Nie kończąca się nowela

Nie kończąca się nowela

Polska nie ma budżetu, czy też raczej ma ich kilka - na każdą okazję

W końcu lutego Sejm RP uchwalił budżet. Faktycz-ny deficyt wynosił wtedy 50 proc. tego, co ustawa planowała na cały rok (dodajmy, że w tym momencie był równowartością 10 proc. wytworzonego PKB). Z każdym miesiącem było coraz gorzej, ale pan minister twierdził, że jest dobrze. Jeszcze pod koniec maja upierał się, że zmiana budżetu nie jest konieczna. Zaparcie jednak w końcu mu minęło. Projekt noweli budżetu do Sejmu trafił, a Sejm posłusznie go zaakceptował, mimo że był podobną kpiną z posłów jak poprzednio uchwalony budżet.

Plan Bauca
Plan zakłada, że dochody będą mniejsze o 8,6 mld zł, czyli wyniosą 152,46 mld zł. Wydatki mają pozostać na poziomie 181,6 mld zł. O brakujące 8,6 mld zł powiększamy deficyt - z 20,5 mld zł do 29,14 mld zł. Niby wszystko się zgadza, ale na papierze i ex ante u pana ministra zawsze wszystko się zgadzało.
Tym razem nie zgadza się od początku. Niby wydatki nie mają zmaleć, ale już w pierwszym projekcie noweli zakładano, że może się tak zdarzyć, i rząd chciał blankietowego upoważnienia do ich cięcia "w miarę potrzeb". Na takie jawne żarty z prawa nawet nasi posłowie nie chcieli jednak przystać i zażądali planu cięć. Dostali go 24 lipca. Jest dość enigmatyczny, gdyż przewiduje dwa "sznyty". Pierwszy - na 4,5 mld zł, i drugi - wedle potrzeb. "Rząd planuje zmniejszyć dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o 1,015 mld zł, 250 mln zł przyniosą tzw. naturalne oszczędności w budżecie, a 3 mld zł pochodzić będzie z rezerw celowych. Środki te, łącznie z deficytem powiększonym o 8,6 mld zł, stanowią około 13 mld zł".
Mamy zatem już dwie kalkulacje niedoborów: niedobrą - dodatkowo brakuje 8,6 mld zł, ale te parę groszy pożyczymy i wydatki nie ucierpią; i złą - dodatkowo brakuje 13 mld zł, parę groszy (8,6 mld zł) pożyczymy, ale to nie wystarczy i wydatki trochę ucierpią, bo się je utnie (na 4,5 mld zł).
Jest jeszcze trzecia kalkulacja. Rząd w dokumencie napisał także, że dokona analizy docho-dów i wydatków i wystąpi do komisji o zablokowanie wydatków, gdy ubytek dochodów przekroczy 13 mld zł. Przewidywane są więc cięcia wydatków bieżących i inwestycyjnych w poszczególnych resortach w wysokości do 14 proc. Te cięcia miałyby dać jeszcze 4 mld zł, a to oznacza 17 mld zł przewidywanego dodatkowego niedoboru. Razem z deficytem zapisanym w bud-żecie byłoby to niemal 40 mld zł.
Parlamentowi przedłożony został projekt budżetu (nowela jest przecież nowym budżetem), który nie zawiera określenia niedoboru budżetowego. Czy też, jak kto woli, zawiera aż trzy jego wysokości: dla tych, którym wszystko jedno, dla optymistów i realistów. Jest to wielki wkład w ekonomię budżetową. Tworzy bowiem sytuację nie mającą precedensu w cywilizowanym świecie. Na pięć miesięcy przed końcem roku kraj nie ma bud-żetu (czy też raczej ma kilka - na każdą okazję).

Heroiczne dochody
O co tu chodzi? O to, że przedłożony Sejmowi projekt ustawy zawiera znowu - nazwijmy to tak - heroiczną prognozę dochodów. Planując, że łączne dochody budżetu wyniosą aż 152,5 mld zł (wobec pierwotnie planowanych 161 mld zł), pan minister jest bardziej poetą niż księgowym. Ponieważ sprawa dotyczy podatków (dochody niepodatkowe stanowią tylko 15 proc. budżetu i w ustawie z 1 marca określone zostały dobrze), na nich się skoncentrujmy.
Pan minister planuje, że w drugim półroczu "obniżone" dochody podatkowe będą o 40 proc. wyższe niż w pierwszym. W pierwszym poborcy zgromadzili tylko 54 mld zł, a w drugim mają zebrać ponad 75 mld zł. W rachunku miesięcznym oznaczałoby to średnio wzrost z 9 mld zł do 12,5 mld zł. Ponieważ siódmy miesiąc jest już praktycznie za nami i przewidywany wzrost dochodów podatkowych nie nastąpił, można stwierdzić, że do wykonania heroicznego planu potrzebny byłby od teraz czternastomiliardowy miesięczny spływ podatków.
Prawdą jest, że budżet w drugim półroczu zarabia więcej. Nie ma już zwrotów podatkowych, najbogatsi zaczynają płacić wyższe zaliczki, a poza tym w tym okresie zwykle produkcja bywa większa i sprzedawana po wyższych cenach. Dlatego w drugiej połowie zeszłego roku budżet zrealizował 54 proc. rocznych dochodów podatkowych. W przedstawionej noweli zakłada się jednak, że w tym roku wskaźnik ten wyniesie aż 58,1 proc. Czy to możliwe?
Fakty są następujące. W poprzednich miesiącach mieliśmy do czynienia ze stagnacją dochodów podatkowych (nie poprawia się bowiem tzw. ściągalność). Inflacja maleje. W 2000 r. w rachunku średniorocznym wynosiła 10,1 proc., a w tym roku ma wynieść 6,2 proc. Dynamika PKB (w pierwszym kwartale - 2,3 proc.) spadła, wedle prognozy Ministerstwa Finansów, do 0,6-1,1 proc., a w całym pierwszym półroczu - o 1,4-1,7 proc. W całym roku PKB ma wzrosnąć o 2 proc., co oznacza, że na drugą połowę roku przewiduje się dynamikę rzędu 2,3-2,6 proc.

Jaka dziura?
O ile niedoszacowane są w projekcie noweli dochody budżetu? To nietrudno wyliczyć: o 5 mld zł (cud boży!), 10 mld zł (najbardziej prawdopodobne), a nawet 15 mld zł (niewykluczone). Nietrudno także zauważyć, że wysokość niedoszacowania pokrywa się - dziwnym trafem - z kwotami cięć, których wedle noweli w zasadzie nie będzie.
Naiwni mogą zapytać, dlaczego zastosowano taką dziwaczną konstrukcję noweli. Powody są dwa. Po pierwsze, minister nie mógł (a i SLD by nie chciał) ujawnić najbardziej prawdopodobnej skali niedoboru. Poza tym budżet uchwalili posłowie (nie tylko go uchwalali, ale krytykowali za zbyt małe wydatki), a tuż przed wyborami, gdy policja traci płynność finansową, szkoły się walą i powódź zalewa kraj, aprobowanie cięć byłoby politycznym samobójstwem. Po drugie, dla ministra Bauca nie jest ważny roczny deficyt, tylko czy uda mu się dotrwać do połowy września choć z kilkoma groszami w kasie na bieżące wypłaty. A to w praktyce nie zależy od dochodów podatkowych, tylko od tego, czy uda się szybko opchnąć akcje Orlenu i Rafinerii Gdańskiej. Jeśli się nie uda, minister zamierza dodatkowo zapożyczyć się za granicą, emitując euroobligacje.

Co dalej?
A co na to SLD? SLD się do władzy rwie, a przecież przejmie ją razem z kasą nie tyle nawet pustą, ile zadłużoną. Ale tym się sojusz będzie martwić we wrześniu. Najpewniej opublikuje się wtedy raport o stanie państwa i budżetu, potem powiesi ministra Bauca (miłość szybko się skończy), następnie zaś - mając w Sejmie większość - zrobi nową nowelę powiększającą deficyt. O ile? Ja wiem. A czytelnicy niech zgadują. Jeszcze o 5 mld zł? A może o 3 mld zł? A może budżet po lipcowej noweli już się zbilansuje? To też jest możliwe! Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń jest zbliżone do sytuacji, w której autor "Nauki skarbowości" (Warszawa 1923 r.) prof. Adam Krzyżanowski wstałby z grobu, a później biegłby nago Świętokrzyską, wołając:
"A mówiłem gówniarzom, że budżet musi być zrównoważony i nie można przy nim majsterkować?!". Nie jest to prawdopodobieństwo duże, bo prof. Krzyżanowski nigdy słów powszechnie uznanych za brzydkie nie używał. Nie wykluczam jednak, że po tegorocznych pieriepałkach budżetowych i on by zaczął kląć.

Okładka tygodnika WPROST: 31/2001
Więcej możesz przeczytać w 31/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0