Wybory według świętego Mateusza

Wybory według świętego Mateusza

Dodano: 
Politycy największe błędy popełniają podczas napadów pychy

Ktoś mądry umieścił dawno temu pychę na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych. Pycha to pragnienie bycia ważnym wśród ludzi, które się zepsuło i cuchnie. Zapaszek pychy wyczuwa się szybko i łatwo w kontakcie z osobą, a także z grupą osób, na przykład partią, przez ten grzech porażonymi. To, że zdrowe pragnienie, by być kimś, zacznie cuchnąć, grozi każdemu, ale najbardziej tym, którzy o takiej groźbie nie pamiętają. Z własnego doświadczenia i wieloletniej obserwacji polityków wiem, że największe błędy w tym zawodzie popełniane są podczas napadów pychy. Zdarzają się one politykom częściej niż ludziom innych profesji, może z wyjątkiem intelektualistów i biznesmenów. W tych zawodach jednak skutki wpadek spowodowanych pychą dotykają tylko grzeszników, pycha polityków zaś odbija się na narodzie.
Uważam na przykład, że ten pierwszy grzech główny leżał u źródeł wojny na górze w roku 1990. Tego, jak bardzo uległ mu i nadal ulega były prezydent, dowodzić nie trzeba. Ale i druga strona - ze mną włącznie - w lekko cuchnącym już poczuciu własnej ważności nie dostrzegła, że należało ułatwić Wałęsie drogę do prezydentury i dogadać się z nim w tej sprawie, zamiast walczyć. Piszę o grzechu pychy i jego smutnych skutkach nie bez powodu. Tempa nabiera kampania wyborcza, a wraz z nią nasila się pragnienie polityków, by pokazać siebie i swoją partię od jak najlepszej strony. Warto więc pamiętać, że za tym naturalnym pragnieniem skrada się pycha i jej mutant - buta.
8 lipca oglądałem fragmenty konwencji wyborczej SLD, a w nich wystąpienie przewodniczącego Leszka Millera. Zdumiał mnie jego butny, właśnie pełen pychy, ton. Wasz czas nadszedł, pora na odejście, kuśtykająca ekipa udająca narodową reprezentację - grzmiał szef SLD, jakby nie stał na mównicy podczas konwencji wyborczej w kraju demokratycznym, lecz jakby gromił wrogów, zapowiadając wymierzenie im śmiertelnego ciosu. Panie przewodniczący, czy Panu przez chwilę nie pomyliły się daty, na przykład rok 2001 z rokiem 1948? To samo pytanie można by zadać Mieczysławowi Rakowskiemu po lekturze jego felietonów z "Trybuny". Na przykład tekstu "Zapaść na wszystkich frontach" z końca czerwca, w którym autor twierdzi, że obecna ekipa zostawi gospodarkę "tak wyszczuploną jak - nie przymierzając - chorzy na anoreksję", czyli skrajne wychudzenie. Jest to kłamstwo - produkt krajowy brutto w latach 1998-2001 zwiększy się o 15-16 proc., wyraźnie powyżej średniej Unii Europejskiej. Oczywiście, to sporo mniej niż w latach 1994-1997. Można dyskutować, dlaczego tak się stało, ale gdzie tu anoreksja? To przykre, że Rakowski zamiast dać świadectwo mądrości wieku i doświadczeń, nie tylko nie łagodzi, lecz wzmaga ton ujadania, który w "Trybunie" dominuje. Był czas, gdy na prawicy roiło się od chętnych do kontynuacji polsko-polskiej wojny z czasów PRL. Dziś amatorzy dopisywania jej kolejnego aktu mnożą się na lewicy. Oczywiście, by zbudować raj na ziemi, w którym "nie będzie przegranych", a tylko wygrani; w którym nadzieja wróci do ludzkich domów. Wszyscy chcemy, by tak się stało, bo w wielu domach jej zabrakło i bardzo potrzeba. To zapotrzebowanie kierowane jest obecnie do lewicy. Nie sztuka przywrócić ją na chwilę, lecz na długo - to już inna sprawa. Może ten i ów działacz SLD przestrzegać przed nadmiernymi oczekiwaniami od rządów lewicy, ale w pamięci powszechnej i tak zostanie butny triumfalizm, który zabrzmiał na konwencji sojuszu jeszcze przed wygraną, a także wykroczenia przeciw ewangelicznemu nakazowi "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Prezydent nie bez powodu go przypomniał. A ponieważ miałem ostatnio obowiązek przeczytania i podumania nad Kazaniem na Górze z ewangelii według św. Mateusza, to pozwalam sobie polecić politykom, szczególnie zaś szefowi SLD i jego kolegom, jeszcze te oto słowa: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą". Nadto też pewne jest, że słowa i przemowy będą spisane oraz przypomniane i wypomniane. I pół biedy, gdy wypomną je przeciwnicy. Gorzej, gdy zrobią to zwolennicy.
Okładka tygodnika WPROST: 30/2001
Więcej możesz przeczytać w 30/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0