Parias stanu wojennego

Parias stanu wojennego

Co w liście do generała Jaruzelskiego napisała matka internowanego Gierka?
W czerwcu 1982 r., pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego, gen. Wojciech Jaruzelski znalazł w swej codziennej poczcie list nadesłany przez Paulinę Koziak (primo voto Gierek) z Sosnowca-Zagórza, zamieszkałą przy ulicy PKWN 114. Oto jego dotychczas nie publikowana treść w oryginalnym brzmieniu:

Zwraca się do pana 89-letnia zbolała matka, która bardzo ciężko wychowywała dwoje dzieci, straciłam męża w wypadku na kopalni w 1917 r. w czasie kiedy było bardzo ciężko żyć, dostawałam rentę na dwoje dzieci, że kupiłam za to 3 bochenki chleba. Syn miał 4 lata, a córka 1 rok i 2 miesiące, a pracy nie było i trudno było zostawić same małe dzieci, więc zostawiałam je same w nocy, a ja z mężczyznami udawałam się za granicę żeby kupić zboża i zarobić dzieciom i sobie na utrzymanie liche. Całą noc szło się z ciężarem na plecach, kiedy wróciłam, a przeważnie na 11 przed południem dzieci były głodne i zmarznięte. Czekały w oknie czy już idę, a ja nie wiedziałam co pierw robić, czy palić w piecu czy dać jeść jak weszłam do domu i to się na nich odbiło na zdrowiu, że córka teraz nie może chodzić na nogi bo nie była odżywiona i przemrożona, a syn również wciąż chorował, ale musiałam sobie radzić.
Chowałam dzieci bardzo ciężko, ale uczyłam szacunku do pracy, ludzi i dla siebie i dzieci to pamiętały.
Dzisiaj znalazłam się w sytuacji tragicznej bo syn mój został oszkalowany, a ja ogromnie cierpię z tego powodu i na stare lata przeżywam straszny ból jaki zadano starej matce, płaczę w dzień i w nocy i już jestem tak wyczerpana i schorowana, że już mało na oczy widzę. Proszę pana generale jeśli kocha pan swoją matkę, nie wiem czy żyje, a jeśli nie to przez pamięć o niej, bo każda matka kocha swoje dzieci, proszę na miłość do swojej matki, proszę bardzo zwolnić mojego syna zanim oczy zamknę żeby go jeszcze ujrzały i żeby on zamknął moje oczy i żebym umarła w spokoju za moją ciężką pracę, trudne życie.
Bardzo o to prosi stara dogorywająca kobieta, a myślę że spełni pan generał moją prośbę, gdyż mówi się dużo o opiece nad starymi ludźmi, mówi się dużo dobrego o panu.
Syn mój to Edward Gierek i on schorowany i zmęczony. Chciał dać ludziom to czego w życiu nie zaznał i to może ja się czuję winna, że uczyłam prostolinijności a za kłamstwo biłam, nie znał obłudy gdyż u nas to nie istniało i nie znał tego. Nie opisuję jego przeżyć, gdyż jego życiorys jest panu generałowi znany.

Z poważaniem
Paulina Gierek
z drugiego małżeństwa - Koziak


Nie wiem, jakie wrażenie na adresacie zrobił ten list stojącej nad grobem, prawie dziewięćdziesięcioletniej staruszki. Po gmachu Komitetu Centralnego w Warszawie co prawda krążył w odpisach, ale nigdy nie ujrzał światła dziennego w formie drukowanej. Nie był to bowiem dobry czas dla byłych wysokich funkcjonariuszy partyjnych. Nie było w modzie użalanie się nad przegranymi prominentami Polski Ludowej.
Edward Gierek ze swego mieszkania w Katowicach został zabrany przez patrol milicyjny w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. Zbudzono go przed północą łomotaniem do drzwi. Były sekretarz wraz z dwudziestoma pięcioma innymi osobami, w tym jedną kobietą, szefową Ligi Kobiet, miał być listkiem figowym operacji pod tytułem stan wojenny. Obecność Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza, Edwarda Babiucha, Jana Szydlaka, Tadeusza Wrzaszczyka wraz z kolegami na listach internowanych miała być dowodem, że władza generalska sprawiedliwie karze sprawców przesilenia państwowego. Na równi - mówiono społeczeństwu, robiąc do niego oko - będą traktowani ludzie z "Solidarności" i partii. Taki był, jak się okazało, mocno naiwny koncept internowania i osadzenia w odludnym miejscu byłego I sekretarza partii, dwóch kolejnych premierów i kilku wicepremierów rządu PRL.
Zarówno dla Edwarda Gierka, wówczas 68-latka po zawale serca, jak i dla wielu internowanych w tamtych godzinach przeciwników reżimu generała Jaruzelskiego główną niewiadomą był cel podróży. Były I sekretarz partii nie chciał się wówczas wypytywać o powód aresztowania, niepokoiło go jedno: czy nie jest właśnie wywożony do Związku Radzieckiego. Pamiętał los ekipy Dubczeka, porwanej z Hradczan na Kreml w celu podpisania dokumentu zwanego eufemistycznie aktem normali-zującym sytuację w Czechosłowacji. Z tym że w 1968 r. władcom Kremla chodziło o rozwiązanie konfliktu politycznego w Czechosłowacji, natomiast w 1981 r. w rachubę mogłaby wchodzić jedynie zwykła, zasłużona, jak z niepokojem przyznawał w skrytości ducha, zemsta.
Kamień z serca spadł Gierkowi dopiero wówczas, gdy w komendzie milicji w Katowicach wśród internowanych spotkał Tadeusza Kiczana i innych mniejszej rangi działaczy partyjnych. Nimi bowiem z pewnością, jak wiedział Gierek, nie mógł się interesować Breżniew. Prawda, że technicznie nie byłoby trudno od grupy internowanych działaczy PZPR w dowolnym momencie oddzielić Gierka, mimo to były szef partii uznał, że skończy się na wewnętrznej z nim rozprawie i na krajowych, że tak powiem, porachunkach.
Edward Gierek od przeszło roku był wówczas człowiekiem nieaktywnym politycznie. Jeszcze jesienią poprzedniego roku został pozbawiony wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych. Z partii wyrzucono go w grudniu 1980 r. Przyklepał to pięć miesięcy przed dniem jego internowania IX Nadzwyczajny Zjazd PZPR. Przy okazji zabrano mu jeszcze wszystkie odznaczenia. Politycznie był więc nikim; z pewnością też nie zagrażał władzy generała.
Sytuacja Gierka i jego towarzyszy z internowania była nieporównanie gorsza niż ludzi "Solidarności". Działacze opozycji, choć więzieni i często bardzo źle traktowani, cieszyli się powszechnym szacunkiem i podziwem polskiego społeczeństwa i świata. Natomiast Gierek był i miał pozostać głównym pariasem stanu wojennego, nie akceptowanym przez społeczeństwo, a także obóz władzy. Jemu wiecznie, według rachub generałów, miała towarzyszyć pogarda i nienawiść. On też, zdaniem obozu rządzącego, sprawca wszelkich polskich nieszczęść poprzedzających Sierpień ’80, miał być dla Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego pomostem do porozumienia z narodem.
Już pierwsze dni stanu wojennego dowiodły, że rachuby generała są naiwne i że po politycznym trupie Gierka nie dojdzie się do porozumienia ze społeczeństwem. Tymczasem sytuacja osobista i polityczna byłego I sekretarza się nie poprawiła. Każdy dzień pobytu w zdewastowanym budynku dawnej szkoły policyjnej nad Jeziorem Głębokim na Pojezierzu Pomorskim, gdzie po kilkudniowej podróży został osadzony wraz ze współtowarzyszami, był dniem kolejnych upokorzeń.
Budynek, w którym przyszło im żyć, był nie dogrzany, z powybijanymi szybami, z jedną czynną ubikacją, z włączonymi oficjalnie i demonstracyjnie odsłuchiwanymi urządzeniami podsłuchowymi. Na spacery pensjonariuszy tego nie znanego nikomu więzienia wyprowadzano pod strażą tylko na 15 minut dziennie. Gierkowi z powodu zimna odezwały się bóle kręgosłupa, który leczył w ostatnich latach swego urzędowania. Gdyby nie Jan Szydlak, który z szafy wyjął drzwi i położył je pod prześcieradłem, były I sekretarz PZPR zupełnie nie spałby nocami. Spał też ubrany "na cebulę", odziany we wszystko, co zabrał z domu. Kłopoty zdrowotne Gierka były jednak niczym w porównaniu z dramatem Zdzisława Grudnia. Ten powszechnie nie lubiany i nie ceniony polityk ze Śląska po dwóch ciężkich zawałach dosłownie dogorywał pozbawiony opieki zdrowotnej. Po jego śmierci (w marcu 1982 r.) WRON przeniosła grupę Gierka do Promnika pod Warszawą, gdzie warunki bytowe były nieco lepsze.
Los Gierka jednak niewiele się różni od przeżyć sześciu pozostałych pierwszych sekretarzy KC PZPR. Od początku Polski Ludowej nad jej politykami ciążyło jakieś szczególne fatum. Towarzyszyło ono wręcz od zarania całej formacji komunistycznej zarówno w Polsce, jak i na świecie. Tragiczny los komunistów polskich, których większość przed wojną zginęła w ZSRR, w tym wszyscy pierwsi sekretarze KPP, jest tego dodatkową ilustracją. Wracając jednak do pierwszych sekretarzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, warto wspomnieć, że tylko jeden z nich, Edward Ochab (po dobrowolnym ustąpieniu z funkcji w 1956 r.), jeszcze przez dwanaście lat był członkiem biura politycznego, a więc ścisłego kierownictwa partii, a przez cztery lata był nawet przewodniczącym Rady Państwa.
Bolesław Bierut, szef stalinowskiej Polski, zmarł w Moskwie wkrótce po zakończeniu obrazoburczego dla niego XX Zjazdu KPZR. Mimo że ulica ukuła dosyć makabryczny na temat jego śmierci dwuwiersz ("Pojechał w futerku, powrócił w pudełku"), za jego zgonem najprawdopodobniej nie kryła się tysiącpalczasta dłoń KGB. Jego następca Edward Ochab, niedoceniony, moim zdaniem, przez historię, rządził tylko pół roku, po czym dobrowolnie zrobił miejsce dla Gomułki; był to jedyny tzw. gensek (zwrot ukuty na Zachodzie dla przywódców KPZR - gienieralnyj siekrietar), który odszedł w europejskim doprawdy stylu z najważniejszego w tzw. krajach realnego socjalizmu stanowiska.
Władysław Gomułka ze stanowiska szefa PPR - matki PZPR - trafił do więzienia; a z pozycji szefa PZPR odszedł w do dziś nie w pełni wyjaśniony sposób. Zdaniem prof. Andrzeja Werblana, sam "Wiesław" (okupacyjny pseudonim Gomułki) uważał, że ze szczytów władzy usunął go Breżniew. Jeśli nawet tak było, to omawiając jego upadek, nie można pomijać straszliwych błędów Gomułki, które w gruncie rzeczy doprowadziły do prawdziwie krwawej, jeśli nie wojny domowej, to rewolucji antykomunistycznej w miastach wybrzeża. Casus Gomułki, odsuniętego od władzy za pomocą nie do końca wyjaśnionego quasi-zamachu pałacowego, wypominano Gierkowi wielokrotnie i bezsprzecznie stanowił on dla generała Jaruzelskiego swoiste alibi, gdy internował go w nocy ogłoszenia stanu wojennego.
Następca Gierka Stanisław Kania, mimo że początkowo optował za przydzieleniem swemu poprzednikowi funkcji reprezentacyjnej przewodniczącego partii, później konsekwentnie go niszczył, aż do momentu gdy lutnię po nim przejął generał Jaruzelski. Samego Kanię natomiast nie czekał co prawda los Edwarda Gierka, ale końcówka, jaką zgotował mu jego następca, doprawdy nie była elegancka.
Najlepszy los, w sposób najzwyczajniej nieoczekiwany, spotkał Wojciecha Jaruzelskiego, ostatniego I sekretarza odgrywającej jeszcze wówczas rolę tzw. siły przewodniej narodu PZPR. (Rakowski, uznawany za ostatniego szefa PZPR, był już I sekretarzem partii zwijającej się i pozbawionej władzy, a przez to nieco kabaretowej, dlatego trudno go umieszczać w jednym szeregu z poprzednikami.) Generał Jaruzelski, jakkolwiek by na to patrzeć, ze stanowiska I sekretarza odchodził z honorami dzięki opozycji antykomunistycznej. Objął on bowiem po dramatycznym głosowaniu posadę pierwszego prezydenta demokratycznej już prawie Polski.
W sumie więc nie sposób oprzeć się refleksji, że funkcja I sekretarza PZPR należała do najbardziej ryzykownych stanowisk w Polsce. Nie popełnię też wielkiego błędu, stwierdzając, że wszyscy "pomazańcy" pezetpeerowscy byli już w dniu obejmowania tego, będącego obiektem marzeń polityków PRL, urzędu skazani na klęskę. Ten stygmat nieuchronnie złego końca dźwigał każdy z nich od dnia wyboru, który musiał być dniem co najwyżej pyrrusowego zwycięstwa.
Polityka jako sposób na uzyskanie, a potem utrzymanie władzy ma w sobie jakiś niezwykły, porażający wręcz czar, który powoduje, że ludzie włączeni w jej tryby łatwo zapominają nie tylko o zwykłej przyzwoitości. Takie pojęcia, jak przyjaźń, prawdomówność, uczciwość, stają się dla nich pustym słowem. Dotyczy to zarówno polityków komunistycznych, jak i - nie bądźmy naiwni - tzw. polityków demokratycznych. Z tym że cena, którą muszą płacić ci ostatni za wejście do gry, jest nieporównanie niższa...
Wracając jednak do początku naszych rozważań, pytam: czy po przeczytaniu tego, co napisałem powyżej, może dziwić, że list Pauliny Koziak nie doczekał się nigdy odpowiedzi? Edward Gierek przed obliczem matczynym stanął dopiero w grudniu, po rocznym pobycie w obozach internowania.

Okładka tygodnika WPROST: 32/2001
Więcej możesz przeczytać w 32/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0