Paweł Fajdek: Nie ma sensu się pompować, trzeba sobie wszystko poukładać

Paweł Fajdek: Nie ma sensu się pompować, trzeba sobie wszystko poukładać

Paweł Fajdek
Paweł Fajdek / Źródło: Newspix.pl / Paweł Andrachiewicz / PressFocus
Czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem znajduje pozytywne strony w obecnej sytuacji związanej z koronawirusem. – W ciągu 20 lat intensywnych treningów nie miałem takiego roku, w którym mógłbym odetchnąć, w spokoju posiedzieć i odpocząć – mówi Paweł Fajdek z Grupy Sportowej ORLEN.

Ewa Koszowska, Wprost.pl: Pandemia koronawirusa mocno namieszała w Pana życiu?

Paweł Fajdek: Prawie w ogóle.

Jak to? Przecież życie sportowca wiąże się z ciągłymi wyjazdami, a tu nagle trzeba było sobie zorganizować czas, nie ruszając się tygodniami z domu.

Dlatego w końcu mogłem odpocząć i cieszyć się z małych rzeczy. Będąc sportowcem całe życie wyjeżdżałem z domu, więc takie trzy miesiące bez zmartwień i bez wyjazdów to fajna odskocznia.

Słyszałam, że rozpoczął Pan karierę streamera. I jak Panu idzie?

Nie nazwałbym tego karierą, ale staram się realizować swoje potrzeby i małe marzenia. Do tej pory nie było na to czasu, a teraz, korzystając z możliwości, że mam go w nadmiarze, nawiązałem bliższe kontakty z e-sportowcami. Gram w CS’a, założyłem własny kanał do streamowania, gdzie udostępniam autorskie treści.

Także charytatywnie?

Ja się bawię, a ktoś może na tym skorzystać. I to jest piękne!

Streamowanie zdaje się być banalnie prostą sprawą – w końcu to tylko granie w gry, Rzeczywiście tak jest?

Tak się tylko wydaje. Same chęci, internet i jakiś tam komputer nie wystarczą. Masa ustawień, jakość sprzętu – tutaj wszystko ma znaczenie. Do tego dochodzą specjalne programy i ludzie, którzy wykonują swoje zadania i robią coś ważnego. Jak człowiek się tego wszystkiego nauczy, to można samemu to robić, ale – przyznaję – jest to bardzo czasochłonne.

Można też na tym zarobić, a nawet wesprzeć potrzebujących?

Tak. Na pierwszym streamie, który zainaugurował moje konto na Twitchu, zbieraliśmy pieniądze na fundację dawców szpiku. Wziąłem także udział w projekcie „ORLEN Stay and Play”, który oprócz zabawy i sportowych emocji, miał na celu wsparcie dla ważnych inicjatyw. W ramach tego projektu Fundacja ORLEN, w porozumieniu ze zwycięzcami wyścigu Assetto Corsa i turnieju Rocket League, przekaże granty w łącznej wysokości 100 000 zł na wybrane cele społeczne.

Później uczestniczyłem jeszcze w streamach dla Szlachetnej Paczki. Jest wiele takich akcji, i fajnie, bo udaje się zebrać spore sumy.

Wykazał się Pan także zdolnościami wokalnymi, biorąc udział w akcji #hot16challenge2.

To akurat szybka akcja, kawałek powstał dosłownie z dnia na dzień. Była nominacja i krótki czas na to, żeby to zrobić. Zwykłe, skromne studio u kolegi, a muzyka to podkład z YouTube.

Nagranie „gorącej szesnastki” to spełnienie marzeń?

Pewnie tak, czekałem kilka lat, żeby raperzy nagłośnili drugą odsłonę charytatywnej akcji. Ja się na rapie wychowałem, nie mam z tym problemu. Nie miałem też obaw, że coś zrobię źle. Myślę, że jak na godzinę pracy i na amatora, którym jestem w tym temacie, to całkiem nieźle wyszło.

Bez dwóch zdań. „Rok dwa dwadzieścia – rok marzeń to był, lecz przyszedł COVID i wszystko zmył” – brzmi jedno ze zdań w kawałku, który Pan zamieścił na platformie YouTube. W jakiej sytuacji znalazł się Pan i pana koledzy sportowcy przez koronawirusa?

Myślę, że najgorsze, co się nam – sportowcom przytrafiło, to że przerwaliśmy przygotowania do startów, w które wkładaliśmy ciężką pracę. Były dwutygodniowe przymusowe kwarantanny, a większość zawodników w ogóle nie miała możliwości trenowania. To było bardziej cyrkowanie niż trenowanie. Każdy chciał być kreatywny, coś robić, a okazało się, że wszystko odwołują i tak naprawdę większość ludzi odrzuciła poważniejsze treningi, bo to nie ma sensu.

Pamiętajmy, że na jesieni trzeba zacząć przygotowania do igrzysk z powrotem, od nowa. Nie chce się teraz forsować po to, żeby wystartować na pięciu meetingach w Polsce. Ja to traktuje jako podtrzymanie rywalizacji, adrenalinki na zawodach i tyle. Nie będę się jakoś super szykował do tych startów. Bardziej skoncentruję się na tym, żeby ponadrabiać inne rzeczy, skupić się na tych nowych – typu stream.

Co oznacza dla Was przełożenie igrzysk olimpijskich w Tokio?

Dla mnie niewiele, bo i tak co roku buduję formę od zera. Zaczynamy przygotowania jesienią i co roku to tak samo wygląda. Ja się nawet cieszę, bo w ciągu 20 lat intensywnych treningów nie miałem takiego roku, w którym mógłbym odetchnąć, w spokoju posiedzieć i odpocząć

Brak sportu oznacza również duże straty finansowe. Jak to wygląda z perspektywy zawodników?

Wszystkie stypendia dalej są kontynuowane, tutaj nie ma problemów. Kłopot mają osoby, które zainwestowały własne pieniądze w swoje szkolenie. Bo są takie przypadki, że sportowcy postanowili wrócić do sportu, żeby jeszcze pojechać na igrzyska, W momencie, kiedy już wydali pieniądze, kiedy mieli już mieć kwalifikacje, wybuchła epidemia. I pojawił się problem, bo takich ludzi będzie trzeba teraz wspierać. A pamiętajmy, że masa pieniędzy poszła na walkę z koronawirusem i nie wiemy, jak będzie z pieniędzmi na sport w przyszłym roku.

Kto ma sponsora, jest w lepszej sytuacji. Chodzi o to, żeby dotrwać do igrzysk. Bo po to się wspiera zawodników, żeby w tych igrzyskach wystąpili, a skoro odbędą się w przyszłym roku, to powinni wszyscy przedłużyć umowy, kontrakty i razem jechać do Tokio.

PKN ORLEN przedłużył umowy sponsorskie zawodnikom Grupy Sportowej ORLEN do końca przyszłego roku. Co to dla Pana oznacza?

Myślę, że to dobry ruch. ORLEN okazał się lojalnym sponsorem, który mimo trudności wspiera wszystkich zawodników Grupy Sportowej ORLEN. Bardzo fajnie, że znajdujemy to porozumienie ze sponsorem i nie musimy się martwić o to, że zaczniemy przygotowania do igrzysk i przyszłorocznych imprez sportowych bez zaplecza finansowego.

To, że w tym roku nie mamy imprezy mistrzowskiej pozwala skupić się bardziej na innych aktywnościach. Bierzemy udział w wyścigach, grach online. Koledzy w czasie pandemii ścigali się w wirtualnym świecie na rowerach.

Ma Pan tu na myśli wirtualne wyścigi kolarskie ORLEN e-Tour de Pologne Amatorów? Bardzo fajna akcja, w której każdy mógł stanąć do rywalizacji na trasach kolarskich z wielkimi gwiazdami polskiego sportu, z członkami ORLEN Team i Grupy Sportowej ORLEN, na czele z Anitą Włodarczyk, Robertem Kubicą i Bartoszem Zmarzlikiem.

Takie wyzwania on-line są dla mnie nowym doświadczeniem, ale także dobrą zabawą. To pokazuje, że nawet siedząc w domu, ale startując w wirtualnych zawodach, też możemy być grupą i dawać kibicom możliwość uczestniczenia w sportowych emocjach.

Gdzie trenował Pan podczas pandemii?

Minimalne zachowanie sprawności, oczywiście, zachować trzeba. Ale przyznam, że nie forsuję się za bardzo, bo nie o to chodzi. Mam mieć około pięciu startów na przełomie sierpnia/września. Nie zamierzam tam jednak bić jakichś rekordów.

Jak to? To po co Pan bierze w nich udział?

Żeby nie zapomnieć, jak to wszystko wygląda na zawodach (śmiech). Trzeba trenować, żeby nie wypaść z rytmu i nie zaczynać później od zera, bo to jest niesamowita strata. Nie są to jednak tak ciężkie treningi, jak powinny być normalnie w tym okresie, gdyby igrzyska odbywały się w tym roku.

Myślę, że każdy, kto ma zamiar dobrze wystartować w igrzyskach, to powinien sobie odpuścić mocne trenowanie i skupić się tylko na tym, żeby zachować zdrowie, wyleczyć kontuzje itd., żeby jesienią spokojnie zacząć przygotowania z czystą głową.

Możecie już korzystać z Ośrodków Przygotowań Olimpijskich w Spale i Wałczu. Rzucał pan już młotem?

Z tego co wiem, to ośrodki zostały otwarte, ale tak jak powiedziałem, mam teraz inne priorytety. Przede wszystkim mam pięcioletnią córkę, z którą bardzo mało się widziałem przez pięć lat jej życia. Do przedszkola nie chodzi, bo nie ma takiej potrzeby, także bardzo dużo czasu spędzamy razem. A ja, kiedy wszystko zostanie już odblokowane, a dzieci będą miały swoje zajęcia, być może pojadę koniec czerwca na zgrupowanie gdzieś potrenować i tyle.

Nie należy Pan do pokazywanych ostatnio w memach rodziców, które po kilku tygodniach lockdownu, najchętniej uciekliby gdzie pieprz rośnie od swoich dzieci?

W życiu! Do tej pory byłem rodzicem na jedną dziesiątą etatu, głównie przez telefon, więc nie jestem jakoś szczególnie zmęczony opieką nad córką Lailą. Mamy swój podział dnia, wiemy co mamy robić i o której godzinie. Moje dziecko, jak by to dziwnie nie zabrzmiało, bardzo dużo skorzystało na izolacji spowodowanej koronawirusem. A ile na tym straciło, to dowiemy się później.

Jakie plany na najbliższy czas?

Korzystam z czasu z córką. Jakieś tam plany mam, ale nie mogę na razie zdradzać, bo są to rzeczy, które gdzieś w połowie mam dopracowane. Dlatego na razie pozostaną moja słodką tajemnicą. Do połowy czerwca na pewno zostanę w domu, co później – zobaczymy.

Myślę, że jako sportowiec będę potrzebował takiego wyjazdu na dwa tygodnie, żeby skupić się na sobie, ale żadnych dat jeszcze nie znam. Nie wiem też, kiedy wszystko do końca zostanie poluzowane, czekam na razie rozwój sytuacji. Nie chcę się rozczarowywać, więc dostosuję się do tego, co jest.

Z japońskiej ziemi wróci Pan z medalem olimpijskim na szyi?

Na chwilę obecną odrzucam myśli o tym, co wydarzy się na igrzyskach. Myślenie o tym kilkanaście miesięcy wcześniej zżera sportowców, zawodników. Wiadomo, że musimy przygotowywać się do igrzysk, ale nie teraz. Nie ma sensu się pompować, trzeba sobie wszystko poukładać. Mam za sobą kilka trudnych sezonów, gdzie były i kontuzje i inne problemy zdrowotne, z których i tak wyszedłem z obronną ręką. Teraz jest czas na odpoczynek, a o igrzyska będę się martwić jesienią i nic tego nie zmieni.

Czytaj także:
Kacper Wróblewski: Epidemia bardzo poważnie odbiła się na polskich rajdach
Czytaj także:
Bartłomiej Marszałek: Każde przejechane okrążenie bolidem jest na wagę złota
Czytaj także:
Bartosz Zmarzlik nie kryje radości. Już nie może się doczekać wyjazdu na tor

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 1
  • To może najwyższy czas, żeby zadbać o swoje wykształcenie?