Polska podróżniczka dostała do wypełnienia kartę w samolocie. I oniemiała

Polska podróżniczka dostała do wypełnienia kartę w samolocie. I oniemiała

Wnętrze samolotu, zdj. ilustracyjne
Wnętrze samolotu, zdj. ilustracyjne / Źródło: Unsplash / NeONBRAND
Beata Pawlikowska wybrała się w kolejną daleką podróż. Tym razem padło na Hawaje. Jakież było jej zdziwienie, gdy w samolocie przed wylądowaniem dostała formularz imigracyjny, w którym jedno z najważniejszych pytań dotyczyło celu przyjazdu. „Zdumiałam się, bo dwie pierwsze opcje do wyboru to 'ślub' albo 'podróż poślubna'!” – wyznała. Słynna polska podróżniczka opisała swoją przygodę w najnowszej książce „Blondynka na Hawajach”.

Kolejna niezwykła podróż z Beatą Pawlikowską odkrywa przed czytelnikami różne oblicza Hawajów. Czy przypominają raj z kolorowych przewodników i turystycznych folderów? Na pewno nie rozczarują. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse Książki publikujemy fragmenty „Blondynki na Hawajach”.

„Blondynka na Hawajach” Beaty Pawlikowskiej ukazała się nakładem wydawnictwa Edipresse Książki
Kolejna niezwykła podróż z Beatą Pawlikowską odkrywa przed czytelnikami różne oblicza Hawajów. Czy przypominają raj z kolorowych przewodników i turystycznych folderów? Na pewno nie rozczarują. Blondynka na Hawajach to lektura obowiązkowa dla tych, którzy wybierają się w tamte strony. Dla nich i dla tych, którzy póki co oddają się tylko marzeniom, podróżniczka nagrała wiele filmów, dzięki którym będą mogli zobaczyć opisywane miejsca i posłuchać, jak warto żyć, żeby poczuć wewnętrzne szczęście. Spisaną historię uzupełniają filmy, które autorka nagrała w czasie podróży, a które można obejrzeć, skanując kody QR umieszczone w książce.

Na zdjęciu: W magicznym lesie Kamakou
To jest najbardziej popularny cel podróży na Hawaje! Biała suknia, złota plaża, zachód słońca. Rachunek za tę jedną noc wynosi mniej więcej trzydzieści tysięcy dolarów. Wszystko na Hawajach jest drogie. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam. Siedziałam przy oknie autobusu i przecierałam oczy ze zdumienia. Mówiłam już, że między Polską a Hawajami jest dwanaście godzin różnicy czasu, prawda? I że uciekł mi samolot na Hawaje, więc musiałam zostać na noc w San Francisco? Byłam więc trochę zmęczona, rozkojarzona i z trudem usiłowałam zebrać myśli i podążyć za nimi. Znów przetarłam oczy i zmrużyłam je, żeby lepiej.

Na zdjęciu: Pustynny, wulkaniczny krajobraz u stóp Mauna Kea
W samolocie przed wylądowaniem zwykle trzeba wypełnić formularz imigracyjny, w którym jedno z najważniejszych pytań dotyczy celu przyjazdu. Najczęściej dwie pierwsze możliwości do wyboru to „wakacje” albo „biznes”. Gdziekolwiek będziesz na świecie, jesteś albo turystą, który zamierza zwiedzać i wydawać pieniądze, albo wysłannikiem firmy, która chce na miejscu robić interesy. Tak czy inaczej jesteś mile widziany. Zbliżaliśmy się właśnie do lądowania. Wypełniłam wszystkie rubryki, gdzie należy podać imię, nazwisko, datę urodzenia, adres zamieszkania, płeć, zawód, numer lotu samolotem i numer paszportu, i zatrzymałam się przy „celu podróży”. I zdumiałam się, bo dwie pierwsze opcje do wyboru to „ślub” albo „podróż poślubna”!

Na zdjęciu: Amerykański teleskop radiowy tuż pod wierzchołkiem Mauna Kea
Na okładkach amerykańskich pism turystycznych na początku lat sześćdziesiątych można było zobaczyć obrazki z raju. Hawaje były reklamowane jako paradise islands – rajskie wyspy pełne młodych dziewcząt o długich, falujących włosach oraz równie pięknych, muskularnych młodzieńców, których jedynym zajęciem było pływanie na deskach po falach oceanu. Oraz uśmiechanie się do fotografów. Wschody słońca i zachody słońca. Kostiumy bikini, słoneczna pogoda, na twoje przybycie oczekują szczęśliwi tubylcy z ananasami w rękach. Stworzono obraz miejsca przeznaczonego na idealne wakacje w tropikalnym raju. Aż chciałoby się uwierzyć, że orzechy kokosowe same spadają z drzewa prosto w twoje spragnione ręce, a stoliczek sam się nakrywa na wieczorny posiłek pod niebem pełnym gwiazd. Och, nawet więcej! Idealne wakacje, idealna miłość, idealny ślub!

Na zdjęciu: W cudownym lesie Kamakou na wyspie Molokai na Hawajach
Mała, płytka zatoczka, w której kąpały się dzieci. Pusta droga. Łódki na piasku. Palmy w oddali. Czegoś mi tu brakowało. Ale czego?... Czegoś… hawajskiego. Zaraz. Gdzie są tancerki hula, trzcinowe spódniczki, girlandy kwiatów i surferzy na deskach?... Elvis Presley z gitarą??… Roześmiałam się. Zabawne, że czasem z okruchów informacji tworzy się pewien podświadomy obraz, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Niektórzy czasem nawet sprytnie zbierają te okruchy i kreują z nich reklamową wizję odpowiadającą skrytym ludzkim pragnieniom.

Rajskie wyspy
Kona to zawietrzna część Big Island, Wielkiej Wyspy. Zawietrzna, czyli ta, z której wieje wiatr, w odróżnieniu do nawietrznej, czyli pod wiatr. Kailua-Kona to największe miasto w dystrykcie Kona w zachodniej części Big Island. Nie mylić z Kailua w hrabstwie Honolulu na wschodnim wybrzeżu wyspu Oahu. Biały smukły kościół i ogromne drzewo o gładkich szarych konarach, które wyglądają jak wijące się do nieba węże. To jest moje pierwsze wspomnienie z Hawajów. Zakręt na pustej szosie. Zielonkawy brzeg oceanu. Żółty katamaran na wodzie. Nazywał się Kini-kini, czyli „Mnóstwo”. Serio?... Zatrzymałam się przy brzegu. Tak wyglądają Hawaje?... A właściwie jak miałyby wyglądać? – zapytałam samą siebie.
Czytaj także:
Turyści wybrali najpiękniejsze plaże świata. Gdzie ich szukać?

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 2
  • Blondynki lepiej trzymać pod kluczem.
    •  
      "Zawietrzna, czyli ta, z której wieje wiatr"

      jest dokladnie ODWROTNIE
      dalej nie czytam