Internet to my

Internet to my

Laptop, zdj. ilustracyjne
Laptop, zdj. ilustracyjne / Źródło: Fotolia / Rostislav Sedlacek
Jeśli jakiś system źle działa, trzeba go zrozumieć i naprawić, a nie odwrócić się i powiedzieć: „O, popsuł całe pokolenie!” – mówi Michał R. Wiśniewski, autor książki „Wszyscy jesteśmy cyborgami”.

W e-mailu w sprawie wywiadu zawahałem się, czy pisać per ty.

Niepotrzebnie. Nawet jeśli się wcześniej nie spotkaliśmy osobiście, w internecie jesteśmy znajomymi. To przeszło do sieci z Usenetu, gdzie wszyscy byliśmy równi – co było pochodną kultury fandomowej. Mnie raczej dziwi, gdy mój rówieśnik, który funkcjonuje w tej samej sferze co ja, nagle pisze do mnie per pan. To budowanie jakiejś sztucznej bariery, akt pasywnej agresji i działanie przeciwko idei internetu, który powinien nas łączyć. Chociaż pochodzę ze starych czasów i wzmaga moją frustrację, kiedy piszę na fanpage’u do korporacji, która mnie przekręciła na 200 zł, a oni suną przyjacielskim tonem: „Michale, zrobimy wszystko, żeby ci pomóc”.

Ale my pamiętamy jeszcze świat bez internetu. Dzisiejsi 20-latkowie mają dostęp do sieci od zawsze.

My z kolei mieliśmy zawsze telewizję albo prąd. A znam ludzi z poprzedniego pokolenia, dla których elektryfikacja była wielkim wydarzeniem. Pełno jest rzeczy, które dziś bierzemy za pewnik, a tak naprawdę istnieją relatywnie od niedawna. Napisałem „Wszyscy jesteśmy cyborgami”, aby stworzyć kronikę przemiany i nie zapomnieć, jak to się wszystko zaczęło i rozwijało. Łatwiej zrozumieć świat, w którym żyjemy, jeśli zobaczymy, skąd się wziął.

Jeden z bohaterów twojej powieści „Jetlag” mówił: „Nawet nie wiesz, ile można zapomnieć”. Lektura „Wszyscy jesteśmy cyborgami” to uświadamia – czytając, miałem cały czas poczucie, że umknął mi kawał historii polskiego internetu. A to przecież niewiele ponad 20 lat.

Proces zapominania będzie postępował coraz szybciej. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które musi przetwarzać taką ogromną ilość danych. Nic dziwnego, że się buntujemy. Jedni w ogóle nie śledzą wiadomości, inni skupiają się wyłącznie na uproszczonych komunikatach czy obrazkach. Moim zdaniem stąd się wzięła kultura retro i moda na lata 80. Wystarczy pamiętać o „Gwiezdnych wojnach”, „Powrocie do przyszłości”, „Ghostbusters”, kilku piosenkach i neonach – i mamy spokojne, bezpieczne miejsce. Można się w nim schować przed chaosem dzisiejszych czasów, w których jesteśmy jak Charlie Chaplin: wciągnięci w maszynę, przemieleni i wypluci.

Internet już nas nie wypluje…

Nie, bo jesteśmy jego częścią. Zdarza się, że ludzie myślą o sieci jako obcym ciele, wirtualnej rzeczywistości, innym wymiarze. Tak się już nie da. To jest nasz świat i w nim żyjemy. Też dlatego napisałem tę książkę. Mówi się o wielu zjawiskach, które rzekomo przyszły razem z internetem. Jeżeli pojawia się jakiś kryzys – z depresją wśród młodzieży, z przemocą, z fake newsami – łatwo powiedzieć: „J’accuse! To wina internetu!”. Ale to bzdura. Te zjawiska zawsze istniały, co najwyżej internet wydobył je na światło dzienne. Likwidacja sieci, nawet gdyby była możliwa, niczego by nie zmieniła. My po prostu musimy się nauczyć żyć w świecie z ogromną ilością danych, a jednocześnie nie wpadać w pułapki fake newsów, uproszczeń czy demotywatorów, które psują debatę publiczną i pchają nas w przepaść.

Mówisz, że to jest już rzeczywistość wirtualna, ale po prostu rzeczywistość. Ale jak spojrzysz na Polskę przez pryzmat internetu, zobaczysz różne jej wersje. Inną na Facebooku, inną na Twitterze, jeszcze inną w blogosferze. Każda zamknięta w swojej bańce.

Tak, nie ma w sieci jednej Polski. Ale czy to naprawdę internet sprawił, że ludzie zamykają się w bańkach? One zawsze istniały. Znaliśmy ludzi ze swojej wioski, swojego osiedla. Sieć zniosła co najwyżej ograniczenia geograficzne, inaczej te bańki poukładała. W realu byliśmy samotni, jeśli mieliśmy nietypowe hobby albo styl życia. Internet sprawił, że nikt już nie był samotny. Że bez ograniczeń geograficznych można zbudować wspólnotę ludzi zainteresowanych niszowymi sprawami.

A nas straszono, że internet oznacza odcięcie się od innych, że kontakty staną się powierzchowne, sztuczne.

Nigdy nie byliśmy tak doskonale skomunikowani jak dzisiaj. Kiedyś jeśli grupa rówieśnicza poddawała cię ostracyzmowi, np. z powodu nietypowego hobby albo orientacji seksualnej, co mogłeś zrobić? Nic. Pozostawałeś sam. A dziś? Zobacz, jak np. na Twitterze wspaniale wspiera się młodzież LGBT. Gdy ktoś zmaga się z problemami w realu, nagle dostaje wsparcie od całej społeczności. To są prawdziwi ludzie złączeni ze sobą w sposób, który kiedyś nie istniał.

Ma to swoje złe strony. Wsparcie dostają także faszyści.

Jasne, tu działa ten sam mechanizm. Jeśli ktoś był kiedyś jedynym faszystą w klasie, też nie mógł liczyć na wsparcie. W internecie może zapisać się na forum dla młodych faszystów i niestety również już nigdy nie będzie samotny. Ale raz jeszcze: to nie internet jest problemem. To, że młody człowiek się radykalizuje, z czegoś się bierze. Z jakiegoś nieszczęścia, poczucia odrzucenia czy kłopotów w domu, a to są rzeczy, które trzeba załatać w realu. Demonizowanie urządzeń i technologii nie rozwiąże problemu. Jeśli jakiś system źle działa, trzeba go zrozumieć i naprawić, a nie odwrócić się i powiedzieć: „O, popsuł całe pokolenie”.

Piszesz, że internet jest tylko narzędziem.

Tak. Co prawda fani strzelania do ludzi też mówią, że broń to tylko narzędzie. Ale broń wymyślono do zabijania. Internet jest raczej jak młotek. Źle użyty może zrobić krzywdę, ale nie po to został przecież stworzony. Powstał, kiedy Ameryka zastanawiała się, co się stanie, gdy na kraj spadną bomby jądrowe i sieć telefoniczna przestanie działać. Paul Baran – opisany przez Wojciecha Orlińskiego w biografii „Człowiek, który wynalazł internet” – wymyślił rozproszoną sieć połączonych komputerów. To nie było narzędzie do siania nienawiści.

Czasem jednak wydaje się, że skręcił w tę stronę.

Musimy zorganizować internet tak, żeby nie był miejscem niebezpiecznym. Do przeprowadzenia niezbędnych regulacji potrzebujemy organów państwowych albo ponadpaństwowych. Korporacje zajmują się regulacją tylko wtedy, gdy im się to opłaca. Facebook walczył z seksizmem, po prostu zakazując jakiejkolwiek nagości na zdjęciach. Teraz się dostaje z automatu bana, jak się wrzuci okładkę płyty, na której jest naga kobieta. Tak samo YouTube nie jest zainteresowany zwalczaniem nienawistnych filmików, bo one się dobrze klikają. Internet jest medium zbudowanym na emocjach, także negatywnych, więc dopóki ludzie klikają, dopóki wyświetlają się reklamy, korporacji treść nie interesuje.

Zresztą regulacje korporacyjne często nic nie dają. Odkąd Facebook wymaga jawności danych użytkownika, okazało się, że ludzie bez skrępowania pod własnym nazwiskiem piszą straszne rzeczy.

To mnie, przyznaję, zaskoczyło. Przez lata trwała dyskusja, czy anonimowość wyzwala w nas najgorsze instynkty. Okazało się, że niekoniecznie. Zniesienie anonimowości w sieci sprawiło, że ludzie przestali się wstydzić nawet obrzydliwych poglądów. Potrafi ą pisać np., że potrzebne są obozy śmierci dla homoseksualistów. Co więcej, w ten sposób zachęcają kolejnych. Dziś widzę, że anonimowość była jednak pewnym buforem. Na wielu ludzi działała zniechęcająco.

Internet pojawił się w Polsce w szczególnym momencie: transformacja ustrojowa już się zaczęła, ale dopiero się rozkręcała. Myślisz, że wpłynął na przemiany zachodzące w Polsce i Europie Wschodniej?

Myślę, że bardzo przyspieszył rewolucję obyczajową. Dzięki niemu trafi ła do nas myśl progresywna. Dzisiejsi młodzi ludzie, pokolenie Z, są na bieżąco z progresem światowym. Używają właściwych zaimków do określenia osób niebinarnych, rozumieją problemy, o których my nie mieliśmy w ogóle pojęcia. Na Instagramie mogą oglądać Alexandrię Ocasio-Cortez, która gotując makaron, objaśnia zawiłości amerykańskiej polityki. Wiedzą, jak wygląda świat. A na polskie media nie mogą liczyć. Bo zazwyczaj to, co wypisuje w Polsce prasa na temat Zachodu i socjaldemokracji, to nieprawda.

Ale internet jest ojczyzną fałszu. Dopiero co widziałem tweet z kadrem z „Wiedźmina” z czarnoskórymi bohaterami i komentarzem: „Zobaczcie, jak Netfl ix wyobraża sobie średniowieczną Polskę”. A przecież ani to Polska, ani średniowiecze.

To akurat wyglądało na robotę trollbota. Post zaprojektowany własnie tak, żeby zdenerwować ludzi. I na lewicy, i na prawicy. Tak to działa. Bierze się coś, co irytuje małą grupkę ludzi, i wzmacnia się to, nagłaśnia. Aż chaos rządzi. Bot jest jednym z narzędzi, które rozmywają rzeczywistość. Użytkownik korzystający z Twittera okazjonalnie nie umie odróżnić, kto jest prawdziwym człowiekiem, a kto udaje. Powstają wciąż nowe techniki fałszowania rzeczywistości. Pojawiły się deepfake’i, czyli możliwość nakładania czyjegoś wizerunku na film. Żyjemy w totalnym Hollywood – efekty specjalne są dostępne dla wszystkich. Jasne, fałszowanie zdjęć jest tak stare jak fotografia. Ale teraz przypomina to wyścig zbrojeń. Trwa wojna przeciwko prawdzie. Trzeba cały czas zachowywać czujność, kwestionować źródła. Jeśli widzimy news, który nas denerwuje albo informacja wydaje się nam szokująca, musimy się za każdym razem zastanowić, czy ktoś nie robi nas w konia. Komu zależy, by ten news był opublikowany? Czy powinienem to podawać dalej? Każdy powinien wbić sobie tę zasadę do głowy: jeśli mamy choć cień wątpliwości, to nie udostępniamy, nie retwittujemy, nie komentujemy. Poczekajmy, aż ktoś to zweryfikuje. Jeśli ten news jest poważny, pojawi się w poważnych mediach. Nie ma potrzeby, żebyśmy brali udział w sianiu chaosu.

I wierzysz, że kiedyś naprawdę tak będzie?

To największe wyzwanie, jakie stoi przed nami. Abyśmy zmienili nastawianie i nie cieszyli się fake newsami, które potwierdzają naszą wizję rzeczywistości. Żebyśmy stali się ciekawsi świata i bardziej otwarci. I może kiedyś spełni się marzenie o sieci, która nas wszystkich połączy. A póki co, możemy sobie mówić na ty.


Michał R. Wiśniewski (ur. 1979) – pisarz i publicysta. Nominowany do Nagrody Conrada za debiut roku. Autor powieści „Jetlag”, „God Hates Poland” i „Hello World” oraz zbioru felietonów „Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę”. Jego „Wszyscy jesteśmy cyborgami” to opowieść o tym, „jak internet zmienił Polskę”.


Rozmawiał Jakub Demiańczuk

Okładka tygodnika WPROST: 3/2020
Artykuł został opublikowany w 3/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także