„Wyłącz lokalizację, nie zapamiętuj tego, czego nie musisz”. Odwiedziliśmy batalion „Donbas”

„Wyłącz lokalizację, nie zapamiętuj tego, czego nie musisz”. Odwiedziliśmy batalion „Donbas”

Serhij z batalionu Donbas i tylna kanapa jeepa. W dużej mierze to pomocy z Polski, oprócz broni
Serhij z batalionu Donbas i tylna kanapa jeepa. W dużej mierze to pomocy z Polski, oprócz broni / Źródło: Archiwum prywatne
– A teraz zobaczysz, jak mieszkają wojskowi bezdomni – śmieje się Mirek, gdy spotykamy się gdzieś w obwodzie donieckim, skąd jedziemy tam, gdzie stacjonuje jego grupa. Przyjaciel czy nie, ale sprawdza, czy w telefonie wszystko wyłączone. W Ukrainie obowiązuje pod tym względem najwyższy poziom ostrożności. A gdy chodzi o batalion specjalnego przeznaczenia są one jeszcze bardziej zaostrzone. Wszystko, co dziś opisujemy – robimy za zgodą jednej z grup batalionu, z którą spędzamy kilka godzin. – Nie zapamiętuj tego, czego nie musisz – usłyszeliśmy.

– Murka, zostaw ją, no zostaw – otwieram drzwi samochodu, a na kolana wskakuje mi mały, rudy kundelek, liżąc mi ręce, szyję, twarz i obowiązkowo obwąchujący kamizelkę kuloodporną. Jura tylko się śmieje. – Rozbestwiliśmy go strasznie, no ale sama zobacz – próbuje zabrać psa. Ale pies ucieka sam, bo niedaleko nas zaczyna się rosyjski ostrzał gradami, dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym innym. Murka się kuli i ucieka na podwórko, ale łasi się do nóg.

– Witamy w jednostce połączonych sił batalionu specjalnego przeznaczenia „Donbas” – mówi Artem Atodores, dowódca liczącej ponad 20 osób grupy, z którą się spotykamy. Cały batalion liczy dziś dobrze ponad 400 osób, ale są one podzielone na kilkanaście grup w różnych rejonach Donbasu.

Źródło: Wprost
 1

Czytaj także