Przeminęło z pracą

Przeminęło z pracą

"Dziennik Bridget Jones" to komedia obyczajowa zrobiona w najlepszym angielskim stylu
Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, mamy wreszcie ekranizację bestsellera Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones", który zrobił furorę wśród czytelniczek na całym świecie. Mam jednak wątpliwości, czy mężczyzna, który wybiera się na ten film do kina, może liczyć na coś ciekawego?
Zygmunt Kałużyński:Jeżeli osobnik płci męskiej potraktuje ten film jako gatunkowy, to zobaczy komedię obyczajową zrobioną w najlepszym angielskim stylu. Ale problem jest rzeczywiście damski. Tylko że, panie Tomaszu, wielkie damskie problemy są także nasze. I to jest nieszczęście.
TR: Bo to są najczęściej te same problemy. "Dziennik..." opowiada o nich z punktu widzenia współczesnej młodej mieszkanki Londynu. Nie jest ona ani mądra, ani głupia, ani ładna, ani brzydka. Jest raczej przeciętna i prawdopodobnie dlatego tak wiele kobiet może się z nią identyfikować.
ZK: Otóż książka miała wielkie powodzenie w Anglii. Z polskim przekładem zapoznałem się z dużym zainteresowaniem. Film zaś zajął pierwsze miejsca na na listach przebojów kinowych w Anglii i Ameryce. Powstaje pytanie: dlaczego? Mówi pan, że Bridget to osoba przeciętna. Korzysta ona jednak ze wszystkiego, co przyniósł jej tak zwany feminizm, czyli ruch wyzwolenia kobiet. Pali papierosy, często pije whisky. Jeśli idzie o sprawy damsko-męskie, to jeśli tylko ma na nie ochotę...
TR: ...to nie ma oporów.
ZK: Ma dobre zajęcie w firmie wydawniczej...
TR: Potem je zmienia na pracę w telewizji. Też nieźle. A decyzję o zmianie podejmuje na skutek molestowania seksualnego przez szefa, co przeradza się w nieudany romans biurowy.
ZK: Obywatelka jak miliony innych, która korzysta z szans, jakie dzięki programowi feministycznemu cywilizacja współczesna daje kobiecie. W pewnym momencie jednak staje z tą całą swoją swobodą wobec odwiecznego damskiego problemu: trzeba wybrać chłopa na stałe, trzeba założyć rodzinę.
TR: No i zmierzyć się z konkurentką!
ZK: Także to. Jest to sytuacja, w której na rozwinięty feminizm nieoczekiwanie nakładają się trzy niemieckie K: Kinder, Küche, Kirche (dzieci, kuchnia, kościół).
TR: I to właśnie odróżnia "Dziennik Bridget Jones" od innego przeboju ostatnich lat - serialu telewizyjnego o wyzwolonych kobietach z Nowego Jorku, "Jak upolować mężczyznę, czyli seks w wielkim mieście". Tam cztery przyjaciółki w podobnym wieku (koło trzydziestki) prowadzą ożywione życie towarzyskie i seksualne, komentując swoje przygody podczas wspólnych spotkań i zachowując niezależność zdobytą dzięki sukcesom zawodowym. Ale żadnego 3 x K nie ma!
ZK: Tematem "Dziennika..." jest bowiem konfrontacja dwóch szans, dwóch sposobów życia, dwóch światów. Ileż to filmów już o tym było! Weźmy choćby "Przeminęło z wiatrem", gdzie nieszczęśliwa Scarlett nie może wybrać między brutalnym Rhettem Butlerem, reprezentującym przygodę, rozmach i namiętność, a Asheleyem Wilkesem, nieporadnym intelektualistą, wymagającym uczucia raczej matczynego.
TR: Tutaj również, panie Zygmuncie, mamy niezdecydowanie, a pozory wiodą naszą bohaterkę w niewłaściwym kierunku.
ZK: Stawiam więc sobie znowu pytanie, które pan zadał na początku: jak mężczyzna powinien się do tego odnieść? Zastanówmy się, kto tutaj wygrywa. Mówi pan, że w "Seksie w wielkim mieście" cały czas pozostajemy na terenie wolności damskiej. Tutaj jest inaczej. Nasza bohaterka decyduje się wreszcie na kandydata nudnego, bez fantazji, prawnika, który co prawda gwarantuje dostatek, ale wiadomo, że z nim rozrywki nie będzie, tylko takie...
TR: ...domowe pitraszenie.
ZK: O właśnie! Ale nie można też powiedzieć, żeby ten film atakował wyzwolenie kobiet.
TR: Trochę jednak tak: atakuje je śmiechem, czyli wyśmiewa.
ZK: Owszem, ale przecież wszystko tutaj traktowane jest humorystycznie. W pewnym momencie dochodzi do bójki panów o naszą Bridget. Widać, że oni uważają, iż należy odbyć taką walkę na pięści. Spodziewamy się, że to będzie, jak zwykle w kinie, efektowne mordobicie. Tymczasem oni po prostu nie potrafią się bić: jeden usiłuje kopnąć drugiego z tyłu, szarpią się za marynarki, tarzają po podłodze. To jest najśmieszniejsza bójka, jaką ostatnio pokazano w kinie. To parodia starcia dwóch samców. Wyśmianie konwencjonalnych pojęć o mężczyznach. Ta komedia jest bezstronna, jeśli idzie o płeć.
TR: Panie Zygmuncie, przy przenoszeniu na ekran książek, które stały się bestsellerami, zawsze pojawia się ryzyko, że stracą blask, że czegoś nie uda się przekazać, coś nie zagra tak, jak zagrało w książce. Czy w wypadku "Dziennika Bridget Jones" udało się ominąć te zagrożenia?
ZK: Szczęśliwie książka dostała się w ręce fachowców od angielskiej komedii. Moim zdaniem, są oni w tej chwili najlepsi na kuli ziemskiej, jeśli idzie o filmową farsę obyczajową. Nieszczęściem tego filmu jest główna rola...
TR:Renée Zellweger?
ZK: Ten film został częściowo sfinansowany przez Amerykanów i jest przeznaczony także na rynek amerykański. Producenta nie było jednak stać na prawdziwą gwiazdę i wziął osobę, która nie dysponuje odpowiednimi środkami aktorskimi, żeby zagrać tę postać. Podkreśla idiotyzm, dezorientację i głupotę postaci, a Bridget wcale taka nie jest. Przeciwnie - to jest szalenie chytra kobitka, która nawet jeżeli aranżuje kłopotliwe sytuacje, to celowo, rozmyślnie, z wyrachowaniem; wie, co robi. Ta nieszczęsna Renée, którą oglądałem nie po raz pierwszy i nigdy mi się nie podobała, jest widocznie niedroga. Słyszałem, że Bridget miała zagrać Kate Winslet (znana z "Titanica"), ale nie udało się ustalić szczegółów kontraktu. Ponieważ to jest główna postać, to jej odtwórczyni mogłaby zniszczyć film, co jednak nie nastąpiło dzięki szalenie inteligentnej robocie. Zastanawiam się, dlaczego reżyser jednak nie zmusił tej nieszczęsnej Renée, żeby zbliżyła się cokolwiek do oryginalnego charakteru Bridget, i sądzę, że ona po prostu nie była w stanie tego zrobić. Mimo to film się trzyma, choć główna rola jest wręcz spartaczona!
Okładka tygodnika WPROST: 25/2001
Więcej możesz przeczytać w 25/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0