Trzydzieści lat samotności

Trzydzieści lat samotności

„Matthias i Maxime”
„Matthias i Maxime” / Źródło: Sons of Manual
Ostatnią dekadę Xavier Dolan przepracował na najwyższych obrotach. W „Matthiasie i Maximie” ogląda się wstecz. Pokazuje, jak on i ludzie z jego pokolenia zagubili się w pędzie.

Mówiono o nim „cudowne dziecko kina”. Swój debiut pokazał na festiwalu w Cannes dwa miesiące po 20. urodzinach. Pięć lat później, gdy prezentował świetną „Mamę”, w miejscowym sklepie Fnac można było kupić box z jego wybranymi (!) filmami. Dzisiaj już nikt nie ekscytuje się jego wiekiem. Ma na koncie osiem pełnych metraży i należy do panteonu światowych reżyserów – z charakterystycznym stylem, kolekcją najważniejszych nagród, zaufaniem widzów i uznaniem krytyków oraz świadomością ceny, którą musiał zapłacić za swoją pozycję.

„Matthias i Maxime” to fi lm człowieka zmęczonego. Opowieść o ludziach, którzy muszą zadać sobie pytanie, w jakim miejscu życia się znaleźli. – Skończyłem trzydziestkę – mówi mi reżyser. – To specyfi czny czas: kiedy ciągle jest się młodym, ale już nie najmłodszym. Człowiekowi wydaje się, że dogryzł się wreszcie do jakiejś prawdy o sobie, rozpoznał swoje potrzeby i oczekiwania wobec świata. A nagle patrzy w lustro i okazuje się, że być może to nieprawda.

Tytułowi bohaterowie przyjaźnią się od dziecka. Matt zrobił karierę, ma stałą partnerkę, wygodne życie. Max (w tej roli sam Dolan) pracuje jako barman, zajmuje się matką narkomanką po odwyku i przygotowuje do wyjazdu na dwa lata do Australii. Na imprezie siostra kumpla poprosi ich, żeby zagrali w jej etiudzie scenę pocałunku. Niby nic. Ale Matt nie będzie w stanie o tym momencie bliskości zapomnieć. A gdy już zaczyna kwestionować jedną sferę życie, kolejne pytania spadną na niego jak lawina.

„Matthias i Maxime” jest obok debiutanckiego „Zabiłem moją matkę” najspokojniejszym i najbardziej intymnym filmem Kanadyjczyka. I te dwie opowieści, które oddziela dekada, oddają drogę, którą przeszedł. A razem z nim: jego generacja. Sam mówi: – Robię filmy dla wszystkich. Wiem jednak, że są one szczególnie ważne dla ludzi w moim wieku. Bo oni czekają na sztukę, która odbije ich rzeczywistość.

Zdolna bestia

Jego pierwszy fi lm był z tej rzeczywistości dosłownie wydarty. Xavier Dolan na ekranie grał siebie i opowiedział o swojej relacji z matką. Rodzice rozwiedli się, gdy miał osiem lat. Ojciec, aktor Manuel Tadros, założył nową rodzinę, oni zostali we dwoje. „Zabiłem..”. niesie obraz trudnej miłości. Silnej, bezkompromisowej, ale i toksycznej. Już w pierwszej scenie bohater mówił: „Kiedy byłem mały, kochaliśmy się. Ciągle ją kocham, mogę na nią patrzeć, rozmawiać z nią, być w pobliżu. Ale nie mogę być jej synem”.

Dolan stworzył uczciwy i dojrzały film, w którym próbował zrozumieć oboje bohaterów. To nie tylko zapis okresu buntu, lecz także uzyskiwania niezależności: trudnego odkrywania własnej tożsamości i głosu, jakim chce się mówić w dorosłym życiu.

– Byłem w dokładnie tym stanie, co mój bohater – komentuje po latach autor. – Miałem 17 lat, wyprowadziłem się z domu i szukałem katharsis. Myślę, że gdyby nie „Zabiłem..”., znalazłbym się w bardzo złym miejscu. Ten film skanalizował gniew, który zbierał się we mnie od dzieciństwa.

Przy okazji otworzył też Dolanowi drogę do kariery. Zrealizowany częściowo z oszczędności artysty (od czwartego roku życia pracował jako aktor i model, był m.in. twarzą sieci aptek) film dostał się do sekcji Piętnastka Realizatorów festiwalu w Cannes, gdzie okrzyknięto go objawieniem. Rok później, z „Wyśnionymi miłościami”, reżyser awansował do oficjalnej selekcji. I wtedy narodziła się gwiazda.

Dolan był „produktem idealnym”. Przystojny hipster w modnych okularach, świetnie ubrany, wygadany, z lekką nutą nonszalancji. Gej, który nie ma problemu ze swoją orientacją. Showman czujący się w mediach i na konferencjach prasowych jak ryba w wodzie. A w dodatku w całej tej stylizacji bardzo prawdziwy.

– Gore Vidal mówił, że „styl to znajomość siebie”. I to prawda. I nie chodzi tylko o ciuchy. Trzeba mieć własne spojrzenie na świat, wiedzieć, w jaki sposób się krzyczy, płacze, mówi. Potem wystarczy być temu wiernym – twierdzi. Warto podkreślić jeszcze jedno: Dolan jest filmowym zwierzęciem. Czuje kino instynktownie. Jego ekran mieni się wszystkimi kolorami. Fascynują ścieżki dźwiękowe jego filmów. Klasyka miesza się w nich z popowymi przebojami, „White Flag” Dido i „Wonderwall” Oasis z Bachem i Wagnerem. Bo przecież popkultura, która znosi hierarchię, jest jego naturalnym środowiskiem. W rytmie popowych hitów przeżywał zawsze swoje emocje, związki, sukcesy i porażki.

– Jako neofita lansowałem się, gardząc komercją – śmieje się. – Dzisiaj myślę: co z tego, że „Thor” to superprodukcja? Czerpię z niej przyjemność. Jak można nie mieć frajdy z patrzenia na klatę Chrisa Hemswortha? Jeszcze pięć lat temu nie dałbym sobie tej wolności. Właśnie takie snobizmy, stereotypy, uprzedzenia staram się stopniowo z siebie wypleniać.

W swoim kinie opisuje ludzi podobnych do siebie: miejskie dzieciaki z dostatniego, kanadyjskiego pierwszego świata, które chcą żyć, bawić się, kochać. Tylko to ostatnie okazuje się trudniejsze, niż się spodziewali. Bo choć wydają się świetnie przystosowani do środowiska, w głębi serca noszą zadry, lęki, poczucie obcości.

Nadmiar uczuć

To właśnie pęknięcia w raju interesują go najbardziej. Może dorastanie w cieniu rozwodu, może doświadczenie szkoły z internatem, gdzie został pobity przez osiłków po coming oucie, może fakt, że pracując od dziecka, zawsze był najmłodszy w pokoju. Coś skalibrowało jego wrażliwość tak, że zawsze portretował ludzi dźwigających stygmat odmienności. W „Na zawsze, Laurence” – transseksualną kobietę, która wyjawia swojej dziewczynie prawdziwą tożsamość, w „Tomie” – geja trafiającego na konserwatywną wieś, w „Mamie” – chłopaka z ciężkim ADHD, który, pozbawiony kontroli nad swoimi emocjami, nieustannie pozostaje tykającą bombą.

– Rozumiem ich. Sam byłem dziwnym dzieciakiem. Lubiłem się przebierać, grać różne role, oglądałem obłędnie „Titanica” i pisałem listy do Leonardo DiCaprio, w których opowiadałem mu o sobie. Sytuowałem się więc gdzieś w połowie skali między freakiem a marzycielem.

Wszystkich tych bohaterów łączy także samotność. U Dolana jednak cierpią oni nie z braku uczuć, tylko z ich nadmiaru. Emocje zawsze są podniesione do sześcianu i zawsze trudne. Artysta nazywa siebie „reżyserem historii o matkach”, bo często, tak jak w debiucie, to one stają się u niego najważniejsze. Tak samo jednak nie mogą ujarzmić i nadać kształtu swoim przeżyciom bracia, kochankowie, przyjaciele. W „To tylko koniec świata” wrogość w rodzinie, która wspólnie siada do stołu, okazuje się tak wielka, że chłopak nie może nawet powiedzieć bliskim, że umiera. Choć przecież wszyscy chcą dobrze. Jak śpiewa Camille w piosence otwierającej film: „Dom jest tam, gdzie boli”.

– To chyba najważniejsze dla mnie tematy – mówi Dolan. – Miłość, pożądanie, poszarpane relacje bliskich sobie ludzi.

Zmęczenie trzydziestolatka

I tak robił film za filmem. Dzisiaj żartuje, że Cannes, gdzie premierę miało sześć jego produkcji i gdzie zasiadał w głównym jury, stało się jego drugim domem. Sukces osiągnięty w tak młodym wieku ma jednak swoją ciemną stronę. – Tak naprawdę nigdy nie byłem pewny siebie – wyznaje. – Gdy nagle spadło na mnie zainteresowanie mediów, aby się chronić, nałożyłem na twarz maskę chojraka. To nie pierwszy przypadek, gdy wyszczekanie skrywa problemy z poczuciem własnej wartości.

Raz ogłosił, że zrobi sobie roczną przerwę, odpocznie i pójdzie do szkoły filmowej, na którą nie miał czasu, bo był zbyt zajęty robieniem kina. Twierdził, że przestał ufać innym, bo ci sami ludzie, którzy go odtrącali, gdy potrzebował pomocy, nagle zaczęli się do niego uśmiechać i przedstawiać mu partnerki aktorki. Miotał się. Trudno nie czuć presji, gdy ma się dwadzieścia kilka lat i abonament na najważniejszą imprezę filmową świata.

– Coraz wyższe progi oznaczały też większą odpowiedzialność, z dnia na dzień stałem się osobą publiczną – opowiada Dolan. – Dzisiaj są dni, kiedy czuję się silny i nie potrzebuję potwierdzeń ze strony innych, że mam coś do powiedzenia. Czasem jednak wstaję z łóżka jak zbity pies. Trudno mi zaakceptować to, że nie wszyscy będą mnie kochać. Mam wrażenie, że każdy czegoś ode mnie oczekuje. Czasem czytam teksty krytyków: „Dolan nakręcił to, co zawsze”. Przejmuję się, szukam świeżości i wtedy znajduję komentarz: „Nie wiadomo, po co się zmienił”. Choćbym nie wiem jak dobrą miał prasę, znajdę tę jedną negatywną recenzję.

Może dlatego „Matthias i Maxime” jest inny? Zrealizowany w wyblakłych kolorach, pozbawiony „teledyskowej” konwencji i głośnej muzyki? – Chciałem znaleźć się nie w ekipie, tylko we wspólnocie opartej na bliskości i zaufaniu – komentuje artysta. – Zebrałem najbliższych mi ludzi. Po tej dekadzie pracy zrozumiałem, jak dobrze czasem otoczyć się kokonem prawdziwych przyjaciół.

Zaproponował opowieść, w której bohaterowie koło trzydziestki odkrywają, że coś w pędzie stracili. Max, wyjeżdżając do Australii, zostawia za sobą szansę na związek, a przecież już wcześniej z iluś rzeczy zrezygnował, aby zająć się matką. Matt nie umie się ucieszyć, gdy szef proponuje mu awans. Czy kończąc studia, śnił o przesiedzeniu życia na spotkaniach z kontrahentami na 12. piętrze biurowca? Ponadto nagłe uczucie sprawia, że kwestionuje swoją tożsamość psychoseksualną.

No i sam Dolan. Jest inny niż w czasie naszych poprzednich wywiadów. Jakby cichszy. Ciągle dobrze ubrany, ale już nie wystylizowany. Nie ścina pytań błyskotliwymi ripostami. Mówi o swoich lękach i wątpliwościach: – Młodsza generacja nie ma problemu z określaniem siebie jako „osoby niemieszczącej się w binarnej definicji płci”. Moje pokolenie w czasach liceum nie znało takich słów. Świat wydawał się prosty: chłopak całuje się z chłopakiem – gej. Z dziewczyną – heteryk. Kropka, posprzątane. Nie byliśmy, oczywiście, bigotami, ale dopiero upowszechniała się świadomość, że to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane. I przez to urosły nam w głowach bariery, z którymi musimy walczyć.

A ja siedzę naprzeciwko Xaviera Dolana i zdaję sobie sprawę, że to dawne „cudowne dziecko kina” właśnie diagnozuje nie swoje, lecz nowe „młode pokolenie”.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2020
Artykuł został opublikowany w 8/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także