Pustelniczy śpiewnik

Pustelniczy śpiewnik

Dodano: 
Komputer nie jest idiotą, zależy, jak się go używa

Od tygodnia nie zmieniłem miejsca pobytu i nadal rozkoszuję się swoją podgórską pustelnią. Lech Falandysz w felietonie "Neobarbarzyńcy" pisze o tym, że my, ludzie współcześni, w niektórych dziedzinach obraliśmy powrotną drogę do jaskini. Zanik kultury utrwalanej i rozwijanej przez języki, zabijanie wyobraźni językowej i historycznej przez Internet oraz inne telemajaczenia - cofają nas do czasu, kiedy nasi praprzodkowie intelektualiści ryli mozolnie na ścianie jaskini wizerunek mamuta, bawołu lub bliźniego z dzidą. Pan Lech Falandysz ma rację. Czasem oglądam telewizyjnych "Milionerów", ćwicząc zwiotczałą pamięć humanisty książkowego, i ze zdumieniem odkrywam, że nie tylko pokolenie dwudziesto- czy trzydziestolatków, ale i starsi uczestnicy konkursu z reguły nie potrafią dać odpowiedzi na pytania z historii starożytnej i średniowiecznej, a nawet dwudziestowiecznej, literatury klasycznej i na te związane ze wszelkimi nazwami czy pojęciami dotyczącymi Kościoła bądź w ogóle chrześcijaństwa. Kto jest autorem wyrażenia Carpe diem? Grobowa cisza. Co to jest infuła? Bezradność noworodka.
Próbując ratować w myślach ludzkość i własny naród od powrotu do jaskini z wyrytym na ścianie na przykład portretem pana Leppera, zdążającego na koniu do Sejmu, pomyślałem sobie, że istnieje też możliwość ucieczki do pustelni. Nie musi to być grota kamienna. Ktoś mi opowiadał, że w Kotlinie Kłodzkiej, w pustoszejącej wsi pokołchozowej, dom po domu wykupują intelektualiści z Wrocławia. Uciekają tam z komputerami. W końcu komputer sam w sobie nie jest idiotą - zależy, jak i do czego się go używa.
I jeszcze jedną glosę pragnę dodać do "Neobarbarzyńców". (Pytanie konkursowe: co to jest glosa?) W rozważaniach o porozumiewaniu się za pośrednictwem języka mówionego i pisanego oraz innych form przekazu nie zapominajmy o śpiewie i muzyce. Do tanga trzeba dwojga, ale do namiętnego słuchania jazzu czy bluesa trzeba dziś tylko dobrej jakości sprzętu elektronicznego, a gdy ktoś jest ubogi, to wystarczy posłuchać radia (polecam Program III PR). Zwracam przy tym uwagę na to, że porozumiewanie się za pomocą pieśni pozwala zachować więzi historyczno-pokoleniowe i międzypokoleniowe. Od momentu, gdy w roku 1972 dwoje studentów w USA podarowało mi trzy płyty Chicago Blues, nigdy już tego tęsknego i jakże wzruszająco ludzkiego akompaniamentu naszych czasów nie przestałem słuchać. Oczywiście na znawstwie autorów, kompozytorów czy zespołów jazzowych świata zagnie mnie każdy młody człowiek lepiej znający rok debiutu jakiegoś tam Lulu Bulu aniżeli datę urodzin Władysława Jagiełły. Cóż z tego jednak, skoro i on, i ja, dziwaczejący poeta, przeżywamy te same emocje i dreszcze, słuchając chrapania trąbki Armstronga, monotonnej melancholii Boba Dylana czy oczarowania samotnością Paula Anki. W tym świetle heroiczne walki Leopolda Tyrmanda o prawo jazzowania w stalinowskiej Polsce we wczesnych latach pięćdziesiątych doprawdy godne są dziś podziwu. Jego książka "U brzegów jazzu" już pół wieku temu wskazywała na ten język porozumienia.
Okładka tygodnika WPROST: 30/2001
Więcej możesz przeczytać w 30/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0