Leci człowiek-rakieta

Leci człowiek-rakieta

Człowiek-rakieta, czyli Kim Dzong Il może latać dalej. Nikt mu nic nie zrobi. By go ukarać, jak na razie - używając eufemizmu - nie ma "politycznej woli".
Kim wiedział jak bardzo podzielone są światowe potęgi, zwłaszcza w stosunku do Korei Północnej. Chciał ten podział pogłębić, zwrócić na siebie uwagę i uzyskać - podobnie jak niedawno Iran - "dyplomatyczną ofertę". I to mu się udało. Tak samo jak przed ośmioma laty gdy próby z koreańskimi pociskami nuklearnymi doprowadziły do bezpośrednich rozmów z Południową Koreą i USA.

Północnokoreański dyktator jednak wiele ryzykował. Niezgoda wśród pięciu państw prowadzących rokowania nie jest tak głęboka. Zamiast jej pogłębienia mogło dojść do zwarcia szeregów. Kimowi udało się, gdyż nie powiódł się test rakiety Taepodong2, tej która miała dolecieć aż na Hawaje, a która po 38 sekundach zanurkowała w Morzu Japońskim.

To sprawiło, że część z państw uznała testy rakiet za niewielkie przewinienie za które głupio byłoby karać. Rosja, Chiny i Korea Południowa są stanowczo przeciw akcji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Seul ograniczył się jedynie do symbolicznego wstrzymania pomocy żywnościowej. Nieprzypadkowo przeciw ostrej reakcji na poczynania Phenianu promowanej przez Japonię i USA protestują Pekin i Seul. Oba kraje mają z Japonią ostry zatarg o morskie wysepki i rozliczenia z imperialnej przeszłości. Z drugiej strony doszło do kolejnego zbliżenia między Tokio i Waszyngtonem. Jeszcze zanim doszło do testów, Japonia i USA przeprowadziły udane próby zestrzelenia rakiety średniego zasięgu na wodach Pacyfiku. Północnokoreańskie zagrożenie także przyspieszy rewizję pacyfistycznej japońskiej konstytucji.

Koniec końców człowiek-rakieta uzyskał co chciał. Kiedy sprawa przycichnie wszyscy będą nawoływać do dalszych działań dyplomatycznych, choć fakt, że do testów w ogóle doszło jest jak na razie największą porażką międzynarodowej dyplomacji.

Czytaj także

 0