Odchodzenie na paluszkach

Odchodzenie na paluszkach

Dodano: 
W swoje czterdziestopięciolecie Piwnica pod Baranami jest już tylko pomnikiem pewnej epoki
Kiedy po śmierci Piotra Skrzyneckiego tajna rada piwniczna zebrała się, by ustalić, co robić, niektórzy uważali, że należy Piwnicę zamknąć - i kto wie, czy tak rzeczywiście nie powinno było się stać. Uchwalono jednak, że będzie działać dalej. Tak więc to i owo jeszcze Pod Baranami się dzieje, a każdy z piwnicznych artystów rozwija indywidualnie swą karierę. Mimo to Piwnica jako fenomen powoli, "leciuteńko na paluszkach", mówiąc słowami jej hymnu, odchodzi w przeszłość. Przeradza się - niezgodnie ze swym kabaretowo-poetyckim charakterem - w monument pięknych aspektów niepięknej epoki. Coraz bardziej przy tym jasne się staje, że to właśnie Piotr Skrzynecki był ostatnim spoiwem tej szczególnej formacji.

Piwnica artystowska
U podstaw piwnicznego fenomenu leżą oczywiście tradycje dawnych krakowskich kabaretów, zwłaszcza Zielonego Balonika. Tradycje łączące się zarówno z atmosferą poprzedniego fin de siŻcle’u, z jego rozpoetyzowaniem, rozwichrzeniem i zamgleniem, jak i ze zdrowym śmiechem Boya, rozsadzającym mieszczańską duchotę. Takie kabarety mogły powstać tylko w mieście, które miało silny stan mieszczański, a jednocześnie było ośrodkiem generującym i przyciągającym sztukę. Przeszła wojna i stalinizm, ale Kraków nie przestał być Krakowem. Nawet za czasów najgłębszej i najbardziej ponurej komuny, kiedy mury miasta rozpadały się z powodu wyziewów z Nowej Huty i Skawiny, istniał tu podskórny, prywatny lub półprywatny świat sztuki, dostępny tylko dla wtajemniczonych; odbywały się wernisaże, spektakle, spotkania. Piwnica miała wtedy pozycję nieco inną. Założona oficjalnie jako Klub Młodzieży Twórczej przy Krakowskim Domu Kultury działała jawnie i legalnie (choć nie bez perturbacji, takich jak zamknięcie na trzy lata lokalu Pod Baranami w roku 1961), ale dostać się na jej przedstawienia było trudno. Tym bardziej że stworzyła tyle gwiazd, że szybko stała się legendą (zwłaszcza gdy w latach 60. szeroka publiczność poznała Ewę Demarczyk). Wyliczyć wszystkich śpiewaków, kompozytorów, scenografów i aktorów, którzy przewinęli się przez Piwnicę, po prostu nie sposób.
Ten tłum artystycznych indywidualności scalał, dopieszczając zarazem każdą z osobna, jeden człowiek - Piotr Skrzynecki. Przypadkowemu widzowi mógł się on wydawać po prostu zabawnym konferansjerem z nieodłącznym dzwoneczkiem. Był jednak kimś więcej - tworzył magię tego miejsca, sprawiając, że zarówno członkowie zespołu, jak i widzowie mieli poczucie, iż uczestniczą w czymś niezwykłym i sami są niezwykli. Piwnicy towarzyszyło wielu, którzy nawet w niej nie działając, czuli się "jej ludźmi" i sami tak się określali - od redaktora Jerzego Turowicza po lekarza Andrzeja Szczeklika.

Piwnica niezależna
Piwnica była dzieckiem odwilży roku 1956. Tak silny po stalinowskiej grozie i szarości głód kolorów, beztroskiej zabawy i intelektualnej swobody znalazł tu swoje zaspokojenie. Ten kabaret wydobył barwy, ale też śmieszność rzeczywistości i tej postawie był wierny przez wszystkie lata. Jednocześnie jednym z najważniejszych tekstów w dziejach Piwnicy stała się "Dezyderata", która będąc wykładnią swoistego etosu, pełniła obok "Przychodzimy, odchodzimy" funkcję drugiego piwnicznego hymnu.
Podstawą kabaretu jest jednak śmieszność. W Piwnicy pod Baranami typowo kabaretową satyrę zastąpiło wyśmiewanie pełne dziecięcej niefrasobliwości i deklarowanego obrzydzenia do polityki (spektakularnym przykładem było odśpiewanie "Dekretu o stanie wojennym"). W istocie jednak artyści piwniczni byli od polityki zależni, paradoksalnie, właśnie przez swą niezależność. Była to przecież niezależność od czegoś. Dziś siła Piwnicy zanika także dlatego, że nie ma od czego być niezależnym. Wprawdzie Piotr Skrzynecki już w III Rzeczypospolitej twierdził, że teraz też jest śmiesznie, nie zdążył jednak tej śmieszności pokazać.

Piwnica krakowska
Piwnica stworzyła swoisty styl bycia, spektaklu i muzyki. Zwłaszcza w tej ostatniej dziedzinie jej wpływ był szczególnie widoczny. To Zygmunt Konieczny, a po nim Stanisław Radwan, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Zbigniew Preisner stworzyli świat nostalgii, napięcia i niepokoju przekazywany w muzycznych motywach i "gestach", który dzięki intymnemu charakterowi tak znakomicie sprawdza się w teatrze czy filmie (gorzej w dziełach oratoryjnych, które próbowali tworzyć Pawluśkiewicz czy Preisner).
Zanim jednak przyszedł ten sukces, na początku lat 90., czyli w czasie kształtowania się wolnego rynku i pierwszego zachłyśnięcia zachodnią kulturą pop, ów krakowski styl był uważany przez młodych menedżerów za niegustowny i przestarzały. Kiedy Grzegorz Turnau nagrywał pierwszą płytę, wytwórnia Pomaton chciała go "odkrakowić", "odpiwniczyć" i "odpoetycznić". Dziś krakowskość stała się cenionym kolorytem, klimatem - i towarem jak każdy. Co pochodzi z Krakowa, nie może być niekrakowskie. Tak styl ten został zbanalizowany. Miasto hejnału, noblistów i "Tygodnika Powszechnego" czeka na kolejną kulturalną rewolucję. Piwnicy pozostaje rola muzeum.
Okładka tygodnika WPROST: 29/2001
Więcej możesz przeczytać w 29/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0