Nieszczęsne szczęście

Nieszczęsne szczęście

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Traffic" pokazuje, do jakiego stopnia problem narkotyków wtargnął w życie prawie każdego obywatela

Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, mamy w kinach "Traffic" Stevena Soderbergha - film, który został nagrodzony aż czterema Oscarami, i to tymi uchodzącymi za najbardziej ambitne (m.in. za reżyserię). Czy zasłużenie?
Zygmunt Kałużyński: Jak najbardziej. Jako nowość w dziedzinie sztuki filmowej, i jeszcze bardziej zasłużenie jako nowość pod względem poruszanego tematu.
TR: Film opowiada o narkotykach, a przecież to nie jest dla kina temat nowy. Pokazuje jednak świat, w którym narkotyki są wszędzie i wpływają na losy wszystkich, nawet tych nie mających pojęcia o tym, że są z nimi w jakikolwiek sposób związani.
ZK: I to właśnie jest nowość. Kino często się zajmowało tym problemem, ale zawsze przedstawiając go w sposób pedagogiczny, to znaczy albo jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, albo jako odsłonięcie zbrodniczego mechanizmu sprzedaży narkotyków. Przeczytałem, panie Tomaszu, że używa ich obecnie 17 milionów Amerykanów, w tym 5 milionów to są całkowicie uzależnieni narkomani wymagający leczenia. Budżet na walkę z narkomanią wynosi 16 miliardów dolarów! Otóż ten film po raz pierwszy pokazuje, że ta sprawa nie jest marginesem, nie jest dziedziną przestępczości, nie jest strefą chorobową, lecz przechodzi przez sam środek życia społecznego. Widać z tego, że sytuacja z narkotykami w USA przypomina tę, jaka zdarzyła się w czasach prohibicji alkoholowej. Nawet prezydent Clinton przyznał, że od czasu odwołania prohibicji, czyli od roku 1933, Ameryka nie miała tak groźnego i społecznie ciążącego problemu.
TR: W filmie "Traffic" mamy galerię postaci w różny sposób związanych z narkotykami: Michael Douglas gra szefa rządowej agencji do ich zwalczania; Benicio del Toro - meksykańskiego policjanta, w niesłychanie heroiczny sposób walczącego z przemytnikami przerzucającymi narkotyki przez granicę meksykańsko-amerykańską; Catherine Zeta-Jones występuje zaś w roli niczego nieświadomej żony potężnego biznesmena, którego fortuna pochodzi - jak się okazuje - z narkobiznesu, przez co on sam ląduje w więzieniu. Właśnie ta ostatnia postać szczególnie wyraziście pokazuje, co narkotyki robią z ludźmi, którzy znajdą się w ich zasięgu. Zmieniają im charakter, powodują, że nawet najodporniejsi tracą kontrolę nad tym, co robią, i zaczynają popełniać błędy: od małych do tragicznych. Ostatecznym błędem jest dopuszczenie do samozagłady.
ZK: Te trzy postaci ilustrują typowe sytuacje. Najpierw wysoki urzędnik walczący z narkotykami przekonuje się, że sprawa dotyczy jego życia (córka jest narkomanką). Podobnie zaskoczona jest żona wielkiego nababa, która nie przypuszczała, że ich majątek pochodzi z narkotyków. Gdy się o tym dowiaduje po aresztowaniu męża, zmienia się do tego stopnia, że zleca zamordowanie zagrażającego mężowi świadka. Wreszcie mamy policjanta, który narażając życie (jego koledzy zresztą giną!), walczy z narkotykami i odnosi sukces, ale okazuje się, że jego zwycięstwo poprawiło sytuację innej, konkurencyjnej bandy narkotykowej, na której rzecz pracowała skorumpowana policja. Te trzy przykłady pokazują na różnych szczeblach społecznych, do jakiego stopnia problem narkotyków wtargnął w życie codzienne, w osobiste decyzje prawie każdego obywatela. Każda z tych decyzji jest bezcelowa, bo wszystkie trzy przykłady kończą się klęską. Ostateczny wydźwięk filmu jest taki, że nie uda się usunąć narkotyków z USA chociażby ze względu na te 17 milionów ludzi, którzy ich potrzebują. To jest kolosalna presja społeczna. Walczyć z tym też nie można przestać, przez co problem staje się nierozwiązywalny. Końca nie widać i nigdy go nie będzie.
TR: "Traffic" dostał Oscary i za scenariusz, i za reżyserię, bo wzniósł się ponad doraźną publicystykę. To jest jego zaleta i zarazem powód największego zaskoczenia: problem, który z reguły wykorzystywany był publicystycznie, stał się kanwą filmu artystycznie oryginalnego i bardzo nowocześnie zrealizowanego.
ZK: Bo Soderbergh, jego reżyser, to prawdziwa nadzieja ambitnego kina amerykańskiego. Zastosował tutaj język filmowy odpowiadający zamiarowi ideo-logicznemu. To swego rodzaju natężona ciągłość, wyrażająca nasze przekonanie, że jest to coś, co trwa w sposób niemożliwy do usunięcia. Zresztą sam tytuł filmu także to sugeruje. Traffic oznacza bezustanny ruch publiczny. Kamera nie zatrzymuje się ani na moment, jest wszędzie, w dziesiątkach różnych miejscowości, od granicy meksykańskiej po Waszyngton. Bo to jest problem powszechny, całych Stanów Zjednoczonych. Film ma jednocześnie charakter behawiorystyczny, czyli nie wnika w psychologię, lecz obserwuje zachowanie bohaterów w sposób nerwowo-urywkowy, co daje mu płynność dokumentalną. A przecież to nie jest dokument! Moim zdaniem, jest to ochłap życia potraktowany artystycznie.
TR: Może dlatego mamy tu do czynienia z prawdziwymi kreacjami aktorskimi. Po raz pierwszy z takim przekonaniem podziwiałem talent Catherine Zeta-Jones, która udowodniła swoją aktorską klasę. Po raz kolejny potwierdził swój talent Michael Douglas, a Benicio del Toro wręcz zwrócił na siebie uwagę świata i w pełni zasłużył na Oscara za najlepszą rolę drugoplanową.
ZK: Zastanawiam się, z jakiej perspektywy my, w naszym kraju, patrzymy na ten film. Bo czuje się, że to jest dramatyczny problem amerykański...
TR: No, ale przecież z podobnym stykamy się w Polsce. To, że nie mamy o nim tak wybitnego filmu, nie wynika z tego, że problem nie istnieje, lecz z artystycznej bezradności naszych kinowych twórców!
ZK: U nas to ciągle jest margines.
TR: Jest pan pewien? To niech się pan przejdzie po polskich szkołach.
ZK: Wierzę, nie ma jednak porównania z tym, co się dzieje w Ameryce. Zastanawiali się nad tym nawet socjologowie, dlaczego Ameryka jest tak znarkotyzowana. Można to tłumaczyć dobrobytem, ale we wszystkich rozmowach o narkotykach nie wspomina się, co one dają. Otóż dają szczęście! Rozumiem to, panie Tomaszu, bo zdarzyło mi się w czasie choroby dostać zastrzyk morfiny i były to tak piękne dni, że jestem chyba kandydatem na morfinistę. To jest przemilczana prawda. Społeczeństwo amerykańskie, które z jednej strony pławi się w dobrobycie, z drugiej jest zdezorientowane humanistycznie. Wszyscy wielcy pisarze amerykańscy byli alkoholikami: Hemingway, Fitzgerald, Faulkner. Trójka absolutnych pijaków, którzy wyżłopali całe cysterny w ciągu swego życia. Kiedy się ten film ogląda, czujemy, że to jest amerykańska sprawa narodowa i że została pokazana w sposób obywatelsko odważny, na co do tej pory kino sobie nie pozwalało.
Więcej możesz przeczytać w 21/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0