Sprawdziliśmy Samsunga S9+ na pustyni. Piorunujący efekt
Materiał partnera

Sprawdziliśmy Samsunga S9+ na pustyni. Piorunujący efekt

Wadi Rum, widok ze skał nad Ruinami domu Lawrence'a z Arabii
Wadi Rum, widok ze skał nad Ruinami domu Lawrence'a z Arabii / Źródło: Konrad Żelazowski
Czy smartfon może zastąpić profesjonalny aparat? Aby to sprawdzić, po testach w Lizbonie polecieliśmy na inny kontynent - do słonecznej Jordanii.

Od ubiegłego roku Jordania przeżywa oblężenie polskich turystów, a to za sprawą jednej z tanich linii lotniczych, która uruchomiła regularne połączenia z Ammanem. Nic dziwnego, bo w mniej niż pięć godzin, możemy przenieść się do innego świata, ciekawego i mającego całkiem sporo do zaoferowania – szczególnie tym, którzy lubią przywieźć z urlopu bardziej zróżnicowane wrażenia niż te zdobyte z perspektywy plażowego leżaka.

Nasze wrażenia rejestrowaliśmy telefonem Samsung Galaxy S9+. Ten sam model koreańskiego producenta towarzyszył nam w zeszłym roku podczas podróży do Portugalii. Jeszcze wcześniej sprawdzaliśmy, czy telefonem komórkowym można wykonać fotoreportaż z dynamicznej imprezy sportowej, jaką był stołeczny Runmageddon. W obu przypadkach byliśmy zadowoleni z efektów, tak też było i tym razem.

Niedawno na rynku pojawił się następca S9+, dzięki temu testowany przez nas model staje się coraz tańszy i przez to dostępny dla większego grona użytkowników. S10+ już teraz okrzyknięto telefonem, który oferuje jeden z najlepszych aparatów na rynku. Podobnie było z modelem S9+. Wyposażono go w dwa moduły aparatu z matrycami 12 mpx. Szerszy obiektyw cechuje się zmienną przysłoną, która w zależności od warunków oferuje światło F1,5 lub F2,4. Z kolei drugi obiektyw daje nam niemal dwukrotne zbliżenie. Do dyspozycji mamy kilka trybów pracy, w tym profesjonalny, w którym sami ustawiamy wartość ISO, przysłonę i czas naświetlania, możemy też wybrać odpowiednią temperaturę barwową, tryb pomiaru światła, punkt ostrości lub użyć wbudowanych filtrów.

Fotografie Samsunga S9+
Jordania żegna nas zachodzącym słońcem. Po raz kolejny udało nam się wrócić do Polski z telefonem pełnym kolorowych, ostrych i dobrych jakościowo zdjęć. Wszystkie zostały wykonane Samsungiem Galaxy S9+. Przedłużając umowę w Orange, w abonamencie standardowym można otrzymać S9+ bez opłaty startowej. Dla przenoszących numer do sieci Orange przygotował trzy miesiące abonamentu bez opłat.

Morze Martwe
Kilka przystanków nad brzegiem tego niezwykłego jeziora wywołuje zachwyt, ale też smutek. Ratunkiem dla Morza Martwego ma być kanał, który połączy je z Morzem Czerwonym. Trójstronna umowa została podpisana kilka lat temu, ale rozpoczęcie projektu opóźniały kwestie polityczne. Jeśli nawet dojdzie ostatecznie do realizacji inwestycji, którą po wielu zawieruchach zgodził się finansować Izrael, nie wiadomo do końca, jaki to będzie miało wpływ na lokalne środowisko naturalne. Pewniejsze jest jednak to, że bez takiej ingerencji jezioro wyschnie całkowicie jeszcze w tym stuleciu.

Umierające jezioro
To już ostatni dzień naszej jordańskiej podróży. Do Ammanu wracamy okrężną drogą, przez Akabę, żeby zażyć kąpieli w Morzu Czerwonym. Potem ruszamy drogą 65, wzdłuż granicy z Izraelem w kierunku Morza Martwego. Nie każdy, kto dociera na brzeg tego piekielnie słonego jeziora, zdaje sobie sprawę, że jego lustro wody, to najniżej położony punkt na świecie (ponad 430 m p.p.m.). I niestety wciąż się obniża. Działalność człowieka sprawia, że znacznie zmalała ilość wody zasilającej Morze Martwe, a zmiany klimatyczne pociągają za sobą parowanie wody, która odsłania kolejne pokłady soli. Widać to wyraźnie na dostępnych w internecie zdjęciach satelitarnych, ale wystarczy również spojrzeć na brzeg, by zobaczyć, że Morze Martwe umiera. Nasz kierowca wskazuje miejsca, gdzie możemy podejść do brzegu. Sam jednak zostaje przy samochodzie. Pamiętajcie bowiem, że takie spacery w miejscach do tego niewyznaczonych mogą być niebezpieczne z powodu uskoków, przykrytych cienką warstwą piasku i soli. Sama kąpiel też nie będzie należała do przyjemnych, jeśli zdecydujecie się wejść do wody z jakimikolwiek ranami na ciele lub (o zgrozo!) zanurzyć głowę.

W namiocie Beduinów
Po wieczorze spędzonym z gospodarzem, jego pracownikami i innymi turystami w "namiocie socjalnym", wychodzimy nocą poza obręb obozowiska na pustynię. I wtedy dzieje się magia - niebo rozbłyska milionami gwiazd, a niczym niezmącona cisza daje idealne warunki to podziwiania tego spektaklu. To właśnie te chwile zapadną w pamięci najbardziej.

Nocleg pod gołym niebem
Pustynne wycieczki na ogół kończą się podziwianiem zachodu słońca. Widok jest spektakularny, ale to tylko przedsmak tego, co nas jeszcze czeka. Jeśli traficie do doliny Wadi Rum, to grzechem będzie nie zostać tu na noc. Do wyboru mamy wiele różnych obozowisk, oferujących noclegi pod gołym niebem, w namiotach lub przeźroczystych półkulach, od kilkudziesięciu złotych za skromne warunki, do 1000 zł za luksus, którego nie powstydziłby się 5-gwizdkowy hotel. W niektórych zjemy przy okazji tradycyjny posiłek beduiński, przygotowany w zakopanym w ziemi palenisku.

Czerwona Wydma
Już przy tzw. Czerwonej Wydmie czujemy, że dolina będzie naszym numerem jeden na mapie Jordanii. Po kolei docieramy do kolejnych atrakcji: naturalnych skalnych łuków, których na tym terenie jest kilka m.in. "Mały Most", czy "Um Fruth", wąwozu słynącego z wyrytych w skałach prehistorycznych rysunków i w okolice ruin Domu Lawrence'a. W międzyczasie jemy przygotowany przez organizatorów wycieczki posiłek, popijając przygotowaną na ogniu herbatą. Teoretycznie rozpalanie ognisk jest tu zakazane, ale tutejsi Beduini chyba niezbyt przejmują się takimi regulacjami. Wśród tak ciekawych krajobrazów, nie trudno o ładne zdjęcia. S9+ prawidłowo odzwierciedla barwy, daje odpowiednie nasycenie i znów radzi sobie dobrze w scenach o zróżnicowanej jasności.

"Marsjańska" dolina
Do słynnej Wadi Rum, położonej wśród granitowych i piaskowych skał, docieram rankiem. W wiosce, zamieszkanej przez kilkuset Beduinów, wita nas właściciel obozowiska dla turystów, w którym spędzimy noc. Wcześniej jednak zwiedzimy kilka najbardziej charakterystycznych miejsc doliny. Krajobraz Wadi Rum został rozsławiony przez film "Lawrence z Arabii" z 1962 roku. Właśnie tu kręcono znaczną część scen. Pustynne krajobrazy przyciągnęły również twórców "Transformerów", "Gwiezdnych Wojen" i "Prometeusza". Niejednokrotnie okolica "udawała" również powierzchnię Marsa – w "Czerwonej Planecie", "Ostatnich dniach na Marsie" i w "Marsjaninie".

Ulica Fasad
Brakuje nam czasu, by zobaczyć z bliska wszystkie, chociażby te najbardziej znane budowle. Głównie dlatego, że postanowiliśmy zobaczyć miasto z góry, ze ścieżek prowadzących na skały otaczające miasto. Wracamy tą samą drogą, podziwiając fasady budynków pomalowane zachodzącym słońcem, żegnani nawoływaniami miejscowych handlarzy, wśród kroczący leniwie wielbłądów, dźwigających turystów i zaprzęgniętych w konie, dwukołowych "taksówek". Ponad 100 km dalej czeka na nas kolejna, niezapomniana atrakcja.

Skarbiec Faraona
Pierwsza okazja, by ponownie sprawdzić, jak Samsung Galaxy S9+ radzi sobie w nieco trudniejszych warunkach, nadarza się w majestatycznym wąwozie As-Siq, stanowiącym naturalną i jedyną drogę do miasta. Gra wyrazistego światła i głębokich cieni, jest zawsze wyzwaniem dla aparatu, ale nasz telefon zdaje egzamin. Po jakimś czasie spomiędzy piaskowych skał wyłania się najbardziej charakterystyczna budowla Petry, zwana przez Beduinów Skarbcem Faraona. Tuż za nią docieramy do tzw. Ulicy Fasad i Królewskich Grobowców, a dalej do Cardo Maximus, czyli głównej ulicy z czasów największego rozkwitu miasta. Po przekroczeniu bramy Hadriana, docieramy m.in. do ruin głównej świątyni i tzw. pałacu córki Faraona. Dalej droga prowadzi do tzw. Klasztoru, wykutej w skale budowli, podobnej do tej u wylotu wąwozu.

Petra
Pierwsze ślady trwałych ludzkich osad w Petrze sięgają kilku tysięcy lat p.n.e. Jednak to, co dziś przyciąga tłumy turystów, jest dziełem starożytnych Nabatejczyków, którzy pojawiali się na tych terenach najprawdopodobniej już od VI wieku p.n.e., by w IV w. p.n.e. przejąć punkt przecinania się ważnych szlaków handlowych. To zapewniło rozkwit Petry, której położenie wśród skał dodatkowo gwarantowało względne bezpieczeństwo. Początkowe miasto namiotów, wraz ze zmianą stylu życia Nabatejczyków na bardziej osiadły, przybierało kształty, których ślady podziwiamy do dzisiaj. Charakterystyczna jest tu mieszanka stylów, które koczowniczy lud podpatrywał w innych miejscach i przenosił na nowy grunt, kując w skałach swoje budowle. Do Petry wchodzimy po minięciu nowoczesnego centrum turystycznego. Bilet kosztuje w przeliczeniu ok. 270 zł. Sporo, dlatego warto rozpatrzyć opcję dwudniową. To już tylko 30 zł więcej, a – jak się okazało – jeden dzień może nie wystarczyć, żeby nasycić się tym magicznym miejscem.

Miasto Wadi Musa
Po noclegu w Ammanie, o świcie spotykamy się z naszym kierowcą i ruszamy w kierunku Petry. Podróż trwa kilka godzin, przed południem docieramy do Wadi Musa. Wijąca się po wzniesieniach droga daje okazję do kilku zdjęć panoramy malowniczo położonego miasta, otulonego z jednej strony skałami, które skrywają pierwszy cel naszej wyprawy.

Dolina Wadi Rum
W podróżach do takich miejsc jak Jordania, ważne są nie tylko możliwości aparatu, ale również odporność na uszkodzenia. Na szczęście tworząc S9+ Samsung nie oszczędzał. Dzięki temu otrzymaliśmy smartfon pokryty szkłem Gorilla Glass 5, odporny na wodę i kurz. Do Jordanii wybraliśmy się na cztery dni (trzy noclegi). Krótko, ale dość, żeby podładować baterię i zobaczyć kilka niesamowitych miejsc. Amman - tętniąca życiem stolica Jordanii tym razem była dla nas jedynie krótkim przystankiem przed dalszą podróżą na południe kraju, do starożytnej, niezwykłej Petry i jeszcze bardziej oszałamiającej doliny Wadi Rum. W drodze powrotnej z krainy Beduinów na lotnisko w Ammanie, podziwialiśmy z kolei wybrzeże Morza Martwego.

Czytaj także

 2