Yes, yes, yes? Jeeest...

Yes, yes, yes? Jeeest...

No i mamy kompromis w sprawie eurokonstytucji, który jak na kompromis przystało każdą ze stron zadowala połowicznie. Ale mogło być naprawdę o wiele gorzej. Dla Polski, gdyby nie dopuszczono nas do głosu na konferencji międzyrządowej. Dla Europy, gdyby przyjęto od razu system podwójnej większości. W efekcie w sobotę nad ranem prezydent Lech Kaczyński nie powtórzył słynnego okrzyku Kazimierza Marcinkiewicza, lecz powiedział "jeeest...". Powodów do wstydu nie ma, bo osiągnęliśmy maksimum z tego, co praktycznie mogliśmy osiągnąć.
Choć polska delegacja przyleciała do Brukseli z okrzykiem bojowym "pierwiastek albo śmierć!" tak naprawdę nikt nie wierzył w to, że pierwiastek uda się nam wywalczyć. Po co więc było to ułańskie hasło? Dla zawyżenia stawki i jednocześnie sprostaniu wymogom narzucanym przez polityczną dramaturgię. Gdyby polski prezydent na wstępie powiedział "no kochani, na pierwiastek nie mamy co liczyć, ale przynajmniej osłabmy złe strony systemu podwójnej większości", negocjacje skończyłyby się przyjęciem niemieckiego systemu już od 2009 r. i to bez żadnych mechanizmów zabezpieczających. O tym, że polityka to teatr wczoraj w nocy widać było jak na dłoni. Szczyt europejski to cały dworski ceremoniał, złożony ze skomplikowanych figur, zwrotów akcji i podwyższanej ciągle temperatury. O tym, że szczyt skończył się polskim wetem informowano nas w nocy co najmniej kilkukrotnie. Nieco po północy jeden z "dobrze wtajemniczonych informatorów" przekazał nam wieść, że Polska zawetowała i przez to zostanie wykluczona z konferencji międzyrządowej. Jeszcze moment, a okazałoby się, że zostanie za karę automatycznie przyłączona do Ligii Arabskiej, a Bruksela każe nam oddać wszelkie unijne dotacje, z procentem w dodatku. Bardziej doświadczeni koledzy obserwowali histerię, jaka po tej hiobowej wieści zapanowała, z pogardliwym uśmieszkiem. Uzasadnionym, bo niedługo później okazało się, że - nawiązując do Twaina - pogłoski o śmierci Polski były przesadzone. Albo inny manewr, kiedy już było blisko finalnego porozumienia, nagle osiem małych euroentuzjastycznych krajów (z Luksemburgiem na czele) sprzeciwiło się kompromisowi. I znów padł blady strach. A tak naprawdę była to tylko zasłona dymna, która miała przekonać Polskę do jak najszybszego podpisania porozumienia.

Czy wróciliśmy z tarczą czy na tarczy? Nie osiągnęliśmy spektakularnego sukcesu, bo takim byłby pierwiastek. Ale był to cel niemożliwy do realizacji. Polska osiągnęła sukces mniej efektowny, ale równie ważny. Bo z jednej strony odwlekliśmy w czasie przyjęcie systemu podwójnej większości do 2017 r., a po tym czasie wprowadzenie mechanizmów zabezpieczających. Z drugiej strony udowodniliśmy, że jesteśmy pełnoprawnym członkiem Unii, czyli takim, który ma wpływ na podejmowane przez wspólnotę decyzje a nie tylko bezkrytycznie akceptuje wszystko, jak leci. W europejskim teatrze zagraliśmy jedną z głównych ról, a nie - jak nam sugerowano – byliśmy statystą. I nie była to też rola czarnego charakteru.

Czytaj także

 0