Solidarność niekompetentnych

Solidarność niekompetentnych

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zawody pod specjalną ochroną
Jeśli ktoś drogo i byle jak produkuje meble, sprzedaje kiepskiej jakości buty lub nierzetelnie wyremontuje samochód, nie ma dla niego miejsca na rynku. Są jednak profesje, których przedstawiciele nie muszą dbać o klientów. W Polsce lekarzem, sędzią, profesorem, notariuszem, radcą prawnym czy adwokatem zostaje się dożywotnio. Zadbały o to kasty zawodowe i samorządy, chroniące zrzeszone w nich osoby nie tylko przed rynkiem, ale i przed samokształceniem. Ofiarą tego systemu jest klient, otrzymujący gorsze usługi za wyższą cenę. - Zamiast dbać o podnoszenie umiejętności zawodowych i etykę, ludzie ci solidarnie pilnują, by ich pozycji nie zagrozili młodsi, zdolniejsi i lepiej wykształceni - mówi Helena Góralska, posłanka Unii Wolności.
"W drodze ustawy można tworzyć samorządy zawodowe, reprezentujące osoby wykonujące zawody zaufania publicznego i sprawujące pieczę nad należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony" - zapisano w artykule 17. konstytucji. W rzeczywistości samorządy te utożsamiły interes publiczny z własnym. Otrzymały nadzwyczajne uprawnienia, ale w zamian - wbrew zobowiązaniom - nie świadczą usług o podwyższonym standardzie. Nie zmuszają swoich członków do podnoszenia kwalifikacji, nie chcą też pozbyć się ze swojego grona czarnych owiec. Tym samym ci przedstawiciele zawodów pod szczególną ochroną zrywają kontrakt zawarty ze społeczeństwem. Czy w tej sytuacji należy utrzymać przyznane im uprawnienia? - Myślę, że należałoby rozpatrzyć wprowadzenie skuteczniejszego nadzoru zewnętrznego, kontrolującego korporacje zawodowe (rządowego albo parlamentarnego) - mówi dr Ryszard Bugaj, ekonomista, były przewodniczący Unii Pracy.

"Pewne zachowania kontrowersyjne"
To znamienne, że dopiero w tym roku Naczelna Rada Adwokacka po raz pierwszy w historii nałożyła na członków swojej korporacji obowiązek uczestnictwa w szkoleniach poświęconych prawu europejskiemu, choć już od kilku lat wiele europejskich regulacji w Polsce obowiązuje. Ale to wyjątek - pozostałe szkolenia dla adwokatów nie są obowiązkowe, mogą oni wykonywać zawód, nie czytając nowych komentarzy i nie znając precedensów i orzecznictwa. Gdy popełniają ewidentne błędy, korporacyjne sądy dyscyplinarne bardzo rzadko wyciągają konsekwencje. W dodatku posiedzenia tych sądów są tajne. Usunięcie kogoś z korporacji jest praktycznie niemożliwe. Aby sąd dyscyplinarny zdecydował się na to, adwokat musiałby popełnić ciężkie przestępstwo. Brak kompetencji w żadnym razie nie jest wystarczającym powodem.
Dowodzi tego przykład adwokata Marka W. z Opola. Przez dwa lata nie stawiał się on na rozprawach swojej klientki, nie zawiadamiał jej o terminach posiedzeń sądu, nie odwołał się również od niekorzystnego dla niej wyroku. W efekcie Anna W. straciła szansę uzyskania udziału w księgarni, która została przekształcona w spółkę pracowniczą. Klientka wniosła skargę na jego pracę do Okręgowej Rady Adwokackiej w Opolu. Ta odpowiedziała jej, że choć w postępowaniu adwokata "można się dopatrzeć pewnych zachowań, które mogą być kontrowersyjne, to jednak globalnie nie naruszył on zasad etyki adwokackiej". Ani słowem nie wspomniano o kompetencjach adwokata brakoroba. Rada pouczyła też skarżącą, że nie powinna brać pod uwagę "tylko własnego interesu materialnego". Do sądu dyscyplinarnego po licznych interwencjach (w tym Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka) trafiła inna skarga na tego samego adwokata. Tym razem przez dwa lata informował on Danutę Sz. o postępach prowadzonej przez siebie sprawy alimentacyjnej. W końcu wyznał, że tak naprawdę w ogóle nie wniósł sprawy do sądu. Sąd dyscyplinarny uznał, że taka postawa zasługuje na karę zaledwie pięciu miesięcy zawieszenia w czynnościach adwokackich.

Notariat z ograniczoną odpowiedzialnością
Pod koniec 1999 r. było w Polsce jedynie 1400 notariuszy. Żeby się utrzymać na tym wąskim rynku wcale nie trzeba podnosić kwalifikacji. Corocznie rady izb notarialnych organizują szkolenia dla notariuszy. Ale szkolenia te nie są obowiązkowe. Raz mianowany notariusz nie musi się dokształcać. Świadectwem jego przygotowania i umiejętności zawodowych jest zdanie egzaminu notarialnego. Potem może już bezkarnie świadczyć usługi niskiej jakości. Co to oznacza dla klientów? W styczniu tego roku dziennikarze "Gazety Wyborczej" napisali, że w Lublinie od kilku lat obowiązuje uchwała samorządu notarialnego, zobowiązująca do pobierania jednolitych, bardzo wysokich opłat za akty własności mieszkań.
Korporacyjny system naboru na aplikacje prawnicze (de facto ograniczający możliwość zostania adwokatem, notariuszem czy radcą prawnym) powoduje, że dla wielu absolwentów prawa jedyną szansą na uprawianie zawodu jest praca w kancelarii prawnej na rzecz jej wspólników. Ci przybijają jedynie pieczątki pod opiniami prawnymi, pismami procesowymi i korespondencją sporządzoną przez stażystów, najczęściej nie sprawdzając nawet ich merytorycznej wartości. I znowu klient otrzymuje prawniczy bubel, za który płaci jak za pełnowartościowy towar. Przekonała się o tym na przykład Irena Komorowska z Sieradza, która przegrała sprawę, gdyż radca prawny źle sporządził pismo procesowe. - Nie tylko przegrałam sprawę, co naraziło mnie na straty materialne, ale musiałam też zapłacić koszty postępowania sądowego i wynagrodzenie za prawniczy bubel - mówi Irena Komorowska. - Nie znalazłam żadnego prawnika, który podjąłby się reprezentowania mnie w sprawie przeciwko niekompetentnemu radcy, choć ci, do których się zwracałam, twierdzili, że sprawa jest oczywista i z jej wygraniem nie byłoby kłopotu - dodaje.

Rewident, czyli socjalistyczny księgowy
W Polsce działa ponad 6 tys. biegłych rewidentów, zajmujących się kontrolowaniem sprawozdań finansowych przedsiębiorstw. 95 proc. z nich to osoby, które prawo wykonywania zawodu uzyskały w czasach PRL, gdy nie było ani rynku, ani sensownej sprawozdawczości finansowej. - Większość biegłych rewidentów to starzy księgowi z socjalistycznych przedsiębiorstw państwowych. Żeby swobodnie się poruszać w nowoczesnej gospodarce rynkowej, musieliby włożyć wiele pracy w podnoszenie swych kwalifikacji - twierdzi Helena Góralska.
Cóż z tego, że dokształcanie zawodowe jest ich obowiązkiem: każdy biegły rewident (samodzielny i zatrudniony w firmie), który bada sprawozdania finansowe, musi brać udział w szkoleniach w wymiarze 32 godzin rocznie, w przeciwnym wypadku traci uprawnienia do badania sprawozdań finansowych, choć nadal pozostaje rewidentem. W rzeczywistości jakość szkoleń może budzić wątpliwości, skoro przy okazji prywatyzacji czy kontroli sprawozdań finansowych dużych firm nie korzysta się z usług biegłych rewidentów, lecz zatrudnia działające w Polsce światowe firmy audytorskie. Małe i średnie przedsiębiorstwa nie mogą sobie na to pozwolić, są więc skazane na fachowców, którzy wcześniej specjalizowali się w sprawozdawczości przedsiębiorstw socjalistycznych, czyli uprawiali fikcję.

Niedouczeni lekarze
W USA, podobnie jak w innych krajach zachodnich, lekarze co kilka lat odnawiają specjalizacje i ciągle muszą się dokształcać. W Polsce nikt nie stawia im takich wymagań. Dlatego oceny ekspertów z Instytutu Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego (przeprowadzone na podstawie danych z Niemiec, USA i Kanady), którzy oszacowali, że w Polsce na skutek błędów lekarskich umierało co roku od 7,5 tys. do 23 tys. osób, mogą się okazać zaniżone. I znowu lekarskie samorządy bardzo rzadko usuwają niekompetentnych kolegów. W 1999 r. sądy lekarskie zawiesiły tylko trzech lekarzy, podczas gdy na przykład we Francji sankcję tę zastosowano wobec kilkuset lekarzy. Tracą na tym pacjenci, leczeni przez fachowców, którzy przestali się orientować w osiągnięciach medycyny 20 lat temu lub nawet dawniej. Czy można się dziwić, że tacy fachowcy doprowadzili do amputacji rąk i nóg sześcioletniej Patrycji Zdrojewskiej, zainfekowanej w szpitalu gronkowcem? Z kolei Adam Pawłowski żył tylko trzy dni, bowiem lekarze nie wykryli u niego wady serca.

Dożywotnia profesura
Praktycznie nieusuwalni z pracy są również nauczyciele akademiccy. Uzyskanie tytułu profesora, co w czasach PRL wcale takie trudne nie było, właściwie zwalnia z dalszego kształcenia. Prof. Jadwiga Jóźwiak, była rektor Szkoły Głównej Handlowej, otwarcie przyznała, że w szkole pracują fachowcy, których wiedza o ekonomii zatrzymała się na poziomie wczesnych lat 70., lecz właściwie nie można ich z uczelni usunąć. Co innego w USA, gdzie profesorowie i wykładowcy są pracownikami kontraktowymi, a zaniedbanie samokształcenia oznacza po prostu utratę pracy.
- Jeśli część zawodów nie byłaby chroniona prawami kast i samorządów, kiepskich fachowców eliminowałby rynek. Gdy próbowałam wprowadzić w Sejmie zapisy, które wykluczałyby ludzi niekompetentnych, zostałam zakrzyczana. Zarzucono mi, że uderzam w niezawisłość zawodową. Niezawisłość pojmowaną jako przywilej niepodlegania ocenie i krytyce - konkluduje prof. Teresa Liszcz, posłanka AWS.
Więcej możesz przeczytać w 27/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0