Błazen w oku cyklonu

Błazen w oku cyklonu

„Psy 3. W imię zasad”
„Psy 3. W imię zasad” / Źródło: Wonder Studio
Po ćwierć wieku „Psy” wracają do kina, a wraz z nimi fi lmowy duet. Franz Maurer, czyli Bogusław Linda i Waldemar Morawiec, czyli Cezary Pazura.Ten ostatni na emeryturze, ale nie aktorskiej.

„Ktoś się rodzi księdzem, ktoś kurwą, a ktoś inny złodziejem”. Pan się urodził aktorem?

Podczas moich pierwszych egzaminów do szkoły teatralnej podobne pytanie zadawano każdemu ze startujących – czy wyobrażają sobie życie bez aktorstwa? I wszyscy prześcigali się w odpowiedziach, od jak dawna nie wyobrażają sobie innego życia. „Ja już w liceum chciałem być aktorem”, „ja w podstawówce”, „a ja w przedszkolu!”. Zwyciężył Edward Linde-Lubaszenko, który powiedział, że jako plemnik chciał być aktorem. Nie mam szans go przebić, ale mama zawsze mówiła, że będę artystą, bo położna przy-niosła mnie pierwszy raz do karmienia ze słowami: „No, pani Jadziu, niosę pani tego artystę”.

To mama zauważyła, że jak pan gra z Bogusławem Lindą, to on zawsze jest w marynarce, elegancki. A pan co? Koszulina w kratę, druciane okularki...

A nie, teraz mam już inne okulary, nie druciane. Ale za to koszulę z second-handu. Bohater ubiera się adekwatnie do swojej pozycji, a w „Psach 3. W imię zasad” jest prezesem ogródków działkowych. Społecznie. I inwalidą trzeciej grupy, bo jak wiadomo, nie ma kciuka. To człowiek niespełniony, pokrzywdzony przez los i przez Franza Maurera – też postanowił działać w imię zasad, co nie-koniecznie bywa opłacalne.

Ma pan sentyment do „Psów”?

Ogromny. Już spotkanie przy „Krollu” z Władkiem Pasikowskim i z Bogusławem Lindą, moim idolem, zapadło mi w pamięć. Byliśmy młodzi, mieliśmy czas, że-by pójść na wódkę wieczorem, pogadać, pobyć ze sobą. Nikt się nie spieszył do do-mu, żeby odebrać dziecko z przedszkola. Powrót na plan „Psów” po 20 latach był jak ożywczy prysznic – jesteśmy inny-mi ludźmi, ale wchodzimy do tej samej wody i przebieramy się za tych samych bohaterów, których pokochali ludzie. Nie spodziewaliśmy się przecież, że teksty z „Psów” – sama pani zacytowała jeden z nich – wejdą do obiegu, chociaż już wtedy o Pasikowskim mówiło się żartobliwie, że jeśli chodzi o dialogi, to w skali od 1 do 10 punktów, on ma 12. Zrobił rzecz niebywałą – dzięki jego filmom na początku lat 90. publiczność znowu zaczęła chodzić na polskie filmy.

Po pierwszych „Psach” Pasikowski mówił, że to bajka dla dorosłych. Zawsze jest jakiś Kopciuszek z sierocińca, są źli królowie i waleczni książęta. A Waldemar Morawiec to taki głupi Jasio?

Myślę, że on spełnia inne zadanie. Tak jak widz może zazdrościć Maurerowi, że jest twardy, wspaniały, a kobiety się w nim kochają, tak Waldemar Morawiec jest kolegą z sąsiedztwa, który trafi a w oko cyklonu. Już kiedy jako „Nowy” pojawia się w pierwszych „Psach”, zaraz po szkole policyjnej w Szczytnie, młodziutki, wrażliwy, nieskalany układami, to pierwsze słowa, jakie słyszy, brzmią: „Witaj w mafii”. Podobnie się czułem, kiedy wychodziłem ze szkoły teatralnej, w której byliśmy trzymani pod kloszem. Każdy wyobrażał sobie, że będzie grał Hamleta albo doktora Żywago, a potem wychodził na spotkanie starym wyjadaczom.

Dwa dni po premierze filmu rusza pan ze swoim stand-upem. Z czego będzie pan się naśmiewał?

Staram się swoje programy kroić na miarę tego, jak ludzie postrzegają świat, a świat w tej chwili ma dwa wymiary – realny i wirtualny. I z tego rozdwojenia najczęściej robię sobie żarty, ale też drwię z procesu starzenia. Bo ja oczywiście się nie starzeję, mam wciąż 37 lat.

Kryguje się pan?

Trochę. Najśmieszniejsze jest to, że duch w człowieku się nie starzeje.

To właśnie jest najsmutniejsze.

To jest strasznie śmieszne, że w środku jesteśmy cały czas młodzi, tylko wszyscy naokoło mówią, nie wiedzieć czemu, „proszę pana”.

Jaki ma pan teraz elektorat, proszę pana?

Olaf Lubaszenko, z którym spotkaliśmy się po raz pierwszy w „Krollu”, użył takiego powiedzenia. Trzy lata wcześniej zagrał w „Krótkim filmie o miłości” i śmialiśmy się, że jego elektoratem są dziewczyny w okularach, swetrach i z książkami pod pachą, a moim – nawaleni faceci po wojsku, którzy chcą się napić z kapralem Wiadernym. Zawód, który wykonuję, jest niewolniczy, bo aktor jest więźniem tego, jak go ludzie postrzegają. Teraz mam ten komfort, że mój kanał na YouTubie, „wujka Czarka”, śledzi 660 tys. subskrybentów i to są bardzo różni ludzie.

Są tematy, których unika „wujek Czarek”?

Polityczne, bo polityka zmienia się szybciej niż kabaret. Dlatego zwracam się do publiczności, żeby nie liczyła na kabaret, bo został zawłaszczony przez polityków. Ale pocieszmy się – w polityce jak w życiu, tylko jeden plemnik na milion zostaje człowiekiem.

Wybrał pan do swojej pracy magisterskiej temat „Mój błazen”. Dlaczego?

Wiele rzeczy się na to złożyło. Po pierwsze zagrałem Błazna w przedstawieniu dyplomowym „Maria i Woyzeck” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, a po drugie pisałem pracę magisterską w 1985/1986 r., kiedy jeszcze w szkole nas uczono, że kwintesencją aktorstwa jest Stańczyk, a zadaniem artysty – mówić prawdę. Schyłek komuny, wszyscy patrzyli władzy na ręce i mieli jej dość. Myśmy wtedy nie oddzielali swojej działalności od tego, co się dzieje w kraju. Kiedy grałem u Zenona Laskowika i cenzor wykreślał jedne kwestie, dopisywaliśmy następne, do momentu aż nie mógł się doczepić. Ludzie i tak wiedzieli, o co chodzi.

Czym panu imponował Laskowik?

Klasą, inteligencją, błyskotliwością, spostrzegawczością. Nie był cynikiem. Miał wspaniałą ideę – tak stworzyć program, żeby był zrozumiały i dla pani sprzątaczki, i dla profesora. To jest sztuka. Żeby napisać tekst pomiędzy „Elementarzem” a „Panem Tadeuszem”. I to jest zadanie artysty – prze-łożyć rzeczywistość na język kabaretu, sceny. Wtedy to była walka o godność człowieka, sprawiedliwość, o to, żebyśmy żyli w normalnym, zdrowym społeczeństwie.

Czasy się zmieniają, ale Polska wciąż jest krajem bezprawia i niesprawiedliwości – zgadza się pan z taką diagnozą „Psów 3”?

To nie Polska, to bohaterom filmowym tak się zdarzyło, że są akurat w środowisku, którym rządzą układy. I jeśli ktoś nie trzyma się zasad, staje się podatny na korupcję. Zło to temat dla kina. Serial „Ślepnąc od świateł”, w którym jakiś czas temu zagrałem, też jest o tym, jak zło wciąga ludzi. Ale mamy takiego rycerza jak Franz Maurer, który się temu nigdy nie poddał.

O czym szumią „Psy”

Przypomnijmy, był rok 1992. Sejm przyjął ustawę lustracyjną, politycy przerzucali się teczkami, a Patryk Vega nazywał się jeszcze Krzemieniecki i kończył podstawówkę. Kina świeciły pustkami. Premiera „Psów” wzbudziła sensację jak pierwszy McDonald’s w stolicy, do którego ustawiły się tłumy. Hambuger z „psa trzeciej kategorii pomielonego razem z budą” nie wszystkim jednakowo posmakował. I chociaż, jak pisał wtedy Mateusz Werner, „publicystyczna wrzawa wokół »Psów« wydaje mi się czymś śmiesznym i żałosnym”, od początku równie ciekawe jak to, co się dzieje na ekranie, było właśnie to, co się działo poza nim.

„Psy” narobiły szumu. Jedni mlaskali z zachwytu, inni dostawali niestrawności, narzekając, że prowokacje są tanie, bluźnierstwa infantylne, a wizja rzeczywistości prosta jak treść pierwszego w historii SMS-a (brzmiał: Merry Christmas). Usankcjonowany podział na „tych dobrych” z opozycyjną kartą (w filmie należą do partii ChUJ, czyli Chrześcijańskiej Unii Jedności) i „tych złych”, na usługach „czerwonych”, runął. Karty się wymieszały, nastąpiło nowe rozdanie. Przekorne kino gatunkowe wywołało w mediach burzę, o jakiej producenci mogą dziś tylko pomarzyć.

Dwa lata później polityczna piana opadła, a na pierwszy ogień poszła analiza damsko-męskich stosunków. Na łamach nieistniejącego już „Filmu” można było przeczytać, że „Psy 2. Ostatnia krew” opowiadają o „parze bohaterów, którzy chcą być razem. Jednak żyjąc w świecie zdominowanym przez heteroseksualną mafię, zmuszeni są do praktykowania wstrętnego, prymitywnego seksu z kobietą. Aby mimo przeszkód być bliżej siebie, uprawiają seks z tą samą, potwornie chudą zawodniczką, kupioną zresztą przez jednego z nich na bazarze”. Tym razem w filmie odbijały się echa wojny w byłej Jugosławii i Dostojewskiego. Franz (Bogusław Linda) strzelał z grubej rury: „A jeśli Boga nie ma, to co z ciebie za szatan”, mówił, celując do „chwasta” Sawczuka.

Nie ma się więc co dziwić, że po „Psach 3. W imię zasad” w powietrzu zawisło oczekiwanie: Co tym razem powiedzą o polskiej rzeczywistości? Czy też będą bluźnić, drwić, prowokować? Pasikowski wyraźnie się od tego zdystansował. Puścił oko do poprzednich „Psów” (więzienny monolog Arkadiusza Jakubika), trochę pożartował z konwencji i opowiedział historię o męskiej przyjaźni. Co widzi Franz Maurer po 25 latach więzienia, poza komitetem powitalnym z GRU, który czeka na niego przed bramą? Chyba nic, co mogłoby go zaskoczyć. To wciąż świat postawiony na głowie, w którym policjanci trzymają z gangsterami, a jedynego czystego (Marcin Dorociński) ze świecą szukać. Dobrze, że żyje jeszcze kapitan Stopczyk, to podpowie, jak go wywęszyć. Zamiast wymiar sprawiedliwości, mamy bezmiar niesprawiedliwości. Widać to po głośnej sprawie sprzed czterech lat, do której nawiązuje film. 25-letni Igor Stachowiak najpierw został zatrzymany omyłkowo na wrocławskim rynku, a następnie zakatowany w policyjnej toalecie. Chociaż niebo nad Polską pochmurne, burzy po „Psach 3” nie będzie.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2020
Cały wywiad opublikowany jest w 4/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także