Miała 70 tys. fanów, cytowały ją światowe media, nigdy nie istniała. Jenna Abrams okazała się rosyjskim botem

Miała 70 tys. fanów, cytowały ją światowe media, nigdy nie istniała. Jenna Abrams okazała się rosyjskim botem

Zamaskowany użytkownik internetu (zdj. ilustracyjne)
Zamaskowany użytkownik internetu (zdj. ilustracyjne) / Źródło: Fotolia / Gorodenkoff
Popularna blogerka Jenna Abrams to jedynie fasada dla działalności pracowników Kremla. Konto fikcyjnej postaci prowadzone było przez rosyjskich propagandystów. Aktywność nieistniejącej zwolenniczki Trumpa śledziło na Twitterze 70 tys. osób. Jej wpisy docierały do setek tysięcy internautów.

Jeżeli w Stanach Zjednoczonych są jeszcze osoby, które nie wierzą w podejmowane przez rosyjski wywiad próby wpływania na tamtejszą debatę polityczną, prawdopodobnie nie uwierzą także w najnowsze rewelacje dotyczące blogerki Jenny Abrams. Okazuje się, że ta wpływowa bohaterka mediów społecznościowych nigdy nie istniała. Za prowadzenie konta „zwykłej Amerykanki”, która na Twitterze wyrażała po prostu własne zdanie, odpowiadał sztab rosyjskich speców od propagandy.

Śledztwo prowadzone w amerykańskim Kongresie wykazało, że za kreację Jenny Abrams odpowiedzialna była Internet Research Agency (IRA) z Petersburga. Ta powiązana z Kremlem organizacja posiada w sumie ponad 2750 kont na Twitterze. Panią Abrams „stworzyła” w 2014 roku, a zaufanie internautów do niej zdobywała poprzez wpisy o zwykłych, codziennych sprawach. Polityką nasza „blogerka” zainteresowała się dopiero po zdobyciu solidnej bazy osób podzielających jej poglądy. Podczas wyborów niebezpośrednio poparła Donalda Trumpa. „Nie jestem za Trumpem, jestem za zdrowym rozsądkiem” – zwykła pisać.

Jenny Abrams nie jest jedynym rosyjskim kontem, które aktywnie uczestniczyło w amerykańskim życiu publicznym. Kongres ustalił, że były doradca prezydenta Trumpa Michael Flynn obserwował łącznie 5 fikcyjnych kont, sterowanych przez ludzi z Rosji. Oprócz niego, także Donald Trump Jr., menadżer kampanii Kellyanne Conway oraz dyrektor kampanii internetowej Trumpa Brad Parscale popularyzowali treści pojawiające się na petersburskich profilach.

Bortkiewicz vs John Bingham

W związku z tą sprawą powraca temat niedawnego zniknięcia popularnego użytkownika polskiego Twittera, ukrywającego się pod nickiem „John Bingham”. Internauta ten oskarżył pracującego obecnie w TVP Stanisława Bortkiewicza o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 80. – opublikował nawet zdjęcie jego karty personalnej. Krótko potem Bortkiewicz oskarżył Binghama o bycie „rosyjskim trollem”, a konto prawicowego twitterowicza zostało usunięte. Wzbudziło to spory odzew wśród prawicowej części polskiego Twittera.

„Troll internetowy ukrywający się pod pseudonimem John Bingham, który na Twitterze opublikował rzekome sensacje na mój temat, po rozesłaniu ich w sieci nagle zlikwidował to konto. Wcześniej od wielu miesięcy konto to było bardzo aktywne. Mam informacje, że osoba ukrywająca się za tym trollem i kontem jest powiązana ze służbami specjalnymi – będę to weryfikował” – mówił w wywiadzie dla portalu dorzeczy.pl Bortkiewicz. Zapowiedział podjęcie dalszych kroków prawnych w celu pociągnięcia do odpowiedzialności osoby ukrywającej się za pseudonimem „John Bingham”.

Czytaj także

 3
  •  
    Cep nigdy w to nie uwierzy - podobnie jak w to, że Szydło to kukiełka
    • Czytając te wszystkie newsy (mniej lub bardziej fake...) można dojść do wniosku, że ostatnie wybory prezydenckie w USA były rywalizacją między kandydatem Moskwy a kandydatką Kremla, podczas gdy lewicowiec Obama był jedynie słusznym Amerykaninem z krwi i kości. Ech.
      • To musi być "prawda", ta jedynie słuszna ... bo skąd mam wiedzieć, mam "wierzyć", najlepiej głęboko?

        Czytaj także