Patrycja Harlejczyk

Patrycja Harlejczyk
1


Ostatnie komentarze

  •  
    Mam inne spojrzenie na ten film i na tę postać - po pierwsze śmiech Arthura jest objawem jego choroby, którą Arthur próbuje powstrzymać. Jego śmiech to nie wybór - to ciało obarczone neurologicznym błędem wyciska z niego bolesny śmiech. Są całe sceny ukazujące potworny smutek, samotność i strach Arthura, są w nim odruchy człowieczeństwa i potencjał do szczęścia ale albo napotyka on nieczułych ludzi, którzy albo nie mają na wskroś empatii albo bez powodu źle go traktują albo krzywdzą. Jego życie to ból, z którym nie potrafi sobie poradzić. On chce być normalny i szczęśliwy, ma marzenia by zostać komikiem i wystąpić u Murreya -on nie jest złym człowiekiem, to człowiek, który ma jeden zasadniczy problem. Swoją chorobę. Pomoc społeczna i opieka zdrowotna - systemowa - jest raczej prowizoryczna i dalece niewystarczająca. Ludzie postronni nie stają w jego obronie, nikt nie reaguje - może ze strachu? może są zajęci swoimi sprawami. Jednak w końcu ludzie wychodzą na ulicę więc nie są tak do końca obojętni na to co ich otacza - może dlatego, że w końcu pojmują, że to dotyczy także ich - że są pomijani, wykluczeni. Przemoc, nierówności klasowe i społeczne, kryzys ekonomiczny dotyczą większości z nas - nie tylko Arthura. Niestety ludzie reagują trochę za późno, kiedy Arthur - wierzę że najpierw w samoobronie - zabija w metrze. Kolejne morderstwa to żadna planowana zemsta. Po prostu jemu już wszystko jest jedno, wcześniej próbował walczyć - teraz już się poddaje. Dlatego zabija Randalla u siebie w domu - a karła zostawia przy życiu - moim zdaniem genialna scena, która pokazuje, że jest chory psychicznie, bo nawet brutalne morderstwo swojego kolegi traktuje jak wypalenie papierosa. Jest tylko po prostu zmęczony udawaniem, że może być normalny. Gdyby był wyrachowanym mordercą zabiłby obu. Jemu nie chodzi jednak o zabijanie samo w sobie, on ma już wtedy dość, za dużo oberwał zupełnie jak Michael Douglas w Upadku. Oberwał o jeden raz za dużo. Arthur nie chce się dłużej starać, skoro świat mu tego nie ułatwia - godzi się być sobą i śmiać się nawet wtedy gdy nie jest śmiesznie. Zło rodzi się gdy dobrzy ludzie są obojętni, albo gdy ludzie są nieszczęśliwi albo kiedy silniejsi okazują pogardę słabszym. Tak naprawdę do zła łatwo namówić normalnych, zdrowych religijnych ludzi - wszystko zależy od okoliczności. Ten fenomen już był badany w eksperymencie stanfordzkim ( patrz efekt Lucyfera Zimbardo ). Wystarczy jeden raz za dużo oberwać i jeśli nie przyjdzie moment oprzytomnienia to następuje eskalacja - każdy z nas może być zły, to tylko kwestia naszej odporności psychicznej i wyczucia tej granicy, po przekroczeniu której nie ma już odwrotu. U każdego ta granica jest w innym miejscu. Dlatego jestem zdania, że Joker tak naprawdę jest w każdym z nas - pytanie tylko na ile wytrzymamy, czy i jak długo potrafimy się kontrolować i robić dobrą minę do złej gry.