Śmiejcie się z nami, nie z nas

Śmiejcie się z nami, nie z nas

Przemysław Kossakowski z uczestnikami programu „Down the road. Zespół w trasie”
Przemysław Kossakowski z uczestnikami programu „Down the road. Zespół w trasie” / Źródło: KOBAS LAKSA
Mimo że ludzi z zespołem Downa nie wytyka się palcami na ulicach, są spychani na margines, ktoś cały czas na siłę próbuje zamykać przed nimi drzwi – mówi Przemysław Kossakowski, prowadzący pierwsze reality show, które ma to zmienić.

Czego nauczyli cię ludzie, z którymi przejechałeś prawie pół Europy jako prowadzący program?

Czegoś, co umiałem w dzieciństwie. Ale jak każdy z nas się tego oduczyłem.

Czyli?

Jak ważna jest szczerość. Że zastanawianie się przez cały czas, czy warto coś powiedzieć, czy może lepiej tego nie robić, niekoniecznie ma sens. My, dorośli, bardzo często oduczamy się takich cnót w świecie, w którym nie ma ludzi z zespołem Downa. Tymczasem ci ludzie nie kalkulują, nie szacują, mówią prawdę i właśnie to było niezwykle odświeżające przeżycie.

Prawda w reality show?

„Zespół w trasie” to nie jest program w konwencji reality, to prawdziwe reality show. Nikt nikogo nie udawał. Każdy, kto choć raz widział podobny format, wie, że w produkcji telewizyjnej to coś nadzwyczajnego.

Żaden rodzaj niepełnosprawności nie miał do tej pory w Polsce takiej reprezentacji w programie telewizyjnym. Wiedza o zespole Downa w przypadku wielu widzów ograniczała się do losów Maćka z „Klanu”.

Wcześniej był Corky Thatcher z amerykańskiego serialu „Dzień za dniem”. Wprawdzie wiemy, że są ludzie z zespołem Downa, ale bywa, że nasza wiedza sprowadza się do tego, co na ten temat powiedzą nam scenarzyści. Dlatego zdarza się, że ludzi z zespołem Downa traktujemy jako zjawisko na pograniczu pewnego rodzaju abstrakcji, coś nie do końca prawdziwego, jak wytwór wyobraźni. Jest jeszcze kilka problemów z wiedzą na temat trisomii.

Jakich?

Filmy czy kampanie, które pokazują, że wszyscy jesteśmy tacy sami, są kłamstwem. Fajnie wyglądają i wzruszają, ale problem jest zdecydowanie bardziej złożony. Ja sam już dzisiaj nie powiem, że są tacy sami jak my, bo oni też tego nie mówią. Oraz: mam wrażenie, że ludzie, patrząc na osoby z zespołem Downa, myślą, że oni od siebie się nie różnią. Tymczasem każdy z nich jest indywidualnością. To także pokazujemy w programie. Są ludzie, którzy potrzebują ciągłej pomocy, ale są i wysoko funkcjonujący, którzy przy niewielkim wsparciu świetnie sobie radzą w życiu. Michał, jeden z naszych bohaterów, jest urzędnikiem gdańskiego magistratu.

O tym, że został zatrudniony, mówiło pół Polski.

Chciałbym, żeby widzowie spojrzeli na naszych bohaterów i doszli do wniosku, że nie tylko są wrażliwi i bezpośredni, ale że mogą być także zawodowo przydatni. Nie mówię, by ktoś im teraz oferował menedżerskie stanowiska. To nie jest tak, że oni chcą pracy, by zarabiać na wakacje. Chcą pracować, by czuć się częścią całości. By tak się mogło stać, wystarczy zaprosić ich do naszego świata.

Dostrzegłeś w ich opowieściach obawy, lęk przed barierami?

Cały czas są wąskim, odizolowanym gronem. A wiesz, co powstaje, gdy izoluje się pewne grupy społeczne od innych? Powstają getta.

Jeden z bohaterów w programie mówi: „Nie mogę pogodzić się z tym, że jestem chory. Czasami, gdy zasypiam, myślę, że jestem zdrowym człowiekiem”. Te słowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Mają świadomość tego, jak bardzo są inni. Bywa też, że czasem słyszą komunikaty, że są gorsi. Dlatego tak ważna jest dla nich praca, próby autonomicznego życia. Ale obraz Polaków pojawiający się w ich opowieściach nie jest taki tragiczny. Zdarzają się historie, że jakiś kretyn powiedział „ty Downie”, ale myślałem, że takich opowieści będzie więcej. Problem leży gdzie indziej. Mimo że ludzi z zespołem Downa nie wytyka się palcami na ulicach, są spychani na margines, ktoś cały czas na siłę próbuje zamykać przed nimi drzwi, choćby te zawodowe. Nie wiem, w jaki sposób „Zespół w trasie” zmieni życie bohaterów, ale mam nadzieję, że wpłynie na nas.

Już za moment znów masowo założymy dwie różne skarpetki jako sygnał naszej solidarności z osobami z zespołem Downa, potem naszym osiągnięciem pochwalimy się w mediach społecznościowych...

Jesteśmy bardzo przywiązani do manifestów, za którymi nie idą jakiekolwiek czyny. Post nic nie zmieni. Zmienia działanie. Dlatego byłbym szczęśliwy, gdyby ludzie z zespołem Downa byli brani pod uwagę na rynku pracy, żeby w ogóle byli poważnie traktowani.

W programie są rozmowy dotyczące relacji, zakładania rodzin, seksualności. Może się mylę, ale mam wrażenie, że takie tematy w przestrzeni publicznej nie istnieją.

Niestety, jeśli chodzi o podejście do seksualności osób z niepełnosprawnościami, nie sadzę, by program cokolwiek zmienił. To mnie załamuje, ale skoro mamy problem z porozumieniem się na temat wychowania seksualnego, to nie mam złudzeń, że seks osób z niepełnosprawnościami będzie tematem jakiejkolwiek dyskusji.

Na świecie są nawet instytucjonalne rozwiązania. Ludzie z niepełnosprawnościami dostają możliwość seksualnego spełnienia dzięki wyszkolonym asystentom czy asystentkom.

Rozmawiałem o tym z jednym z bohaterów. Opowiadał mi, że ma problem ze skumulowaną seksualną energią. Zapytałem go o onanizm, na co odparł, że nie może tego robić, bo to grzech, zło. On w to naprawdę wierzy. Ktoś mu to powiedział. I kiedy w końcu nie wytrzyma tej narzuconej wstrzemięźliwości, będzie czuł się jak człowiek, który wszystkich zawiódł. To niesprawiedliwe, jak ci ludzie są traktowani. Pragną mieszkać sami, zakładać rodziny, ale to niestety jest bardzo trudne.

Zdarza się, że na przeszkodzie do samodzielności stają także obawy rodziców czy opiekunów.

To prawda, ale często taka samodzielność nie jest możliwa. Czasami te obawy są po prostu uzasadnione. Niektórzy potrafią znakomicie funkcjonować, inni wymagają kontroli. Znam rodziców, którzy wychowują ludzi z zespołem Downa i, wychodząc rano do pracy, wyciągają kurki z kuchenek gazowych. Nie z obawy o to, że ich podopieczny będzie chciał popełnić samobójstwo, ale dlatego, że może zdarzyć się, że jakiś impuls – dźwięk z korytarza czy widok za oknem – rozproszy go na tyle, że zapomni o gotującej się wodzie.

Trudno ci było oswoić się z otwartością bohaterów, przytulaniem się, dotykiem?

Zazwyczaj chcemy mieć te 50 cm marginesu bezpieczeństwa. Kiedy ktoś do nas podchodzi zbyt blisko, czujemy narastający dyskomfort. A tu raptem okazało się, że poznałem ludzi, którzy na powitanie mnie przytulają. Wiedziałem, że tak będzie, ale pomiędzy „wiedzieć”, a „doświadczać” jest przepaść i to ona sprawia, że teoretyczne przygotowanie nie działa. W pierwszych chwilach czułem się niezręcznie. Ostatecznie okazało się, że jako prowadzący zostałem wciągnięty na orbitę swoich bohaterów. Pod koniec ludzie z ekipy mówili na mnie „siódemka”, stałem się siódmym bohaterem. Generalnie starałem się jednak być na drugim planie.

Gdy jakiś czas temu Piotr Kraśko zrobił program, w którym zabrał grupę Polaków na wycieczkę po obozach dla uchodźców, krytyce nie było końca. Miał być program misyjny, wyszło odwrotnie. Nie boisz się, że i wy stąpacie po kruchym lodzie?

Ten program jest programem misyjnym, nie mam co do tego wątpliwości, choć owszem, wielu może uznać, że zrobiliśmy coś niestosowanego, pokazując tak poważny temat w tak czasami lekki sposób. Ale trudno, żeby nie było zabawnie, skoro na planie byłem z ludźmi z natury radosnymi i bezpośrednimi. Gdy pierwszy raz usłyszałem o formule, od razu wiedziałem, że pojawi się krytyka, i kompletnie mi to nie przeszkadzało. Bohaterowie mojego programu są szczęśliwi z tego powodu, że mogli wziąć w nim udział. Inne głosy mnie nie interesują.

„Down the road. Zespół w trasie”

Belgijski pierwowzór „Down the road. Zespół w trasie” przed dwoma laty został wyróżniony europejskim Oscarem branży telewizyjnej. Polska jest drugim krajem po Belgii, który zdecydował się na produkcję formatu. Uczestnicy w wieku od 22 do 36 lat zostali wyłonieni w czasie castingów, o których dowiadywali się m.in. za pośrednictwem organizacji pomagających ludziom z zespołem Downa czy mediów społecznościowych. Premiera na antenie TTV 23 lutego o godz. 22:05. W sumie telewizja pokaże 12 części nagranych w czasie dwutygodniowej wyprawy.


Przemysław Kossakowski – z wykształcenia plastyk, z zamiłowania podróżnik, od kilku lat dziennikarz związany ze stacją TTV, w której prowadzi reality show „Down the road. Zespół w trasie” (emisja od 23 lutego).

Galeria:
„Down the road. Zespół w trasie”
Okładka tygodnika WPROST: 8/2020
Cały wywiad dostępny jest w 8/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także