Ameryka głupcze

Ameryka głupcze

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy można odnieść sukces, nie naśladując Ameryki?

Kiedy w 1993 r. Bill Clinton urządzał swoje biuro w Białym Domu, na jego biurku znalazła się kartka ze słynnym zdaniem: "Gospodarka, głupcze!". Musiała się znajdować w dobrze widocznym miejscu, skoro potęga Ameryki po ośmiu latach jego prezydentury, u progu nowego wieku, jest większa niż kiedykolwiek w historii. Politycy, którzy w różnych zakątkach świata wciąż usiłują poszukiwać trzecich i kolejnych dróg rozwoju, powinni dziś na swych biurkach umieś-cić raczej hasło: "Ameryka, głupcze!". Kto jednak ma dość odwagi i wyobraźni, by sięgnąć po patent na Amerykę?

W czym tkwi jego tajemnica? W 1903 r., gdy Henry Ford zakładał swoją fabrykę, całe Stany Zjednoczone produkowały 11 tys. samochodów rocznie, a Francja 30 tys. Już po dziesięciu latach przewaga amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego była bezdyskusyjna. Samochód wynaleziono wprawdzie w Europie, lecz produktem masowym i przedmiotem codziennego użytku stał się w Ameryce. W latach 40. Laszló Biró, autor genialnego w swej prostocie wynalazku, jakim był długopis, przez osiem lat z mizernym rezultatem próbował zainteresować producentów w Niemczech, Anglii i Argentynie. Po rozpoczęciu produkcji w Stanach Zjednoczonych już w pierwszym dniu sprzedaży nabywców znalazło 10 tys. długopisów.
Żarówka, klawiaturowa maszyna do pisania, kasa sklepowa, przenośny aparat fotograficzny, kuchenka mikrofalowa, samolot, wreszcie telewizor, magnetowid i komputer - wszystkie te produkty najpierw podbiły Amerykę, a potem resztę świata. Amerykańskim produktem, który najskuteczniej podbija świat, okazuje się sam amerykański model sukcesu, lecz pójście w ślady USA to trudne zadanie. Znacznie trudniejsze niż produkcja coca-coli, sprzedawanie hamburgerów albo montaż komputerów.

Imperium zbudowane na prerii
Odpowiedzi na pytanie o źródła sukcesu Ameryki poszukują politolodzy i ekonomiści od czasów Alexisa de Tocqueville’a, francuskiego polityka i myśliciela, który na przykładzie Stanów Zjednoczonych analizował w XIX wieku powstawanie społeczeństwa demokratycznego. W opublikowanej w 1955 r. książce "Sekret amerykańskiej prosperity" szwajcarski ekonomista William E. Rappard wskazał na cztery czynniki, dające USA przewagę nad resztą świata: produkcję masową, wykorzystanie nauki do postępu produkcji, pasję zwiększania wydajności i ducha konkurencji. Konkluzja Rapparda jest porażająco prosta: Ameryka odniosła sukces, bowiem jej mieszkańcy pragnęli dobrobytu i odwołali się do jedynej skutecznej polityki, która pozwoliła go osiągnąć. Amerykanie zbudowali potęgę swojej gospodarki dzięki temu, że od początku w Nowym Świecie obowiązywały zasady wolnego rynku i konkurencji bez jakichkolwiek taryf ulgowych - dowiódł współczesny Rappardowi austriacki ekonomista i filozof Ludwig von Mises.
W XX wieku Ameryka nie marnowała czasu na wcielanie w życie społecznych mrzonek tak jak Europa, która zafundowała sobie dwa totalitaryzmy i dwie wielkie wojny, a do tego całą drugą połowę stulecia poświęciła na definiowanie pojęcia sprawiedliwości społecznej. Jak dowodził von Mises, poza okresem New Deal Stany Zjednoczone nie starały się nigdy ustanawiać prymatu potrzeb społecznych nad zasadami gospodarki. "Właśnie dlatego przed każdym amerykańskim domem stoi samochód, a przeciętny Amerykanin kupuje rocznie kilka par butów. W Indiach, których rząd walczy o sprawiedliwość społeczną, większość społeczeństwa chodzi boso" - napisał von Mises.
Były przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich rozdawał członkom Kongresu "Trzecią falę" Alvina Toff-lera. Prezydent Clinton i wiceprezydent Al Gore przy każdej okazji przypominali o znaczeniu Internetu i nowych technologii. Dzisiaj co trzeci użytkownik globalnej sieci jest Amerykaninem, a w latach 90. przemysł informatyczny stał się kołem zamachowym ekonomii USA, generując 70 proc. wzrostu gospodarczego. Tymczasem Unia Europejska potrzebowała aż sześciu lat, by wyciągnąć praktyczne wnioski z tak zwanego raportu Bangemanna, postulującego stworzenie warunków do budowy społeczeństwa informatycznego.
Przywódcy Ameryki promują swoje wizje, patrząc w przyszłość dalej niż Europejczycy czy Azjaci. Plan obniżenia podatków przez administrację prezydenta Busha Jr. (i to w momencie, gdy poziom bezrobocia jest tam wciąż dwukrotnie niższy niż w Europie) ilustruje, że w sytuacji zagrożenia kryzysem amerykańscy politycy gotowi są zrezygnować z doraźnych zysków. W imię rozwoju politycy nie wahają się podejmować decyzji, które w krótkiej perspektywie mogą się wydawać wręcz niekorzystne. W ten sposób złamano monopole potężnych korporacji, zdemonopolizowano energetykę, telekomunikację, linie lotnicze. Dzisiaj na stworzenie monopolu nie ma szans Microsoft. Bill Gates najwyraźniej zapomniał, że jego typowo amerykańska kariera od małej firmy do pierwszego miejsca na liście najbogatszych Amerykanów była możliwa tylko dlatego, że 20 lat wcześniej nie zdołał mu przeszkodzić wielki IBM.

Ameryka - największy eksperyment nowożytności
Przeciętnemu Polakowi wydaje się, że Ameryka to to samo co Europa Zachodnia, tylko dalej i jeszcze dostatniej. Nic bardziej złudnego. Stany Zjednoczone są całkiem innym rodzajem państwa i społeczeństwa - to wiecznie poddawany sprawdzianowi eksperyment, społeczeństwo oparte nie na wspólnocie miejsca zamieszkania i więzach krwi, ale na wspólnocie interesów i wartości.
Krytycy Ameryki nie omieszkają dodać, że jej sukces okupiony został wojną o niepodległość, nieludzkim systemem niewolnictwa, wymordowaniem setek tysięcy Indian, krwawą wojną domową i ofiarami dwóch wojen światowych. A dzisiaj za globalną dominację Stanów Zjednoczonych ich mieszkańcy płacą iście darwinowską konkurencją w codziennym życiu. Z perspektywy Europy wręcz dziwne może się wydawać, że nikt nie podważa bezwzględnych zasad funkcjonowania amerykańskiego państwa. Co więcej, podział na lewicę i prawicę oznacza w USA coś zupełnie innego niż w Europie. Polityczny dyskurs nie toczy się tam między socjalizmem a liberalizmem; w debacie republikanów z demokratami chodzi w istocie jedynie o to, czy liberalizmu ma być dużo więcej, czy też nieco mniej. Dlatego w Ameryce - niezależnie od tego, kto sprawuje rządy - nikt nie próbuje upaństwowić kolei, linii lotniczych, energetyki czy telekomunikacji.

Społeczeństwo pionierów
Sukces Stanów Zjednoczonych (i Kanady) narodził się w specyficznych warunkach społecznych, jakie nie istnieją nigdzie poza Ameryką. Choć od ostatecznego zasiedlenia wielkich połaci kontynentu minął już z górą wiek, Amerykanie nadal czują się społeczeństwem pionierów, a pojęcie frontier (pogranicze) stało się określeniem symbolizującym nowe wyzwania. W XVII-XVIII wieku emigranci przewieźli przez Atlantyk oświeceniowe idee wolności i wolę zerwania z ograniczeniami struktury społecznej Europy. Najwyższą wartością dla osadników była wolność jednostki i rządy prawa. Kierowała nimi wiara w możliwość osiąg-nięcia wyznaczonych celów i ciągłego rozpoczynania od nowa. Ten amerykański mit jest tak głęboko zakorzeniony w świadomości społeczeństwa, że działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni - twierdzi pisarka Susan Sontag.
Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym i do dzisiaj budzącym podziw peanie "O demokracji w Ameryce" napisał, że Amerykanie budują dom na stare lata i kiedy tylko pokryją go dachem, wyprowadzają się, aby szukać szczęścia w innym miejscu. Społeczeństwo amerykańskie ma przy tym charakter wyraźnie "technologiczny", w odróżnieniu od "historycznych" społeczeństw europejskich - szybciej akceptuje innowacje i szybciej odrzuca nieudane pomysły. Telefon, radio, telewizja, karta kredytowa, Internet zmieniły najpierw Amerykę, a dopiero potem świat.
"Jedyna historia warta funta kłaków myśliciela to historia tworzona dzisiaj" - powiedział Henry Ford. Ów nakierowany na tu i teraz pragmatyzm idzie w parze z niesłychaną dynamiką i mobilnością społeczeństwa amerykańskiego. Gdyby w starożytnych Indiach parias mógł awansować do kasty braminów, być może nie USA, ale właśnie współczesne Indie byłyby dziś podziwianą i nienawidzoną hiperpotęgą.

American dream, czyli cnota dobrobytu
Model amerykański - jak wskazywał na przełomie wieków Stanisław Brzozowski - jest trudny do zrozumienia w Polsce, w kulturze, która przez stulecia była nastawiona nie na rozwój, ale na przetrwanie. USA to kraj nieustannego stwarzania siebie na nowo, a American dream nie jest bajką o złotej rybce spełniającej życzenia, lecz o pucybucie, który dzięki własnej pracy, pomysłowości i determinacji doszedł do fortuny. Tamtejsi neokonserwatyści wskazują, że Ameryka z trzech ideałów oświecenia - równości, wolności i braterstwa - postawiła na wolność jednostki, podczas gdy Europa dała się omamić ideałowi równości. Historie Forda, Rockefellera, Carnegiego, Gillette’a - a współcześnie Jobsa, Gatesa, Wozniaka, Wanga albo Bezosa - świadczą o tym, że nie jest to tylko mit.
Krytycy amerykańskiego porządku społecznego zwracają uwagę na olbrzymie różnice majątkowe, szczególnie w ostatnich latach eksplozji fortun zrodzonych z dotkomów. Majątek Billa Gatesa jest większy niż roczny dochód 100 mln najmniej zarabiających Amerykanów. Jak jednak wskazuje konserwatywny intelektualista Dinesh D’Souza (notabene urodzony w Indiach) w książce "The Virtue of Prosperity" ("Cnota dobrobytu"), sukces finansowy nielicznych w nowej, globalnej gospodarce nie został osiągnięty kosztem milionów biednych. Nawet ci, którzy zarabiają najmniej (poniżej 10 tys. USD rocznie), mogą zaspokoić podstawowe potrzeby. W latach 90. odsetek obywateli USA żyjących w ubóstwie spadł z 10 proc. do 8,5 proc.

Wielki tygiel
Dwa lata temu "Business Week" przedstawił historię młodego Ukraińca, który przybył do Chicago w 1979 r., mając w kieszeni 900 USD. Po 10 latach jego firma handlująca narzędziami odnotowała obrót 5,5 mln USD. George Gilder przytacza w książce "Bogactwo i ubóstwo" historię Libańczyka, ojca siedmioosobowej rodziny, który startując od zera, w ciągu kilku lat zbudował supermarket w Connecticut. Setki takich opowieści działają na wyobraźnię, dlatego nie maleje strumień pionierów szukających szczęścia w Ameryce. Co roku przybywa 700 tys. nowych imigrantów, a co dwunasty obywatel USA urodził się za granicą.
W odróżnieniu od zachodniej Europy przybysze nie są skazani głównie na pracę sprzątaczy. 21 proc. inżynierów w amerykańskim przemyśle chemicznym i 20 proc. informatyków to imigranci. W Dolinie Krzemowej w Kalifornii zatrudnionych jest ponad 300 tys. wysoko wykwalifikowanych specjalistów z Indii (głównie informatyków). Ponad 15 proc. nowych przedsiębiorstw tam powstałych to firmy założone właśnie przez nich. Tymczasem stara ojczyzna skazywała ich na życie w sztywnych ramach porządku społecznego nie dającego szans na awans cywilizacyjny. Co trzeci amerykański noblista jest imigrantem. Wśród twórców technologicznego boomu w Ameryce znaleźli się założyciele trzeciej pod względem wielkości firmy programistycznej Computer Associates - Chińczyk Charles Wang i Hindus Sanjay Kumar. Z Chin pochodzi Jerry Yang, współtwórca internetowego portalu Yahoo!, a założyciel Intela Andy Grove przyjechał do Ameryki z Węgier. "Nasz system wolnej konkurencji jest najskuteczniejszy na świecie. Możecie mi wierzyć: mieszkałem i w Azji, i w Europie, i w Ameryce" - uważa pochodzący z Chin John Tu, współzałożyciel produkującej półprzewodniki firmy Kingston.
Europejczycy próbują się uczyć od Ameryki, która od lat 60. ustala liczbę przyjmowanych imigrantów i określa pożądane umiejętności zawodowe. Warunki społeczne i uprzedzenia powodują jednak, że na przykład apel kanclerza Schrödera zapraszającego do Niemiec zagranicznych informatyków spotkał się z mizernym odzewem. W latach 40. węgierski pisarz i filozof Sandor Marai opisywał moment, kiedy wraz z grupą imigrantów składał przysięgę, przyjmując obywatelstwo USA: "Po odśpiewaniu hymnu całą tę grupę ledwie mówiących po angielsku ludzi ogarnęło wzruszenie i duma: poczuli się Amerykanami". Tymczasem w Niemczech rodzi się trzecie pokolenie tureckich gastarbeiterów, których niemieccy sąsiedzi nie są skłonni uznać za Niemców.

Oręż Ameryki
U źródeł amerykańskiego sukcesu leży przekonanie, że do powodzenia w życiu nic nie przyczynia się bardziej niż wykształcenie. Dzisiaj co czwarty obywatel USA ma dyplom uniwersytetu lub college’u. Szacunek dla wiedzy i potęgi nauki, wiara w możliwości poznawcze człowieka mają w Ameryce korzenie oświeceniowe. Za ocean udawali się ludzie, których kapitałem było nie rodowe złoto, lecz wiedza i przedsiębiorczość. Wielu z nich szukało też w Ameryce wolności. Już w 1794 r. z powodów politycznych Europę opuścił brytyjski chemik Joseph Priestley. Lista tych, którzy przybyli po nim, jest bardzo długa; są na niej Albert Einstein, Enrico Fermi, przemysłowiec Andrew Carnegie czy wynalazca kamery telewizyjnej Władimir Zworykin. Ameryka była i jest magnesem przyciągającym naukowców, przedsiębiorców, wynalazców, artystów i pisarzy.
Żaden inny kraj nie przeznacza równie wielkich funduszy na rozwój nauki, w żadnym droga od instytutu naukowego do przemysłu nie jest tak krótka. Tylko National Institute of Health - wielkie centrum badań medycznych i biologicznych - ma 75 budynków na 120 hektarach, a jego budżet roczny to 13 mld USD! Nic dziwnego, że od lat Amerykanie stanowią najliczniejszą grupę noblistów. A urząd patentowy USA przyjmuje codziennie 300 nowych wniosków.

Kto rzuci wyzwanie Ameryce?
Stany Zjednoczone wytwarzają połowę światowej produkcji żywności i jedną piątą łącznego dochodu narodowego państw świata. Amerykańska odmiana języka angielskiego stała się jednym z narzędzi globalizacji, współczesną łaciną. 75 proc. informacji przewijających się w Internecie jest w języku angielskim. Przewaga Ameryki jest dziś oczywista. W latach 90. upadek komunizmu, otwarcie rynków oraz połączenie prymatu gospodarczego i technologicznego uczyniły ze Stanów Zjednoczonych jedyne supermocarstwo globu.
Amerykę się kocha lub jej nienawidzi, co oznacza, że żadne państwo nie może już określić swej pozycji bez odniesienia do USA. "Mamy jedyną obsesję: Stany Zjednoczone. Nie potrafimy się pogodzić z faktem, że stały się one jedynym supermocarstwem. A zwłaszcza bardzo się staramy nie pytać, dlaczego się nim stały" - mówi francuski filozof i eseista Jean-Fran˜ois Revel.
Konkurować z Ameryką można, ale tylko używając jej własnej broni. Po II wojnie światowej Japończycy kopiowali amerykańskie radioodbiorniki, potem przejęli metody produkcji, a w latach 80. rzucili wyzwanie amerykańskiej motoryzacji i zarzucili świat produktami elektronicznymi. W końcu sięgnęli po amerykańskie symbole - hollywoodzkie studia filmowe i nowojorski Rockefeller Center. Ekspansja załamała się jednak w połowie lat 90. Dalekowschodnia dyscyplina i organizacja produkcji nie okazały się wystarczająco skutecznym orężem w walce z amerykańską innowacyjnością i kreatywnością. W przyszłości wyzwanie USA chciałyby rzucić Chiny, ale większość politologów zgadza się ze Zbigniewem Brzezińskim, przekonanym, że przez najbliższe 20-30 lat pozostanie to mrzonką. W najbliższych latach ekspansję zapowiada jednocząca się i modernizująca Europa, która w ostatnich latach wzięła u Amerykanów lekcję e-gospodarki, w niektórych dziedzinach, na przykład telefonii komórkowej, nawet wyprzedzając konkurentów zza oceanu.
Jaka będzie odpowiedź Ameryki? Alan Greenspan narzekał, że przewidywanie tendencji ekonomicznych i kierunku rozwoju USA jest coraz trudniejsze. Dla państwa przewodzącego w globalnym wyścigu nie ma dobrych punktów odniesienia. Amerykanie wciąż ścigają się głównie z czasem i z sobą. Kiedy w końcu lat 80. wydawało się, że granice rozwoju tradycyjnej gospodarki zostały osiągnięte, Stany Zjednoczone odkryły przemysł informatyczny. W minionej dekadzie właśnie on pozwolił zwiększyć wydajność gospodarki amerykańskiej o 20 proc.
Więcej możesz przeczytać w 20/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0