyby nie skrzywdzono go w dzieciństwie, byłby agresywny, dziwny i przerażający? Dopiero na koniec mówi, co myśli, jest dumny, pewny siebie. Dlaczego? Bo otrzymał wsparcie od innych chorych ludzi, którzy wyszli na ulice, oddając mu cześć. Widzi, ile osób podziwia jego i to, co zrobił. Czy gdyby ktoś wyciągnął Arthura jako małego chłopca z toksycznego domu lub jako już dorosłego człowieka pokierował go na dobrą drogę, to ta historia zakończyłaby się tak samo? Zło rodzi zło – i to chce uświadomić nam ten film.

Czytaj także:
Najbardziej znany złoczyńca świata. Co wiesz o Jokerze?
Czytaj także:
„Joker” został nagrodzony Złotym Lwem w Wenecji. Oto wszystko, co musicie wiedzieć o filmie

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 2
  • Mam inne spojrzenie na ten film i na tę postać - po pierwsze śmiech Arthura jest objawem jego choroby, którą Arthur próbuje powstrzymać. Jego śmiech to nie wybór - to ciało obarczone neurologicznym błędem wyciska z niego bolesny śmiech. Są całe sceny ukazujące potworny smutek, samotność i strach Arthura, są w nim odruchy człowieczeństwa i potencjał do szczęścia ale albo napotyka on nieczułych ludzi, którzy albo nie mają na wskroś empatii albo bez powodu źle go traktują albo krzywdzą. Jego życie to ból, z którym nie potrafi sobie poradzić. On chce być normalny i szczęśliwy, ma marzenia by zostać komikiem i wystąpić u Murreya -on nie jest złym człowiekiem, to człowiek, który ma jeden zasadniczy problem. Swoją chorobę. Pomoc społeczna i opieka zdrowotna - systemowa - jest raczej prowizoryczna i dalece niewystarczająca. Ludzie postronni nie stają w jego obronie, nikt nie reaguje - może ze strachu? może są zajęci swoimi sprawami. Jednak w końcu ludzie wychodzą na ulicę więc nie są tak do końca obojętni na to co ich otacza - może dlatego, że w końcu pojmują, że to dotyczy także ich - że są pomijani, wykluczeni. Przemoc, nierówności klasowe i społeczne, kryzys ekonomiczny dotyczą większości z nas - nie tylko Arthura. Niestety ludzie reagują trochę za późno, kiedy Arthur - wierzę że najpierw w samoobronie - zabija w metrze. Kolejne morderstwa to żadna planowana zemsta. Po prostu jemu już wszystko jest jedno, wcześniej próbował walczyć - teraz już się poddaje. Dlatego zabija Randalla u siebie w domu - a karła zostawia przy życiu - moim zdaniem genialna scena, która pokazuje, że jest chory psychicznie, bo nawet brutalne morderstwo swojego kolegi traktuje jak wypalenie papierosa. Jest tylko po prostu zmęczony udawaniem, że może być normalny. Gdyby był wyrachowanym mordercą zabiłby obu. Jemu nie chodzi jednak o zabijanie samo w sobie, on ma już wtedy dość, za dużo oberwał zupełnie jak Michael Douglas w Upadku. Oberwał o jeden raz za dużo. Arthur nie chce się dłużej starać, skoro świat mu tego nie ułatwia - godzi się być sobą i śmiać się nawet wtedy gdy nie jest śmiesznie. Zło rodzi się gdy dobrzy ludzie są obojętni, albo gdy ludzie są nieszczęśliwi albo kiedy silniejsi okazują pogardę słabszym. Tak naprawdę do zła łatwo namówić normalnych, zdrowych religijnych ludzi - wszystko zależy od okoliczności. Ten fenomen już był badany w eksperymencie stanfordzkim ( patrz efekt Lucyfera Zimbardo ). Wystarczy jeden raz za dużo oberwać i jeśli nie przyjdzie moment oprzytomnienia to następuje eskalacja - każdy z nas może być zły, to tylko kwestia naszej odporności psychicznej i wyczucia tej granicy, po przekroczeniu której nie ma już odwrotu. U każdego ta granica jest w innym miejscu. Dlatego jestem zdania, że Joker tak naprawdę jest w każdym z nas - pytanie tylko na ile wytrzymamy, czy i jak długo potrafimy się kontrolować i robić dobrą minę do złej gry.
    • Dla kogo jest ten film? Ani na randkę ani dla szkół. Film o chorym człowieku z drastycznymi scenami. Bez morału. Powinien mieć kategorię "chory film". Nie polecam