W czwartek 14 czerwca prezydent Czech niespodziewanie zwołał nagłą konferencję prasową, wywołując w kraju różnego rodzaju spekulacje. Następnie, kiedy już przyciągnął uwagę dziennikarzy i publiki, zrobił coś, co trudno opisać z pełną powagą. Milos Zeman przed kamerami spalił ogromne czerwone bokserki. Bielizna w 2015 roku zawisła nad pałacem prezydenckim w ramach happeningu przygotowanego przez artystów z grupy Ztohoven. W ostatnich miesiącach w proteście przeciwko reelekcji Zemana Ztohoven rozprowadzali wśród Czechów koszulki i przypinki z czerwonymi spodenkami.
– Przepraszam, że sprawiłem, że wyszliście na małych głupków. Naprawdę na to nie zasługujecie – miał rzucić do dziennikarzy Zeman przed opuszczeniem konferencji. Relacjonująca to wydarzenie agencja AFP podsumowała wystąpienie prezydenta Czech jako "dziwaczne" i zaskakujące dla zgromadzonych przedstawicieli mediów.
Próbujące wyjaśnić konferencję Radio Praga tłumaczyło, że demonstracja prezydenta miał symbolizować „koniec brudów w polityce”. Przeciwnicy polityczni Zemana nie potrafili jednak doszukać się w jego wystąpieniu niczego zabawnego. Petr Gazdik napisał nawet, że gdyby nie szacunek dla urzędu prezydenta, „powiedziałby, że prezydent zwariował”, a cały ten spektakl, „obniża godność funkcji prezydenta”. To nie pierwszy raz, kiedy prezydent Czech dał wyraz swojej jawnej niechęci wobec mediów. W ubiegłym roku przyniósł na konferencję prasową broń podpisaną: na dziennikarzy, w maju tego roku rzucił, że powinni zostać „zlikwidowani”.
Czytaj też:Trump pokazał Kimowi zwiastun filmu z nimi dwoma w rolach głównych. Tym go przekonał?
