W zeszłym roku odbyły się w Mołdawii wybory prezydenckie oraz referendum dotyczące zmian w konstytucji, których celem była integracja europejska. Ich wynik był traktowany jako probierz nastrojów społecznych przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi, gdyż w Mołdawii, podobnie jak w Rzeczpospolitej, większość władzy znajduje się w rękach parlamentu, który powołuje rząd.
Zarówno referendum, jak i wybory prezydenckie skończyły się pomyślnie dla opcji proeuropejskiej, ale tylko dlatego, że zdecydowanie zagłosowała za nią ogromna mołdawska diaspora. Uwzględniając głosy oddane tylko w kraju, referendum zostałoby odrzucone, a prezydentem zostałby kandydat prorosyjski, wspierany przez Partię Socjalistów oraz rosyjską machinę propagandową i przez ordynarne kupowanie głosów za pieniądze szmuglowane wprost z Rosji.
Czytaj też:
100 zł za udział w proteście, samoloty z wyborczymi turystami. Mołdawia oparła się presji Kremla
Stawką tegorocznych wyborów było więc nie tylko to, kto będzie rządził, ale szerzej – to, czy Mołdawia utrzyma proeuropejski kurs czy też zawróci gwałtownie w stronę Rosji, tak jak ostatnio zrobiła Gruzja czy wcześniej Ukraina za Janukowycza. Dla Unii Europejskiej to także były ważne wybory, gdyż gdyby Mołdawia zmieniła kurs, to ucierpiałoby nasze „soft power”, którego istotnym elementem jest to, że wiele krajów chce dołączyć do klubu.
Historyczna druga kadencja
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
