Wiosna Putina

Wiosna Putina

Ekipa prezydenta Rosji zrobiła wszystko, by głosy zostały policzone na długo przed wyborami.
Bukmacherzy nie mieli nic do roboty przy wyborach do Dumy. Zwycięzca mógł być tylko jeden - kremlowska partia władzy, czyli Zjednoczona Rosja. Sami członkowie tego ugrupowania bez ogródek mówią, że w ich kraju funkcjonuje zasada "demokracji kierowanej". To zresztą nic zaskakującego, a jedynie kolejny rozdział w tysiącletniej historii autorytarnej władzy w Rosji, której prezydent Władimir Putin jest po prostu najnowszym uosobieniem. To on jest ojcem sukcesu partii bezbarwnej, ale za to mającej w swych szeregach kilkudziesięciu wysokich urzędników rządowych oraz prawie 30 gubernatorów.

Nieważne, jak oni głosują, ważne, jak my liczymy głosy

Zjednoczona Rosja nie miałaby szans ani w USA, ani w większości krajów Europy. Nie ma spójnego programu politycznego, a kandydaci tej partii do Dumy nie musieli nawet zadać sobie trudu konkurowania z reprezentantami innych ugrupowań - po prostu odmówili udziału w oficjalnych telewizyjnych pojedynkach wyborczych. Wystarczyło im, że kontrolowane przez państwo stacje telewizyjne do znudzenia pokazywały, jak liderzy partii, a zarazem członkowie rządu: minister spraw wewnętrznych Borys Gryzłow i minister spraw nadzwyczajnych Siergiej Szojgu, jeżdżą po kraju ubrani "roboczo" i "załatwiają sprawy ważne dla zwykłych ludzi". Nie narażali się przy tym - jak w wyborczym studiu - na kłopotliwe pytania czy zarzuty politycznych przeciwników i dziennikarzy. Koszty ich samolotowych eskapad (przez 11 stref czasowych - od Petersburga po Władywostok) ponieśli oczywiście podatnicy, gdyż oficjalnie obaj ministrowie pełnili swe obowiązki.

To tylko jeden z przykładów używania na wielką skalę - na potrzeby jednego ugrupowania - tzw. środków administracyjnych, jak eufemistycznie nazywa się w Rosji nadużywanie władzy. "Nieważne, jak oni głosują, ważne, jak my liczymy głosy" - mawiał Stalin. Ostatnie wybory parlamentarne dowiodły po raz kolejny, że w postsowieckiej Rosji ta reguła nadal obowiązuje. Została jedynie zmodyfikowana na potrzeby nowego systemu, który ma pewne cechy demokracji, choć jego istota pozostaje autorytarna. Władimir Pribyłowski, szef Instytutu Panorama, twierdził przed wyborami, że w niektórych komisjach należy się spodziewać bezpośredniego fałszowania wyników. Według Grigorija Jawlinskiego, lidera opozycyjnej partii Jabłoko, w Moskwie i innych głównych miastach normą są fałszerstwa zmieniające wyniki o kilka procent, ale na prowincji skala oszustw może sięgać nawet połowy głosów.

Chodorkizacja opozycji

Do głosowania na partię władzy wszelkimi sposobami nakłaniano kilkumilionową armię pracowników państwowych. Ich zadaniem było też uprzykrzanie życia rywalom wybrańców Kremla. Jednej z partii praktycznie odebrano możliwość działania. Aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego, głównego udziałowca Jukosu, odcięło źródła finansowania liberałom z Jabłoka i zdyskredytowało w oczach wyborców ich partię jako ekspozyturę figur ubijających ciemne interesy. Jakby tego było mało, w siedzibie firmy public relations prowadzącej kampanię wyborczą Jabłoka władze zrobiły rewizję, zabierając stamtąd wszystkie komputery wraz z ich zawartością.

Z ataku na Chodorkowskiego, który zmroził zachodnich inwestorów i wstrząsnął notowaniami rosyjskich firm na giełdach, partia władzy uczyniła wyborczy sztandar. W ten sposób Kreml chciał przekonać obywateli, że korzyści z tegorocznego sześcioprocentowego wzrostu gospodarczego nie będą się już przyczyniać do nabijania kabzy uprzywilejowanym oligarchom, ale zostaną przeznaczone m.in. na modernizację wodociągów i centralnego ogrzewania oraz podwyżki dla nauczycieli i pracowników służby zdrowia. Rządowe media z upodobaniem pokazywały Rosjanom (zarabiającym przeciętnie 120 dolarów miesięcznie) upokorzenie najbogatszego człowieka Rosji, którego majątek jest szacowany na 5 mld dolarów. Widok aresztowanego oligarchy tak pokrzepił wyborców, że notowania Putina skoczyły przez miesiąc z ponad 70 proc. do 82 proc. Podobny wzrost popularności stał się udziałem Zjednoczonej Rosji. Dla partii władzy atak na oligarchów i obietnica walki z korupcją okazały się w przedwyborczej kampanii równie skuteczne jak poprzednio interwencja w Czeczenii.

Druga i trzecia kadencja dla Putina?

Putin najwyraźniej potraktował wybory parlamentarne jako etap w rozgrywce o drugą kadencję prezydencką. To głosowanie odbędzie się w marcu 2004 r. Putin walczył już dziś nie tylko o reelekcję (raczej ma ją zagwarantowaną), ale i o to, by jego zwolennicy zyskali w Dumie większość potrzebną do zmiany konstytucji (301 z 450 głosów). Dotychczas uzyskanie takiej przewagi bywało możliwe tylko dzięki kupowaniu głosów od zwolenników kabotyńskiego Władimira Żyrinowskiego oraz zawieraniu taktycznych porozumień z Jabłokiem i Związkiem Sił Prawicowych Borysa Niemcowa i Anatolija Czubajsa. W telewizyjnym orędziu Putin stwierdził, że nowa Duma zadecyduje, "czy prezydent będzie miał związane ręce i nogi i czy będzie zdolny robić to, co do niego należy, czy nie".

Gra toczy się zresztą już nawet nie o polityczne losy Putina, ale o przyszły kształt państwa rosyjskiego. Na papierze wszystko wygląda nieźle. Regularnie odbywają się wybory - od lokalnych po prezydenckie. Funkcjonują władze legislacyjne, partie, toczy się publiczna debata. W rzeczywistości wszystko to jest fasadowe, a ostatnia kampania i same wybory kolejny raz obnażyły sztuczność systemu oraz jego autorytarno-policyjny charakter. Instytucje, które miały być arbitrami rywalizacji wyborczej - jak Sąd Najwyższy - stały się stroną Kremla. Media mówiły w zdecydowanej większości to, co dyktowała im władza. Władze powołały nowy zarząd najbardziej renomowanego instytutu badania opinii publicznej VTsIOM-A wbrew protestom zatrudnionych tam ekspertów. Część z nich odeszła, słusznie obawiając się, że już w najbliższym badaniu partia władzy, która dotychczas wyprzedzała komunistów o kilka procent, błyskawicznie zwiększy przewagę (do 18 proc.). Nic dziwnego, że wyniki wyborów były przewidywalne aż do bólu. Przy takich metodach, jakie stosuje Kreml, mógłby on nawet doprowadzić do przegłosowania w referendum, że teraz jest wiosna, a nie zima.

Juliusz Urbanowicz

Pełny tekst ukaże się w najnowszym, 1098 numerze tygodnika "Wprost". W sprzedaży od poniedziałku 8 grudnia.

W numerze także: Randka z Moniką (Czy można zrobić karierę na własnym upadku? Przykład Moniki Lewinsky, najsłynniejszej stażystki na świecie, pokazuje, że można.)

Czytaj także

 0