Skarb posłów

Skarb posłów

Posłowie często myślą o następnych wyborach, ja zaś - o pokoleniu moich synów

Piotr Andrzejewski: Czym naraziła się pani 120 posłom z różnych partii, że chcą pani głowy zaledwie po trzech miesiącach urzędowania?
Aldona Kamela-Sowińska: Sądząc po zarzutach - innością i normalnością. Podczas gdy wszyscy mają już dosyć polityków zaczynających każdą wypowiedź od "wydaje mi się, że...", ja po prostu wiem, co mam robić jako minister skarbu państwa.
- Posłowie twierdzą, że toleruje pani w spółkach skarbu państwa osoby, które "sprzeniewierzyły powierzone im w zarząd mienie państwowe". Jednym słowem - toleruje pani złodziei.
- To kłamstwo. Parlamentarzyści z łatwością rzucają takie oskarżenia, ale trzeba je jeszcze udowodnić. Stawianie ciężkich zarzutów bez jakiegokolwiek udokumentowania uważam za kompletny brak odpowiedzialności posłów wobec społeczeństwa.
- Odwołując Grzegorza Wieczerzaka, byłego prezesa PZU Życie, uznała go pani za osobę szkodzącą interesowi Polski. Na czym polegało to szkodnictwo?
- Nie godzę się, aby prezesi spółek skarbu państwa funkcjonowali poza kontrolą, a w tym wypadku tak było. Spółka działała przez dwa miesiące bez rady nadzorczej. W momencie ustąpienia rady prezes powinien był jak najszybciej doprowadzić do zwołania walnego zgromadzenia i powołania nowej rady. Tego jednak nie uczynił, zwołując walne zgromadzenie w ostatnim możliwym terminie. Na to się nie godzę, podobnie jak na to, by spółka ogłosiła swój wynik finansowy bez przeprowadzenia audytu. Państwo musi kontrolować majątek podległych sobie spółek i działalność ich prezesów.
- Ale to właśnie pani posłowie zarzucają "brak właściwego nadzoru nad majątkiem państwowym". Co sprzedała pani za bezcen?
- Dotychczas nic. Zarzutom tym nie towarzyszy nawet cień dowodu, nie podano nazwy ani jednego przedsiębiorstwa. Czy można zresztą te zarzuty traktować poważnie, skoro w ciągu doby grupa 23 posłów wycofała swoje podpisy, wyjaśniając marszałkowi Sejmu, że wniosek o wotum nieufności wobec mnie został "zmanipulowany"? Sprawa jest przykra i - niestety - kompromitująca.
- Pozostali posłowie podtrzymują jednak zarzuty, dowodząc na przykład, że nie ma pani żadnej "strategii właścicielskiej" w stosunku do sektora rolno-spożywczego. To znaczy, że nie chce pani sprzedawać firm z tego sektora czy odwrotnie?
- Przyznam, że też tego nie rozumiem.
- Odważyła się pani wyrzucić posła Gabriela Janowskiego ze swego gabinetu, ale czy odważy się pani powiedzieć, że pomysł tworzenia holdingu Polski Cukier nie ma sensu?
- Ta koncepcja ma sens, ale tylko z wykorzystaniem dobrze funkcjonujących podmiotów. Bezsensem ekonomicznym byłoby tworzenie tego koncernu ze wszystkich 49 nie sprywatyzowanych cukrowni. Przy okazji głosowania nad tzw. ustawą cukrową powiedziałam publicznie, że w skład holdingu może wejść 28 cukrowni, ale nie 49. Najlepiej, gdyby było ich tylko 16, czyli te, które chcą się połączyć. Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów zaakceptował holding złożony z 25 cukrowni, co z ekonomicznego punktu widzenia jest do przyjęcia.
- Jako wiceminister popierała pani stanowisko ministra Andrzeja Chronowskiego w sporze z Eureko. Jako szef resortu porozumiała się pani z tą firmą. Skąd ta zmiana?
- Trzeba odróżniać cel od sposobu jego realizacji. Ministrowi Chronowskiemu - podobnie jak mnie - przyświecał jeden cel: rozwiązanie konfliktu Eureko ze skarbem państwa. Uznał on, że droga sądowa, czyli złożenie wniosku o unieważnienie umowy z tą firmą, jest słuszna. Ta droga okazała się nieskuteczna. Po pół roku tak to oceniłam i nie zabrakło mi odwagi, aby to przyznać. Po mojej decyzji sytuacja jest unormowana, a w PZU trwają prace przygotowawcze do wprowadzenia tej spółki na giełdę.
- Najpierw zakwestionowała pani przetarg na lottomaty, później zaś zatwierdziła umowę ze zwycięzcą, czyli firmą G-Tech.
- Istotnie, zakwestionowałam przetarg. Czasami trzeba zakreślić koło, aby wrócić w miejsce, które uważamy za właściwe.
- Co jest tym "właściwym miejscem"?
- Sytuacja, w której lottomaty działają, a klienci totalizatora mają pewność, że będą w kolekturach prawidłowo obsłużeni. Aby to osiągnąć, musiałam unieważnić przetarg przeprowadzony wedle niewłaściwej procedury - przypominało to bowiem sytuację, w której futboliści grają w baseball, a sędzia ma oceniać ich grę według reguł siatkówki. Następnie zarząd totalizatora renegocjował warunki umowy zawartej w 1991 r., a ja zatwierdziłam zmiany jako walne zgromadzenie. Ta konstrukcja prawna nie wzbudziła wątpliwości prawników. Dziwne, że wzbudziła wątpliwości niektórych posłów.
- Posłowie SLD twierdzą, że zamierza pani uniezależnić PKN Orlen od skarbu państwa po to, aby mógł być zapleczem finansowym AWS.
- Strategia prywatyzacji sektora naftowego została przyjęta przez rząd w maju 2000 r. Dlaczego wówczas posłowie lewicy nie podnosili larum? Zaiste, zadziwiający jest ten brak zdecydowania. Dowodzi tego przykład posła Wiesława Kaczmarka, który ciągle balansuje między światem polityki, biznesu a światem mody - chyba dlatego komentuje kolor moich butów... Kierunki prywatyzacji jasno przecież określają moje obowiązki jako ministra skarbu państwa w zakresie dochodów budżetowych. Dlaczego zapisy tego dokumentu krytykowane są właśnie dziś? A może faktycznie ktoś chce przejąć władzę nad Orlenem? Jeśli chodzi o mnie, chciałabym, aby tę władzę sprawował rynek i obywatele jako akcjonariusze.
- Czy jednak warto sprzedawać akcje Orlenu, kiedy ich kurs jest tak niski?
- Do ustalenia ceny jest jeszcze daleka droga. Jednakże najbardziej zdecydowanie wypowiadają się w tej sprawie posłowie nie mający przygotowania ekonomicznego. To typowa "jasność sądu" nie zmącona znajomością rzeczy!
- Załóżmy, że posłom uda się panią odwołać. Co zyska lub straci polska gospodarka?
- Mój następca, który przyjąłby urząd na najbliższe dwa, trzy miesiące, musiałby dokonać nie lada wyczynu, aby skończyć wszystko, co zostało rozpoczęte. Trzeba pamiętać, że niektóre działania minister podejmuje osobiście. Tu znajomość partnerów i wprowadzenie w negocjowane zagadnienia bardzo się liczy. Procesy prywatyzacyjne zostałyby zatem spowolnione. Odpowiedzialność za to musieliby wziąć na siebie posłowie, także ci, którzy chcieli wymusić na mnie obowiązek "konsultowania polityki personalnej spółek z lokalnymi parlamentarzystami" - taki bowiem zarzut również znalazł się we wniosku o odwołanie mnie ze stanowiska.
- Zgodziła się pani na te konsultacje?
- Oczywiście, że nie. Urząd, który sprawuję, powinien być apolityczny. Znajduję fachowców poza polityką. Dopóki tu będę, dopóty będę robiła wszystko, aby oddzielić politykę od gospodarki. Posłowie często myślą o następnych wyborach, ja zaś - o pokoleniu moich synów.

Rozmawiał Piotr Andrzejewski
Więcej możesz przeczytać w 24/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0