Odcienie purpury

Odcienie purpury

Anthony Hopkins i Jonathan Pryce w filmie „Dwóch papieży”
Anthony Hopkins i Jonathan Pryce w filmie „Dwóch papieży” / Źródło: Netflix
Niereligijni reżyserzy zaglądają za zamknięte bramy Watykanu. Nie tylko po to, aby skrytykować współczesny Kościół. Także w poszukiwaniu duchowego przywództwa.

„Jeśli zawładniecie emocjami bliźniego, pójdzie on za wami, gdzie tylko będziecie chcieli. To się nazywa władza” – mówi do kardynałów Pius XIII o niebieskich oczach Jude’a Lawa. Filmowy świat żyje ostatnio opowieściami o papieżach. 9 marca HBO wyemituje finałowy odcinek „Nowego papieża” Paola Sorrentina – wybitnej kontynuacji świetnego serialu „Młody papież”, a Anthony Hopkins i Jonathan Pryce, odtwórcy ról Benedykta XVI i Franciszka w filmie „Dwóch papieży”, zdobywają kolejne nominacje do najważniejszych nagród z Oscarami na czele.

Włoch mocno odwoływał się do swojej wyobraźni. W „Młodym papieżu” na tronie Piotrowym zasiadał młody seksowny mężczyzna, który okazywał się radykałem i tradycjonalistą. W nowym sezonie, po tym, jak Pius XIII zapadł w śpiączkę, głową Kościoła zostaje najpierw wariat, szybko wyeliminowany przez służby specjalne, a później grany przez Johna Malkovicha brytyjski arystokrata w depresji, który przyjmuje imię Jan Paweł III. Bliższy rzeczywistości Meirelles wyobraża sobie prywatne spotkanie Jorge Bergoglio i Josepha Ratzingera (tuż przed jego abdykacją) – ich dyskusję o misji Kościoła w dzisiejszych czasach.

Tak naprawdę jednak twórców nie interesują problemy wiary. Na pytania o religijność Sorrentino odpowiada wymijająco: „Zawsze ciekawiły mnie drogi, jakimi ludzie podążają, aby stać się lepszymi”. Fernando Meirelles zaś: „Jestem katolikiem. Tylko dawno nie praktykowałem”. Nie zrobili filmów o absolucie i metafizycznym porządku, lecz spróbowali zdiagnozować społeczną rzeczywistość budowaną z religijną legitymizacją. Opowiedzieli o poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa, duchowego przywództwa. Zapytali: „Jaki mesjasz mógłby nas zbawić w trzeciej dekadzie XXI w.?”. Ale pozostali bliżej ziemi niż nieba.

Ludzki pan

Bo przecież papieżami zostają ludzie – ze swoimi słabościami, nawykami, przywarami. U obu reżyserów rodzi to kawalkadę żartów. Na początku „Dwóch papieży” Franciszek nie może kupić biletu na samolot, bo pracownica infolinii myśli, że ktoś robi sobie żarty, podając dane „Jorge Bergoglio, Watykan”. A jeszcze jako kardynał purpurat raz w tygodniu chodzi na lekcje tanga, tłumacząc: „Jestem Argentyńczykiem. Tango i piłka nożna są dla mnie zajęciami obowiązkowymi”. W tym samym filmie Benedykt wspomina kabaretowe piosenki Zary Leander, ogląda „Komisarza Rexa”, a po fałszywej nucie w czasie gry na pianinie rzuca: „Przy klawiaturze moja nieomylność się kończy”.

Wyobrażając sobie fikcyjnych duchownych, Sorrentino mógł sobie pozwolić na więcej niż Meirelles. I tak w „Młodym papieżu” grany przez Jude’a Lawa Pius XIII domaga się puszki Cherry Coke Zero na śniadanie, pali papierosy we wnętrzach watykańskich pałaców i gra w tenisa o ścianę klasztornego muru. Jego następca zaś zażyczy sobie wizyty Sharon Stone, którą poprosi, by pozostawiła swoje szpilki w darze dla Kościoła. „Będziemy je chronić jak najcenniejszego skarbu” – rzuca zalotnie do aktorki. Przede wszystkim jednak w obu odsłonach seriali Włoch uważnie przygląda się cielesności duchownych. „Tak, jestem nieludzko przystojny” – lubi powtarzać Pius XIII. „Nowy papież” kipi seksem, fetyszyzmem i zmysłowością. Watykan z jego nobliwością i restrykcyjnymi zasadami staje się idealną przestrzenią dla perwersji.

Twórcom nie chodzi jednak o drwinę ani skandal. Odzierają następców Piotra ze świętości, bo interesuje ich świecka gra biskupów Rzymu. W „Dwóch papieżach” Meirelles uważnie rejestruje „kampanie wyborcze” w czasie konklawe: fluktuacje „elektoratu”, przekazywanie sobie głosów, zakulisowe negocjacje. A i po powrocie rutyny konflikty nie gasną. „Kuria jest jak maszynka do mięsa – narzeka zmęczony intrygami Benedykt XVI. – Jeśli wsadzisz do niej rękę, przerobi ją na kotlet mielony”. U Sorrentina scenie wyboru papieża towarzyszy plemienna muzyka afrykańska – wojenne rytmy odbijają prawdziwe emocje skryte za zasłoną rytuałów. A powracającym wątkiem obu jego seriali pozostają knowania sekretarza stanu, kardynała Voiello, który zręcznie rozgrywa pozostałych duchownych, zbiera na nich haki i wykorzystuje ich słabości. Gromadzi wokół siebie bogactwo i może powiedzieć czarnoskóremu dziecku: „Ten dywan jest wart tyle, co PKB twojego kraju”. Ale trzyma cały ten kram w ryzach. Dba o porządek i minimalizuje koszty kolejnych afer i skandali.

Bo ludzka strona kleru ma swoją cenę. Filmowy Benedykt XVI akurat musi poradzić sobie z kryzysem. Właśnie doszło do wycieku danych i ukazała się książka „Jego świątobliwość. Tajne dokumenty Benedykta XVI” Gianluigiego Nuzziego, w której dziennikarz ujawnia finansowe przekręty, tuszowanie pedofilii i nieprawidłowości w Gwardii Szwajcarskiej.

Polityka zagraniczna

Jednak ważniejszy od wewnętrznych wstrząsów Kościoła jest wpływ jego decyzji na resztę świata. Meirelles po wyborze papieża pokazuje sondę uliczną, w której ludzie z całego świata opowiadają o swoich oczekiwaniach wobec nowego papieża i zastanawiają się, jak jego pontyfikat odbije się na życiu w ich krajach.

– Wyobrażałem sobie obu swoich papieży przede wszystkim jako mądrych polityków. A takich rzadko się dzisiaj spotyka – mówił z kolei Sorrentino. Duchowny nie boi się tu interweniować w politykę Włoch za każdym razem, gdy premier wraca do pomysłu wycofania ośmiopromilowego podatku na utrzymanie Watykanu. Posuwa się nawet do groźby przywrócenia encykliki „Non expedit”, która zakazywała katolikom głosować w wyborach. Za pomocą systemu misjonarzy tworzy alternatywną quasi-państwową strukturę w Afryce. A przede wszystkim konfrontuje się z globalnymi problemami.

Agent wywiadu zwięźle i dobitnie podsumowuje w „Nowym papieżu” wyzwania, przed jakimi stoi Stolica Piotrowa: „Terroryści u bram, przedawkowanie erotycznych skandali, które demokratycznie dotyczą całej eklezjalnej hierarchii, i papież, który nie jest lubiany, lecz ubóstwiany. Bałwochwalstwo zaś to preludium wojny”. Widmo zamachów terrorystycznych nieustannie unosi się tu nad Kościołem, a biskup Rzymu staje się głównym rozgrywającym walki z przestępcami.

Ma wielką siłę tworzenia symboli. Po jednym z ataków – na pielgrzymów w Lourdes – musi wygłosić kazanie. Ale John Malkovich wyszepcze tylko do mikrofonu: „Nie”. Potem powtórzy owo „nie” głośniej. I jeszcze raz. Po kilku minutach tłum skanduje to najprostsze słowo sprzeciwu. Religia pozwala Sorrentinowi wedrzeć się w najgłębsze obszary ludzkiej duszy. Dostrzec ich ukryte niespełnienia, żale i pragnienia. Nie tylko na poziomie pojedynczych ludzi, lecz także całego społeczeństwa.

Wytyczanie nowej drogi

I to jest właśnie centralny dylemat produkcji o Watykanie. Choć Sorrentinowi śmiało można by zarzucić herezję, żaden z reżyserów nie atakuje Kościoła. Raczej uświadamiają oni, jaką siłę ma papież, którego – jak uczy w serialu mądra siostra Mary – „słowom i czynom zawierza miliard osób. Jedna piąta ludzkości”. I zastanawiają się, jakie powinien on reprezentować wartości, aby realnie wpłynąć na rzeczywistość.

Josepha Ratzingera i Jorge Bergoglia z „Dwóch papieży” nie mogłoby dzielić więcej. Niemiec jest tu człowiekiem odwróconym od świata. Zamknięty w katedrze jak w twierdzy nie rozumie, dlaczego Abbey Road owiane jest legendą, a kiedy usłyszy, jak ktoś gwiżdże „Dancing Queen” Abby, dopytuje, co to za melodia. Nic dziwnego, że odpowiedzi na problemy współczesności szuka w tradycji. Namawia do powrotu do łaciny. Jest orędownikiem dawnego Kościoła: oddalonego od świata, zamkniętego dla homo­seksualistów, potępiającego stosowanie antykoncepcji. Wykluczającego ze wspólnoty ludzi, którzy nie są mu w pełni poddani.

Meirelles jednak wstrzymuje się od oceny tej postawy. Choć czuje się, że jego serce bije mocniej do Bergoglio, reżyser składa hołd mądrości człowieka, który mimo wyrobionych poglądów jest w stanie uznać cudze spojrzenie na rzeczywistość. „Zaprosić do siebie Argentyńczyka, który – jak mówi w filmie Benedykt – krytykuje Kościół całym sobą. Swoim sposobem życia, słowami, nawet tymi znoszonymi butami”. Zresztą przyszły Franciszek nie boi się powiedzieć swojemu zwierzchnikowi w twarz: „Kiedy nasza planeta umiera, nierówności rosną jak rak, my dyskutujemy, czy mamy mówić po łacinie czy nie. Otoczyliśmy się murem”. Albo wspomnieć o tuszowaniu przez instytucję pedofilii i skwitować: „Nie chcę być sprzedawcą produktu, którego nie mogę z czystym sumieniem polecić”. I chyba właśnie to najmocniej ujmuje w „Dwóch papieżach”. Film staje się peanem na cześć dialogu. Niesie nadzieję, że w czasach, gdy do władzy dochodzą politycy przekrzykujący się populistycznymi hasłami, właśnie Kościół może zaoferować głęboką refleksję nad światem.

Niemal 20 godzin „Młodego.”.. i „Nowego papieża” oddaje podobny konflikt: starcie między tradycjonalizmem a nowoczesnością, gdzie racje pozostają równo rozłożone. W pierwszej części cyklu młody seksowny Pius XIII proponował niemal starotestamentową wizję Boga: wymagającego, groźnego, srogo karzącego za grzechy. Głosił, że tolerancja już została z Watykanu „wyeksmitowana”, a ekumenizm to „stara śpiewka”. Bo „dzisiaj to fanatyzm jest miłością”.

No i nagle, w czasie choroby Piusa, przyszedł „nowy papież”. Przeciwieństwo starego. Człowiek, który w pierwszej homilii mówił o łasce i o miłości. O kryjącej się w ludziach delikatności, której trzeba za wszelką cenę bronić. W przeciwieństwie do poprzednika, który wykrzyczał wiernym: „Nie zasługujecie na mnie”, Jan Paweł III deklarował tłumom na placu Świętego Piotra: „Nie wiem więcej niż wy”.

Jednak Sorrentino ma w sobie zbyt dużo przekory, aby po prostu zderzyć te pontyfikaty ze sobą i na końcu wyłonić zwycięzcę. Portretuje dwóch diabelsko (nomen omen) inteligentnych mężczyzn i obserwuje ich pojedynek na charyzmę i znajomość psychologii społecznej. Ale w swojej błyskotliwości Włoch pokazuje, jak ciężar obowiązków złamie obu. Gniewny Pius odkryje siłę miłości, otworzy się na drugiego człowieka i zrozumie niebezpieczeństwa radykalizmu. W pełnym uczuć, subtelnym Janie Pawle III zaś Watykan obudzi wyrachowanego, zgorzkniałego politykiera. Obaj jednocześnie odniosą zwycięstwo i poniosą porażkę.

Po przejściu przez morze bluźnierstw, nieprzyzwoitości i intryg Sorrentino wynosi na ołtarz czułość i uważność na innych. A ze wszystkich trzech produkcji wypływa jeszcze jeden wniosek: że w dobie zamętu piekielnie (znów nomen omen) ważne jest, jak opowiadamy sobie o współczesności. I nie chodzi tylko o wybór między Benedyktem XVI i Franciszkiem ani Piusem XIII i Janem Pawłem III. Kino niedawno przyniosło portret jeszcze innego duchownego. Księdza uzurpatora z bieszczadzkiej wsi – z „Bożego ciała”. Przebierańca, który od początku potrafił to, czego długo uczyło się czterech papieży w HBO-wskich i netfliksowych produkcjach: wysłuchać drugiego człowieka. Czasem taki kapłan może okazać się najważniejszy, nawet jeśli nigdy nie przekroczy bram Watykanu.

Okładka tygodnika WPROST: 9/2020
Artykuł został opublikowany w 9/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także