Na ratunek

Na ratunek

Powstanie warszawskie też było zwycięstwem klęski

Spędzałem przed laty wakacje w okolicach Dobrej, w górach pod Limanową. Płynie tamtędy kamienista i płytka Łososina. Taplaliśmy się tam z małymi jeszcze dziećmi i było sielsko i miło, jak niektórym dzisiaj bywa na Haiti. Pewnego wieczoru nadciągnęła nad góry i naszą wieś olbrzymia nawałnica. Drugiej nocy obudził nas narastający straszliwy huk, który trudno opisać. Człowiek dużo już w życiu przeżył, zwłaszcza w czasie wojny, ale ten huk nie dał się z niczym porównać.
O świcie okazało się, że Łososina zamieniła się w rwącą rzekę, razem z porwanymi z brzegów drzewami oraz ludzkim dobytkiem toczyła tysiące górskich głazów. Groza kataklizmów przyrody polega m.in. na tym, że jest tak zaskakująco potężna.
Właśnie wysłuchałem kolejnych komunikatów o powodziach, burzach i nadchodzących deszczach w różnych miejscach w kraju, obejrzałem w telewizji rozpaczających rodaków, bo nagle stracili dobytek całego życia, i myślę o grozie tej sytuacji, która nie jest z niczym porównywalna. Też traciłem z rodziną kilka razy wszystko w czasie wojny, ale wojna to wojna. Wiadomo było, do kogo mieć pretensje. Do Niemców albo Ruskich. Natomiast w czasie klęsk żywiołowych natura jest straszna, ale i niewinna zarazem. I dzisiaj znów budzi się w nas, Polakach, jakaś pretensja do Losu, bo nie dosyć, że przestajemy ufać naszym rządzącym, że dookoła powiększa się psychologiczny zamęt, pogłębia strefa biedy, to jeszcze nam niebiosa dokładają...
Katastroficzne wspomnienia przypomniały mi również, że oto mija 57 lat od wybuchu powstania warszawskiego. 1 sierpnia 1944 r. miałem 14 lat, ale doskonale pamiętam huk bombardowań i pożarów. Coraz skąpiej czcimy tę rocznicę, bo młodszym kojarzy się bardziej z nieporadnymi i nieco dziwnymi z wyglądu kombatantami i kombatantkami przepasanymi szarfami orderów aniżeli z dymem pożarów i kurzem krwi bratniej. Powstanie było wybuchem żywiołów dobra i zła, brały w nim udział również moce natury, wykorzystane przez ludzi do mordowania innych. Amerykanie do tej pory potrafią kreować wspaniałe filmy o klęskach i zwycięstwach swoich bohaterów wojny, a myśmy spoczęli na laurach jednego czarno-białego filmu Wajdy. Wszystko dlatego, że Amerykanie potrafią ukazać, jakim zwycięstwem może być klęska. Powstanie warszawskie też było zwycięstwem klęski. Ale w miejsce takiego horyzontu bitwy o narodową tożsamość wmówiono nam potem "Czterech pancernych i psa" (do psa nie mam pretensji).
Przypomina mi się też wizyta na cmentarzu żołnierzy polskich z korpusu Andersa w Loretto we Włoszech. Krzyże łacińskie i prawosławne, a także duża kwatera polskich Żydów szeregowców i oficerów ozdobiona gwiazdami Dawida. Oni tam też zginęli za Jedwabne. Obrona warszawskiego getta była też obroną honoru ludzi zamieszkujących i współtworzących stolicę Polski. Tak jak Monte Cassino było bitwą o Europę. Cóż to za wspaniałe tematy nawet dla współczesnej twórczości. Uratowani z wojny, uratowani z powodzi, wygrzebani spod lawiny czasu.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2001
Więcej możesz przeczytać w 31/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0