Cyrografy XXI wieku

Cyrografy XXI wieku

Jeremy Irons
Jeremy Irons / Źródło: Newspix.pl / ABACA
– Dobrze, że seriale stają się coraz bardziej wysublimowane. Ale czasem, gdy oglądam film w pustej sali kinowej, robi mi się zwyczajnie żal. Bo wierzę, że kino to nie tylko „content”, lecz także poczucie wspólnoty – mówi Jeremy Irons.

Nie należał pan nigdy do orędowników seriali.

A od kiedy aktorzy nie mogą się mylić? Każdy ma swoje uprzedzenia. Ja uważałem, że wkładanie takiej samej ilości pracy w serial, co w film, nie ma sensu, bo jak przyjdzie co do czego, widz i tak zamiast wartościowej propozycji telewizyjnej wybierze mecz piłki nożnej. Ale wtedy pojawiły się serwisy streamingowe i uwolniły nas od tradycyjnej ramówki. Już nie skacze się po ciężkim dniu pracy pilotem po kanałach, tylko świadomie decyduje, co i kiedy obejrzeć. Dzięki temu ludzie odkrywają też seriale sprzed lat i się nimi zachwycają. I to mnie przekonało, że angażowanie się w projekt przeznaczony na mały ekran nie jest stratą czasu.

Ale żeby Jeremy Irons grał w komiksowym serialu „Watchmen” to już chyba przesada?

Niby dlaczego? Już któryś dziennikarz sugeruje, że mam coś przeciwko komiksom. A przecież dwukrotnie grałem lokaja człowieka nietoperza – w „Batmanie v Supermanie: Świcie sprawiedliwości” i w „Lidze Sprawiedliwości”. Odrzucają mnie tylko produkcje miałkie, bez wyobraźni, kręcone od sztancy. Tymczasem wystarczy 10 minut rozmowy z Damonem Lidelofem, reżyserem „Watchmenów”, żeby wiedzieć, że facet ma pasję i fantazję. Dlatego postanowiłem być częścią kreowanego przez niego świata. Zrozumiałem, że się nie pomyliłem, gdy dostałem scenariusz pierwszego odcinka. Otwieram go i czytam, że w pierwszej scenie siedzę nago przed maszyną do pisania i masuje mnie służąca. I to ja rozumiem.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2020
Artykuł jest zamknięty
Cały wywiad dostępny jest w 3/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0