Doping mistrza

Doping mistrza

Nasz film fabularny jest prawdziwszy niż dokument, który powstał w tym samym czasie. Lance Armstrong nigdy nie wpuściłby kamery do pokoju, w którym brał doping, więc taką scenę mogliśmy pokazać tylko my. W filmie inspirowanym prawdziwymi zdarzeniami – mówi reżyser Stephen Frears. Jego głośna już „Strategia mistrza” wchodzi do polskich kin.

Lance Armstrong to właściwie nie człowiek, tylko popkulturowy mit. Co jest dla reżysera najtrudniejsze, kiedy bierze się do takiego tematu?

Zrobiłem wcześniej „Królową” o brytyjskiej monarchini. Mam pewne doświadczenie w takich sytuacjach.

„Strategia mistrza” oparta jest na książce Davida Walsha, irlandzkiego dziennikarza, który śledził karierę Armstronga i jako pierwszypisał o dopingu, czym naraził się na ostracyzm. Jak pan wpadł na jej trop?

Przeczytałem książkę „The Secret Race” napisaną przez Tylera Hamiltona, kolarza i członka teamu Armstronga. Od razu pomyślałem, że to nie jest tylko opowieść o sportowej aferze, ale coś więcej. Wspólnie z Johnem Hodge’em, znanym m.in. jako autor scenariusza „Train spotting”, zaczęliśmy badać temat, zgłębiać tajniki wyścigów, szczególnie Tour de France. Przy tej okazji poznaliśmy Davida, który okazał się prawdziwą skarbnicą wiedzy o Armstrongu i spisku, w którym brał udział.

Ben Foster jest podobny do Armstron- ga. To pomogło mu dostać rolę?

Nie uważam, że fizyczne podobieństwo aktora do żyjącego bohatera jest szczególnie ważne. Czy Helen Mirren wyglądała jak królowa Elżbieta? Czy Gary Oldman przypominał Joego Ortona w „Nadstaw uszu”? Gdy aktor wchodzi w rolę, podobieństwo często przychodzi samo, nawet gdy na co dzień go nie ma. To właśnie robią dobrzy aktorzy, taką mają umiejętność. Wygląd nie był najważniejszym kryterium wyboru. Liczyło się, by obsadzić w głównej roli mocnego aktora. Ale obejrzawszy film, wiemy już, że Ben rzeczywiście wygląda jak Armstrong. Zabawne... To stało się samo. Nie taka była moja intencja, ale nie zatrzymywałem tego procesu.

Foster przeszedł imponującą transformację. Za takie role dostaje się Oscara...

To było ogromne wyzwanie, seria kolejnych wyrzeczeń. Ben musiał dojść do momentu, gdy będzie zachowywał się i wyglądał jak profesjonalny kolarz. Nie da się tego zamarkować, dokleić w postprodukcji. Trzeba mieć takie ciało, taką wytrzymałość. Przygotowaliśmy cały złożony proces treningowy i dietę, która pomogła mu fizycznie przeistoczyć się w profesjonalnego sportowca. W odpowiednim ciele umysł aktora pracuje inaczej.

Pierwowzór waszego bohatera żyje i ma się dobrze. Jednak na żadnym etapie nie zdecydowaliście się na kontakt z Armstrongiem. Dlaczego?

Od początku było dla mnie jasne, że nie będę szukał takiej możliwości. Zawsze uważałem, że Ben także nie powinien z nim rozmawiać. Co Armstrong mógłby nam powiedzieć? Żeby Ben trzymał kierownicę pod innym kątem? Żeby inaczej zawiązał te czy tamte buty? Armstrong to kłamca, który przez lata utrzymywał, że nie brał dopingu. Czy znowu próbowałby oszukiwać? Rozmowa z nim mogłaby tylko zaciemnić nasz osąd. Dlatego na żadnym etapie pracy jego zdanie i punkt widzenia nie miały dla mnie znaczenia. Wolałem polegać na własnej wyobraźni.

Fascynujące są pokazane w filmie relacje psychologiczne w zespole kolarskim. Dlaczego przez lata ci zawodnicy kłamali w imię sukcesu kogoś innego?

Drużyna kolarska przypomina piramidę. W teamie Armstronga wszyscy pracowali, by lider przekroczył linię mety jako pierwszy. Tylko on brylował przed kamerami, o jego kolegach się nie mówiło. W kolarskim slangu takich pomocników nazywa się domestique – z francuskiego „służący”. Czuć w tym dozę pogardy. Zawodnicy z tylnych rzędów przystawali na tę sytuację. Dobrze im za tę pomoc płacono, dostawali trudno dostępne środki dopingujące. Ale ma pani rację, pytając: „Dlaczego się na to godzili?”. Dotąd tego nie wiem. Bycie w teamie kolarskim to specyficzny stan umysłu. Przedziwna forma współzależności, może współuzależnienia. Schemat psychologiczny, gdzie liczy się tylko lider.

„Strategia mistrza” opowiada o sportowcu, ale nie jest filmem o sporcie.

Lubię sport, choć od kolarstwa wolę krykieta i piłkę nożną. Ale nigdy nie myślałem o „Strategii...” jako o klasycznej biografii sportowca. Myślę, że ten film ma w sobie coś z kryminału. To także w jakimś stopniu portret współczesnej amerykańskiej mentalności.

I opowieść o współczesnych mediach.

Zdecydowanie tak. I o dzisiejszym stylu życia, w którym największą rolę odgrywa pieniądz. Wszystkie decyzje w tej historii miały finansowe podłoże. Żeby zrobić z kolarstwa show, jakim jest dziś, potrzebna była gwiazda. Znaleziono ją, a potem dopilnowano, by wszyscy uwierzyli w jej mit. To media wykreowały Armstronga. Stworzyły potwora, z którego czerpały korzyści, a kiedy okazało się, że być może jeszcze więcej zarobią, niszcząc go, nie miały skrupułów.

Zastanawia mnie, czy miał pan swobodę w pracy nad filmem, czy konsultował się pan z prawnikami?

Wydawałoby się, że przy takim temacie prawnicy będą raczej nastawieni krytycznie, ale ostatecznie okazali się dość pomocni. Powstrzymali mnie przed pewnymi decyzjami i z perspektywy czasu widzę, że mieli rację. Na przykład w kwestii scen z udziałem działaczy federacji kolarskiej UCI (Union Cycliste Internationale). Oni nigdy nie przegrali żadnej sprawy w sądzie. Zatem powiedzenie na ekranie, że są bandą kanciarzy, mogłoby skończyć się pozwem i naszą przegraną. Prawnicy sugerowali zatem, żeby tego nie mówić. Posłuchałem ich.

Film jest oparty na faktach, ale wiele scen to inscenizacja. Zależało panu, by uzyskać równowagę między prawdą a fikcją?

Nie, w ogóle. Mogę od razu wymienić to, co w filmie zostało zmyślone. Prawdziwe są sceny konferencji prasowych, bo wszystkie były utrwalone – to można sprawdzić. Ale poza tym nie trzymałem się niewolniczo faktów. To nie jest żadna tajemnica, choć nie wydaje mi się, aby to było istotne.

W tym samym czasie co „Strategia...” powstawał głośny dokument Alexa Gibneya „Kłamstwa Armstronga”. Który z was stworzył obraz bliższy prawdy?

Współczułem Alexowi, bo wiedziałem, że Armstrong nigdy nie wpuściłby kamery do pokoju, w którym bierze doping. Czyli Alex nie miał możliwości pokazać tego, co najważniejsze. Nie mógł pokazać prawdy, mimo że kręcił dokument, a my fabułę! Z tego punktu widzenia nasz film fabularny jest prawdziwszy niż jego film dokumentalny. Pokazujemy, co znaczą słowa. „Brać doping” oznacza właśnie to, a transfuzja wygląda tak. To właśnie robił Armstrong przez te wszystkie lata. Sprowadzamy jego działalność z poziomu uogólnień, wygładzonych deklaracji medialnych na poziom faktów.

Fikcja prawdziwsza niż dokument?

Armstrong dokonał swojego medialnego coming outu w rozmowie z Oprah Winfrey. To ona pierwsza wyciągnęła z niego publiczne przyznanie się do winy. A jednak gdy zobaczyła nasz film, powiedziała: „A więc tak to wyglądało!”. Myślę, że nasza fabuła jest zapisem faktycznych wydarzeń. Wyobraźnia jest ciekawsza niż pełna ograniczeń rzeczywistość. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZeżone

Stephen Frears

(74 l.) to prawdziwy kameleon, czuje się doskonale w niemal każdym gatunku. Sławę przyniosły mu „Niebezpieczne związki” z Johnem Malkovichem, według XVIII-wiecznej powieści Choderlosa de Laclos. Przenosił też na ekran głośne współczesne książki, np. „Moją piękną pralnię” Hanifa Kureishiego i „Wierność w stereo” Nicka Hornby’ego. Jego największym sukcesem była nominowana do Oscara opowieść o współczesnej brytyjskiej monarchii – „Królowa” z Helen Mirren. Do Oscara nominowano go też za sensacyjnych „Naciągaczy” z Johnem Cusackiem i Anjelicą Huston.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2015
Więcej możesz przeczytać w 44/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0