Zalew papieży

Zalew papieży

Lata 20. mają zadziwiająco klerykalne otwarcie. Nie sposób tego przegapić, nie sposób się przed tym ukryć. Krótko po sylwestrze wracam do Warszawy, tarabanię się z Centralnego na tramwaj, patrzę – a tu papież. Nawet nie jeden, a dwóch. Dumnie powiewają na bilbordzie rozmiarów boiska, pomiędzy nimi czerwony napis Netflix. Reklama większa niż Świątynia Opatrzności, człowiek nie wie, czy klękać, czy spokojnie iść dalej.

Mało tego. Jeśli Netflix myślał, że na papiestwo ma monopol, to się grubo przeliczył. HBO nie oddaje tak łatwo rządu dusz. W odpowiedzi na „Dwóch papieży” posadzili na watykańskim tronie „Nowego papieża”, będącego nieoczekiwaną kontynuacją „Młodego papieża”.

Tymczasem stary papież, Benedykt XVI, rozpętał całkiem spore, jak na 92-latka, medialne tornado. Pojawił się news, że jest on współautorem książki o celibacie, w której ma się sprzeciwiać papieżowi Franciszkowi. Jak się potem okazało, ani się Ratzinger nie sprzeciwia, ani nie jest współautorem. Zapachniało jednak watykańską intrygą, czyli tym, co tygrysy lubią najbardziej.

Tak czy inaczej – gdzie się nie obejrzeć, tam jakiś papież. A każdy kolejny ciekawszy.

„Dwóch papieży” to film znakomity, opowiedziany z pasją i wdziękiem. Film raczej o Franciszku niż Benedykcie, bo to postać Bergoglio potraktowana jest dużo bardziej serio – zwłaszcza trudne wątki z czasów wojskowej junty w Argentynie. Z Ratzingerem poszło słabiej. Momentami wygląda jak zlepek stereotypów, służących jedynie za materiał do polemiki. Ponadto – Benedykt jest chyba ostatnią na świecie osobą nadającą się na filmowego bohatera i nie zmieni tego nawet genialny Hopkins. To wszystko jednak nie-wielkie braki naprawdę wielkiego kina.

„Nowego papieża” trudno recenzować po pierwszych odcinkach. Sorrentino dalej w formie, choć zaczyna mu się forma lekko zużywać – było to widać już w jego ostatnim fi lmie „Loro”. Włoch podkręca swoje najlepsze chwyty do temperatury wrzenia, nie bardzo próbując czegoś nowego. Tym razem traci też element zaskoczenia, którym w „Młodym papieżu” zbiorowo zrzucał widzów z fotela. Mimo tego papieżowi Malkovichowi ślubuję obejrzenie wszystkich odcinków do końca.

Ostatnie słowo o Watykanie, tym razem już prawdziwym. Kolejne mleko rozlało się nad sprawą celibatu. Wspomniana wyżej książka, której współautorem miał być Benedykt XVI, zbiegła się w czasie z oczekiwaniem na dokument Fran-ciszka, mający poruszać m.in. kwestię celibatu księży w Amazonii, gdzie praktycznie nie ma powołań. Radykalna obrona bezżeństwa ze strony Ratzingera została od razu odczytana jako próba co najmniej wywarcia presji na Franciszku. Jednak stanowcze wycofanie się z książkowego projektu, ogłoszone przez papieża emeryta za pośrednictwem jego sekretarza, oznacza, że wojna na szczycie raczej nie chodzi mu po głowie. Co nie znaczy, że inni w Watykanie nie mają na nią ochoty.

Jak sprawę rozstrzygnie Franciszek, zobaczymy. Tymczasem można cieszyć się popkulturowym papiestwem i kibicować Bergoglio z „Two Popes” w wyścigu po Oscara – choć pewnie zgarnie mu go sprzed nosa „Joker”. Kościół może i jest w kryzysie, ale papiestwo nigdy nie miało takiego wzięcia.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2020
Cały felieton dostępny jest w 4/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także