Dobra inwestycja

Dobra inwestycja

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przeciwstawianie obniżania inflacji wzrostowi gospodarki jest wyrazem krótkowzroczności bądź wiary w zwietrzałe doktryny
Trwale niska inflacja sprzyja systematycznemu wzrostowi gospodarki. Tempo rozwoju gospodarki zależy, rzecz jasna, nie tylko od poziomu inflacji, ale i od innych czynników: wyjściowego pułapu PKB (kraje biedniejsze mogą rozwijać się szybciej niż bogatsze), skali otwarcia na świat, struktury własnościowej gospodarki, zakresu konkurencyjnych rynków, stanu finansów publicznych, wielkości obciążeń podatkowych, konstrukcji podatków itp.
Może się więc zdarzyć, że kraj o wyższej inflacji będzie się rozwijać szybciej niż kraj o niższej inflacji, jeśli w tym pierwszym owe inne czynniki są lepiej ukształtowane, tzn. gospodarka jest bardziej otwarta, więcej jest własności prywatnej, konkurencyjnych rynków, mniejsze są obciążenia podatkowe. Z badań wynika jednak, że kraje, które się szybciej rozwijały, miały zarówno niższą inflację, jak i lepiej ukształtowane owe inne czynniki niż kraje o wolniejszym wzroście. Na przykład R. Levine i D. Renelt wykazują, że liderzy rozwoju mieli nie tylko niższą inflację, ale i mniejszy udział sektora publicznego w gospodarce niż inne kraje. Być może wynika to z tego, że ekonomiczna kompetencja rządów jest słabo podzielna: władze, które wierzą w dobroczynny wpływ niskiej inflacji, wierzą także w prorozwojową wyższość gospodarki prywatnej nad publiczną.
I odwrotnie - rządy, które są przekonane, że wyższa inflacja da więcej trwałego wzrostu, mogą być również przekonane, iż forma własności jest mało istotna dla rozwoju gospodarki.
W innej międzynarodowej analizie porównawczej Stanley Fisher wykazał istotny pozytywny wpływ zarówno niskiej inflacji, jak i nadwyżki budżetowej na długotrwałe tempo wzrostu. Zestawił on jedenaście krajów (m.in. Argentynę, Chile, Grecję, Ghanę, Izrael, Meksyk, Turcję, Zambię), które przez pewien czas w latach 70. lub 80. rozwijały się dość szybko przy dużym deficycie budżetu i wysokiej inflacji. Wszystkie jednak wpadły potem w poważne kłopoty i albo z sukcesem opanowały inflację i deficyt budżetu (Izrael, Chile), albo pogrążyły się w głębokim kryzysie (Turcja). Są to więc pozorne wyjątki od reguły, że niska inflacja (i zdrowe finanse państwa) sprzyjają systematycznemu rozwojowi gospodarki.
Dlatego w cywilizowanym świecie panują dwa kanony:
- strzeże się uzyskanej niskiej inflacji jako społecznego dobra,
- nie próbuje się pobudzać wzrostu gospodarki przez politykę, która groziłaby wzrostem inflacji.
Z wielu badań wynika, że po obniżeniu inflacji do 2-3 proc. rocznie korzyści z jej dalszego obniżania zanikają lub są minimalne. Są jednak ekonomiści, na przykład Martin Feldstein, którzy wykazują, że opłaca się obniżyć inflację nawet z 2 proc. do 0 proc.
W każdym razie perspektywicznie działające władze kraju, w którym ceny rosną szybciej niż o 2-3 proc. rocznie, powinny traktować trwałą redukcję inflacji jako inwestycję w rozwój gospodarki. Stwarza ona lepsze warunki do wzrostu produktywności zasobów i do inwestowania. Jeśli niska inflacja jest trwała, to i owe korzyści są trwałe, osiągane rok w rok. Dlatego należy strzec raz osiągniętej stabilności cen, a skuteczną politykę antyinflacyjną traktować jako ważny składnik polityki rozwoju, podobnie jak prywatyzację, zwiększanie zasięgu działania konkurencyjnych rynków czy poprawę obsługi prawnej gospodarki. Przeciwstawianie obniżania inflacji wzrostowi gospodarki jest wyrazem krótkowzroczności bądź wiary w zwietrzałe doktryny.
Ale czy polityka antyinflacyjna nie powoduje przejściowych kosztów w postaci obniżenia wzrostu PKB w trakcie dochodzenia do niskiej inflacji? Na ten temat toczy się w światowej ekonomii ważna debata. Niektóre prace sugerują, że takie koszty nie są nieuchronne. Na przykład Atish Ghosh i Steven Phillips z MFW opublikowali w 1998 r. wyniki analizy obejmującej 145 krajów w latach 1960-1996. Dowodzą oni, że jeśli początkowa inflacja przekracza 10 proc. rocznie, to nawet jej radykalnemu obniżaniu nie musi towarzyszyć wolniejszy wzrost gospodarki. Jeśli zaś na początku inflacja jest niższa niż 10 proc., to jej redukcja może przejściowo obniżać wzrost PKB o 0,5-1 punktu procentowego.
Ważne jest, rzecz jasna, od czego zależy skala ewentualnych kosztów dochodzenia do niskiej inflacji. I ten temat jest przedmiotem wielkiej debaty. Bez ryzyka nadmiernych uproszczeń można powiedzieć, że kluczowe jest to, jaka część polityki makroekonomicznej odgrywa rolę głównego hamulca antyinflacyjnego (zagadnienie tzw. policy mix). Najlepiej, jeśli bierze to na siebie polityka fiskalna, ograniczając wydatki i deficyt budżetu. Dzięki temu polityka monetarna może być łagodniejsza, nie tłumiąc wydatków prywatnych, zwłaszcza inwestycyjnych. Dodatkową zaletą jest to, że jeśli uzdrowienie finansów publicznych jest trwałe, to stanowi samoistny czynnik długotrwałego rozwoju gospodarki. Dużo gorzej, gdy na przykład z powodu barier politycznych polityka fiskalna jest zbyt luźna. Wtedy z konieczności ciężar obniżania inflacji spada na politykę monetarną, która poprzez wysokie stopy procentowe ogranicza głównie popyt prywatny.
Skuteczna polityka antyinflacyjna wymaga, aby masa pieniądza rosła coraz wolniej. W tej sytuacji bardzo ważne jest, jak szybko dostosowują się do owego niezbędnego ograniczenia płace i ceny. Jeśli mogą być one dostatecznie giętkie (brak usztywnień rynku), a jednocześnie wiarygodność polityki antyinflacyjnej jest tak duża, że powstrzymuje wzrost płac i cen, to koszty obniżania inflacji są małe. Jeśli zaś forsuje się podwyżki płac i przynajmniej niektórych cen, to w zderzeniu z ograniczeniem monetarnym daje to wyższe koszty redukowania inflacji. Na przykład protekcjonizm w rolnictwie, wyłączając elastyczny import, sprawia, że spadek krajowej produkcji musi prowadzić do skoku cen żywności. Wydając więcej na żywność, ludzie mają mniej do wydania na odzież czy sprzęt konsumpcyjny, a to oznacza ograniczenie wzrostu ich produkcji. Antyrynkowy interwencjonizm jest więc kosztowny dla społeczeństwa.
Jak widać, skala przejściowych kosztów ograniczania inflacji zależy głównie od tych części polityki gospodarczej, które są kształtowane przez rząd i parlament. Generalnie badania wskazują, że doprowadzenie inflacji do trwale niskiego poziomu jest opłacalną długofalową inwestycją. Polska po niełatwych doświadczeniach jest na dobrej drodze do osiągnięcia tego celu. W tej sytuacji najwyższą lekkomyślnością byłoby przerwanie tego procesu. Korzyści z niskiej inflacji znów odsunęłyby się w czasie, a koszty dochodzenia do tego celu trzeba by ponosić dłużej.

Więcej możesz przeczytać w 33/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0