Cuda nad urną

Cuda nad urną

Wyniki wszystkich wyborów w PRL i większości w II RP zostały sfałszowane
W XX wieku Polacy dwadzieścia razy uczestniczyli w wyborach do Sejmu, ale do chwili powstania III Rzeczypospolitej tylko raz - w listopadzie 1922 r. - głosowanie odbyło się w normalnych, czyli zgodnych z demokratycznymi standardami, warunkach.

Pierwsze wybory do parlamentu w odrodzonej Polsce przeprowadzono wprawdzie jeszcze w styczniu 1919 r., ale ze względu na konflikty zbrojne głosowano tylko na niespełna połowie późniejszego obszaru państwa. W rezultacie w Sejmie Ustawodawczym zasiadło - w roli reprezentantów terenów objętych walkami - kilkudziesięciu Polaków wybranych do parlamentów państw zaborczych.
W 1922 r. Polska miała już konstytucję i w zasadzie ustabilizowane granice. Obywatele nie mieli natomiast wykrystalizowanych sympatii, czemu sprzyjało też rozbicie sceny politycznej. W 1922 r. o głosy elektoratu zabiegało 19 ogólnopolskich komitetów wyborczych, co dzisiaj wydaje się liczbą wygórowaną (w obecnych wyborach jest ich osiem), ale brak progu wyborczego spowodował, że w ławach poselskich zasiedli przedstawiciele większości z nich. W rezultacie u kresu istnienia Sejmu I kadencji było ponad dwadzieścia klubów.
Przypomina to sytuację sprzed dziesięciu lat, po pierwszych wolnych wyborach do parlamentu w III Rzeczypospolitej. Z jedną wszakże istotną różnicą: nasi dziadkowie mieli znacznie silniejsze poczucie obywatelskiego obowiązku. O ile w 1922 r. do urn poszło 68 proc. obywateli (i to przy bojkocie ze strony sporej części kilkumilionowej mniejszości ukraińskiej), o tyle 70 lat później głosowało jedynie 43 proc. uprawnionych.
Poczucie obywatelskiego obowiązku nie przekładało się jednak na przywiązanie do demokracji, a dwa główne obozy polityczne - piłsudczycy i narodowi demokraci - prowadziły w istocie wyścig o przejęcie władzy. Szybszy okazał się Józef Piłsudski, który w maju 1926 r. dokonał przewrotu wojskowego, kładąc kres nie tylko ustanowionej przez konstytucję marcową sejmokracji, ale także wolnym wyborom do parlamentu.

Głosowanie na rząd
W wyborach w 1928 r. "cudów nad urną", jak określano wypadki nadużyć przy liczeniu głosów, nie zdarzyło się jeszcze wiele. Wystarczyły jednak, by wspierany przez Piłsudskiego Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem wprowadził do Sejmu największą liczbę reprezentantów. Zadanie to ułatwiła też pokaźna suma na kampanię wyborczą wyasygnowana wprost z budżetu państwa przez dyspozycyjnego ministra skarbu Gabriela Czechowicza.
Kolejne wybory miały już coraz mniej wspólnego z przestrzeganiem demokratycznych procedur. W 1930 r., po przedterminowym rozwiązaniu zbuntowanego Sejmu, w którym piłsudczycy nie mieli większości, dopuszczono co prawda do głosowania listy głównych partii opozycyjnych, ale wcześniej liderzy większości z nich trafili do twierdzy brzeskiej. Związany z PPS historyk i publicysta Adam Próchnik pisał, że znaczenie wyborów z 1930 r. "nie polega bynajmniej na wyłonieniu parlamentarnej większości, jak mogło to na pozór wyglądać. Radykalna zmiana sytuacji polegała na zdobyciu parlamentu przez rząd". Mimo to w sens udziału w głosowaniu wciąż wierzyła większość obywateli: w 1928 r. frekwencja osiągnęła rekordowy poziom 78 proc., a dwa lata później była tylko o kilka procent niższa.
Gwałtowna zmiana nastąpiła dopiero w 1935 r., kiedy nowa ordynacja przyznała decydujący wpływ na kształt list wyborczych kontrolowanej przez piłsudczyków administracji państwowej. W przeprowadzonych wówczas wyborach, zbojkotowanych przez wszystkie liczące się ugrupowania opozycyjne, uczestniczyło zaledwie 46 proc. obywateli.

Lista UB
W oficjalnych ustaleniach konferencji jałtańskiej (1945 r.) na nowy polski rząd nałożono obowiązek "przeprowadzenia możliwie najprędzej wolnych i nie skrępowanych wyborów". Wybory te odbyły się dopiero półtora roku po zakończeniu działań wojennych, kiedy po sfałszowaniu tzw. referendum ludowego, będącego próbą generalną, komuniści zdecydowali się na ostateczną konfrontację z główną siłą legalnej opozycji, czyli PSL Stanisława Mikołajczyka.
"Trzeba wiedzieć, kogo stronnictwa wysuwają na posłów i zwerbować ich. Przed wstawieniem na listę kandydatów trzeba wziąć od zwerbowanego kandydata zrzeczenie się na piśmie stanowiska posła" - mówił w listopadzie 1946 r. na naradzie szefów wojewódzkich UB wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk Michał Drzewiecki. Nie wiadomo, ilu posłów na Sejm wybranych w styczniu 1947 r. zostało zwerbowanych i było szantażowanych przez UB, ale można przypuszczać, że tworzyli oni największą frakcję w parlamencie.
Zupełnie niepotrzebne okazało się natomiast podpisywanie oświadczeń o rezygnacji z mandatu, bowiem posłowie opozycji, którzy jak Mikołajczyk nie zdołali w porę uciec za granicę, byli zamykani w więzieniu bez specjalnych ceregieli związanych z przysługującym im formalnie immunitetem. Na przykład działacz ludowy Józef Putek został pozbawiony mandatu poselskiego dopiero rok po aresztowaniu. Notabene Putek siedział też przed wojną w twierdzy brzeskiej, ale w przeciwieństwie do komunistów piłsudczycy dbali o przestrzeganie procedur, gdyż wówczas zamknięto go dopiero po rozwiązaniu Sejmu.

Front Jedności Narodu
Wybory w 1947 r. były przez ponad czterdzieści lat jedynymi, w których istniała możliwość głosowania na więcej niż jedną listę. Począwszy od 1952 r. wybierano kandydatów na posłów wyłącznie z listy Frontu Narodowego, później Frontu Jedności Narodu, a wreszcie (już w latach 80.) Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Podczas rządów Bieruta nawet nie starano się ukrywać, że chodzi o jakikolwiek wybór, gdyż liczba kandydatów była - zgodnie z ordynacją - równa liczbie mandatów.
Później uznano jednak, że pozory mają pewne znaczenie, i kandydatów było o kilkadziesiąt procent więcej niż mandatów. W praktyce nie miało to znaczenia. Narzucony przez władze model głosowania powodował, że mandat zdobywały osoby umieszczane na pierwszych miejscach list. Było to sławetne "głosowanie bez skreśleń", o które po raz pierwszy zaapelował w styczniu 1957 r. Władysław Gomułka. Wtedy zresztą, jedyny raz w historii PRL, miejsce w Sejmie udało się zdobyć kandydatowi nie umieszczonemu na tzw. miejscu mandatowym. Był nim Zbigniew Gertych, późniejszy wicepremier w rządzie Messnera.
Wybory do Sejmu PRL były politycznym rytuałem, przy czym tajemnicą poliszynela było, że lista posłów jest ustalana przez kierownictwo PZPR. "Postanowiono przyjąć w zbliżających się wyborach do Sejmu w zasadzie podział mandatów z roku 1961, zwiększając jedynie liczbę mandatów Pax o dwa i zmniejszając o tę liczbę stan mandatów PZPR" - stwierdzał protokół biura politycznego z kwietnia 1965 r. Dlatego też głębsze zmiany w składzie personalnym Sejmu następowały po zmianie I sekretarza KC PZPR.

Pogłębianie poparcia
Sposób, w jaki fałszowano frekwencję oraz wyniki wyborów do Sejmu, stanowi jedną z najlepiej skrywanych tajemnic PRL. Tylko w wypadku referendum ludowego w 1946 r. historykom udało się odnaleźć prawdziwe rezultaty, które kierownictwo partii komunistycznej postanowiło poznać zapewne po to, by zorientować się, jakim poparciem naprawdę dysponuje. Kolejne wybory odbywały się już w atmosferze niedomówień i działań określanych jako pogłębianie poparcia oraz poprawianie frekwencji.
Bardzo oględnie i oczywiście bez ujawniania technicznych szczegółów pisał o tym w swoich wspomnieniach I sekretarz KW PZPR w Radomiu Janusz Prokopiak: "Liczyły się końcowe rezultaty i frekwencja, i ilość skreśleń, a więc czy 98,5 proc., czy 99,1. Na takim poziomie rozgrywała się swoista rywalizacja między województwami. Ważne były dziesiętne części procentu do osobliwej statystyki, która zawsze była podstawą politycznej oceny, a każdy chciał wypaść celująco. (...) Dyżurni z KC nie ujawniali frekwencji w innych województwach. Zawsze informowano nas: Ciągniecie się w ogonie. To była taka swoista mobilizacja". W ten sposób idea socjalistycznego współzawodnictwa znalazła zastosowanie w procesie oddolnego "poprawiania" rezultatów. Prawdziwych wyników prawdopodobnie nikt w Warszawie nie chciał już znać. Tajemnicą Edwarda Gierka pozostanie, czy wierzył w to, że w marcu 1980 r. poparło go 99,97 proc. rzekomo uczestniczących w głosowaniu obywateli Sosnowca.

Wyborca Wojtyła
Zachowanie niektórych grup obywateli w dniu wyborów budziło szczególne zainteresowanie władz. Należeli do nich na przykład duchowni, zwłaszcza wyżsi rangą. Dzięki skrupulatnym zapisom dokonywanym przez członków komisji wyborczych wiemy dziś, czy dany biskup głosował jawnie, wchodził za kotarę (odbierano to jako demonstrację nieufności), czy też w ogóle się nie pojawił, co oczywiście było przejawem negowania ustroju. W 1969 r. na przykład nie głosowało 14 spośród 63 biskupów; 31 weszło za kotarę. Te zestawienia pozwalają stwierdzić, że arcybiskup krakowski Karol Wojtyła w 1961 r. głosował za kotarą, w 1965 r. jawnie, a cztery lata później nie pojawił się już w punkcie wyborczym.
Dopiero rewolucja w świadomości społecznej, jaka dokonała się po powstaniu "Solidarności", i prowadzona przez opozycję akcja obserwacji punktów wyborczych skłoniły władze do większej powściągliwości w ogłaszaniu wyników mających dokumentować "jedność ideowo-moralną narodu". Dlatego oficjalna frekwencja w 1985 r. wyniosła już "tylko" 79 proc., co i tak w prasie podziemnej uznano za liczbę zawyżoną o kilkanaście procent. Dziś o tylu głosujących można już tylko pomarzyć.

Więcej możesz przeczytać w 35/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0