Historia po internecie

Historia po internecie

Dodano: 
Za dwieście lat nasza epoka może być białą plamą


Rok 1995, w którym nastąpił boom graficznego Internetu, czyli World Wide Web, może się okazać przełomem w naukach humanistycznych. Na stronach WWW publikowane są wszelkie materiały, w tym ważne lub fałszywe dokumenty. Na razie ludzie beztrosko korzystają z miliardów krążących w sieci źródeł, ale za kilkadziesiąt lat historycy będą mieli nie lada kłopot z ich ogarnięciem i weryfikacją. Zagrożone też będzie zachowanie elektronicznego dorobku naszej cywilizacji.

Inskrypcja, inkunabuł, Internet
Dotychczas historycy budujący swą wiedzę na źródłach z epoki musieli poszukiwać dokumentów. - Badaczowi starożytności wystarczy jedna inskrypcja, by latami prowadzić prace naukowe. Specjaliście od wieków średnich pole do popisu daje jeden inkunabuł i zawarte w nim informacje. Nie zdajemy sobie sprawy, w jakiej rozterce będzie historyk w przyszłości, dysponujący tym, co w najbliższych latach zgromadzi się w sieci. Kilka lat temu, przeglądając najbogatsze archiwa, mogliśmy się starać dotrzeć do kompletu materiałów. Teraz mamy pewność, że nigdy nie zgłębimy wszystkich mogących nas zainteresować internetowych źródeł - mówi prof. Andrzej Ajnenkiel, szef Wojskowego Instytutu Historycznego.
Podobnego zdania jest prof. Daria Nałęcz, naczelny dyrektor Archiwów Państwowych. Widzi ona jednak w Internecie niebywałą szansę. - Archiwa mamy rozproszone po muzeach, bibliotekach, zbiorach prywatnych. Często zdarza się, że materiały źródłowe poświęcone jednej osobie znajdują się w kilkudziesięciu miejscach. Internetowy indeks historycznej dokumentacji da szansę naukowcom przynajmniej zdobycia wiedzy, gdzie i czego mają poszukiwać. Archiwa Państwowe rozpoczęły już indeksację rozproszonych po całym świecie poloników - mówi prof. Nałęcz.
Twórcza praca badawcza historyka będzie stanowiła zatem znikomy procent jego naukowych zajęć. Większość czasu będzie spędzał na wybieraniu i weryfikowaniu setek tysięcy dokumentów świadczących o życiu społecznym i intelektualnym końca XX wieku. Wymóg rzetelności badań będzie coraz trudniejszy do spełnienia. I to niekoniecznie z winy naukowców. Może się po prostu okazać, że zadanie to przerasta ich siły. Dlatego też, jakby przeczuwając czekające ich dylematy, ostatni badacze dziejów wychowani w erze przedinternetowej tak mocno akcentują znaczenie niewirtualnych przekazów i kurczowo się ich trzymają.

Miękkie hipotezy wirtualnych światów
- Nie znam nikogo, kto cytowałby dokumenty internetowe jako podstawowe źródło historyczne - twierdzi prof. Ajnenkiel. Dla historyka nadal ważny jest rodzaj papieru, na którym powstał dokument, znaczek skarbowy do niego dołączony, stempel czy podpis. - Musimy dbać o archiwa, zachować twardą dokumentację. I zapewnić jej prymat nad elektroniczną. Bo tylko na podstawie istniejących fizycznie dokumentów możemy stawiać twarde hipotezy - mówi prof. Ajnenkiel.
Wraz z rozpowszechnieniem się podpisu elektronicznego coraz więcej podstawowych dokumentów - takich jak dowody tożsamości, zapisy hipoteczne, rozporządzenia rządowe - będzie miało oprócz papierowej wersji również mag-netyczną czy elektroniczną. Już dziś e-biznes, a także rządy bardziej zaawansowanych technologicznie państw postulują zaniechanie posługiwania się drukowanymi pismami na rzecz elektronicznych. Czy da się pogodzić te sprzeczne tendencje? Czy archiwa w formie komputerowych baz danych będą wiarygodne dla przyszłych historyków? Przecież nie tylko oficjalne pisma mają wartość dokumentalną. Liczy się także korespondencja prywatna, druki ulotne, prasa. Kto przy zdrowych zmysłach odrzuciłby e-maile lub internetowe opiniotwórcze czasopisma? Przecież bez ich uwzględnienia wiedza o teraźniejszości będzie nie tylko niepełna, ale i fałszywa.

Profesor od piątku
Już niedługo zaczną dorastać pokolenia, które nie będą pamiętały świata bez Internetu, jak większość już nie pamięta świata bez telefonu i telewizji. Dla nich elektroniczne dokumenty będą oczywistością, w odróżnieniu od archaicznej bibuły ze śladami atramentu. Wraz z uwolnieniem się od dyktatury realnych do-wodów historycznych nastąpi dalsza specjalizacja naukowców. Poszczególne epoki historyczne trwały coraz krócej.
W XX w. okresy historyczne liczone są na dekady. Już dziś badacze specjalizują się nie w epokach czy stuleciach, ale latach czy miesiącach. Ogrom informacji w Internecie doprowadzi do tego, że historycy będą mogli zweryfikować materiały źródłowe tylko z jednego dnia. "Prof. dr hab. Jan Kowalski, wybitny znawca czwartku 25 lipca 2030 r. Szczególnie wartościowe są jego prace poświęcone trzem godzinom - między 15.00 a 18.00" - być może tak właśnie będą wyglądały teksty zachęcające do zapoznania się z nowymi wynikami poszukiwań naukowych historyków ery postinternetowej.

Koniec cywilizacji
Najnowsze technologie mogą też stworzyć nowe zagrożenia. - Największym problemem jest jakość zapisu i utrwalania materiałów źródłowych. Dopóki mieliśmy do czynienia z wersją papierową, dopóty groziła nam utrata dokumentów tylko w ograniczonym stopniu. Robiono kopie, odpisy, gazety czy książki wydawano w wielu egzemplarzach. W sieci informacja jest ulotna, łatwo może zaginąć lub zostać zniszczona. Jeśli nie zadbamy o jej utrwalenie, za dwieście lat nasza epoka może być białą plamą - twierdzi prof. Nałęcz. Wystarczy katastrofa niszcząca wszystkie zapisy elektroniczne umieszczone na serwerach.

Okładka tygodnika WPROST: 28/2001
Więcej możesz przeczytać w 28/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0