Złodzieje dobrych serc

Złodzieje dobrych serc

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Oszuści coraz częściej udają kwestujących na rzecz chorych
Nazajutrz po zalaniu pierwszych miejscowości w Małopolsce, na ulicach Łodzi pojawili się wolontariusze zbierający datki dla powodzian. Dzień wcześniej -jak zauważyli dziennikarze lokalnej prasy - ci sami ludzie kwestowali na rzecz dzieci cierpiących na raka, porażenie mózgowe bądź mieszkających w domach dziecka. Gdy powódź się skończyła, ponownie zaczęli zachęcać przechodniów do wsparcia chorych i ubogich.

Podobnie dzieje się w innych miastach, zwłaszcza tych większych. Na nasze ulice i dworce każdego dnia wychodzi coraz więcej osób wyłudzających pieniądze pod pozorem pomagania chorym. Nie sposób ich odróżnić od tych, którzy rzeczywiście zbierają na szczytny cel. Oszustom sprzyjają przestarzałe i niejasne przepisy.
Największe współczucie Polaków, według badań CBOS z 2000 r., budzą dzieci. Chęć ofiarowania nawet niewielkich datków na pomoc dla nich deklarowało 58 proc. respondentów. 47 proc. wsparłoby domy dziecka, 43 proc. - niepełnosprawnych, 35 proc. - ofiary klęsk żywiołowych, a 31 proc. szpitale, jeżeli pieniądze zostałyby przeznaczone na zakup aparatury medycznej lub kosztowne operacje. Te preferencje doskonale znają kwestujący na ulicach dużych miast, w centrach handlowych i pod kościołami. Dlatego najczęściej zbierają oni pieniądze na leczenie dzieci cierpiących na przykład na nowotwory. Mnożą się więc apele o pomoc w zebraniu 200-300 tys. zł na przeszczep szpiku kostnego, 20-60 tys. zł na transplantację wątroby, prośby o sfinansowanie drogiej rehabilitacji dzieci z porażeniem mózgowym, zakup respiratora, operację oczu czy leczenie stwardnienia rozsianego. Zwykle w zagranicznej klinice.
Z ponad pięciu tysięcy działających w Polsce fundacji około 1300 zbiera fundusze na wsparcie chorych albo zubożałej służby zdrowia. Nie wiadomo jednak, ile pieniędzy rocznie pozyskują i jaka ich część trafia do potrzebujących. W ubiegłym roku aż 900 fundacji nie złożyło w Ministerstwie Zdrowia obowiązkowego sprawozdania ze swojej działalności, mimo że w tym dokumencie nie trzeba podawać wysokości zgromadzonych sum, a jedynie cele, na które je przekazano.
W grudniu 2000 r. na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata została skazana Halina D., 56-letnia ekonomistka zatrudniona w jednym z państwowych przedsiębiorstw w Warszawie. Nie mogąc spłacić kredytu, rozesłała do kilkunastu osób apel o pomoc w zebraniu 80 tys. zł na przeszczep szpiku dla umierającego dziecka. Wpadła przez przypadek. List dotarł do Doroty Stalińskiej, którą zdziwiło, że na ulotce nie ma podpisu ani adresu, a tylko numer konta. Dyrektor oddziału banku, w którym zostało ono założone, łamiąc przepisy, podał aktorce nazwisko i numer telefonu właścicielki rachunku. Pecha miało też trzech młodzieńców, którzy na krakowskim rynku zbierali datki na rzecz katowickiej Kliniki Hematologii, w której przeszczepia się szpik. Trafili na hematologa. Zdziwiony akcją lekarz zadzwonił do szefa szpitala.

Na nie istniejące dzieci
W maju 2000 r. radomska policja zatrzymała 36-letniego Tomasza K., który wyłudzał pieniądze, prosząc o pieniądze dla niewidomych dzieci. Przez przypadek odwiedził mieszkanie pracownika ośrodka dla niewidomych. W Częstochowie i Rakowie naciągacz, chodząc od domu do domu, zachęcał do kupowania po 5 zł kartek imieninowych. Dochód z ich sprzedaży miał zasilić konto bydgoskiej Fundacji dla Zdrowia Dziecka, wspierającej tamtejszy szpital dziecięcy. Oszustwo wykryli zaalarmowani przez czytelniczkę dziennikarze lokalnego dodatku "Gazety Wyborczej". W Żorach z kolei osoba podająca się za pracownika telewizji zbierała pieniądze rzekomo na rzecz dzieci upośledzonych i z wadami serca.
Podobnych zdarzeń - zdaniem policjantów zajmujących się przestępczością gospodarczą - jest coraz więcej. Oszuści są też coraz bardziej pomysłowi. W warszawskich gazetach pojawiło się niedawno ogłoszenie, w którym młode małżeństwo prosiło o pieniądze na przeszczep szpiku. Podali numer audiotele, pod którym można było usłyszeć dramatyczną historię choroby. Opowieść trwała 10 minut, młodzi ludzie i firma telefoniczna na jednej rozmowie mogli więc zarobić około 50 zł. Para nie podawała ani swojego nazwiska, ani adresu, tylko numer konta.

Na własną fundację
Bardziej wyrafinowani oszuści coraz częściej sami zakładają fundacje lub stowarzyszenia. Jeśli nie są zbyt pazerni, mogą działać przez długie lata przez nikogo nie niepokojeni.
- Mechanizm jest banalnie prosty - wyjaśnia podkomisarz Jarosław Pięta, naczelnik sekcji ds. walki z przestępstwami gospodarczymi Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach. - Znajduje się chorą osobę i namawia ją do współpracy. Musi ona założyć konto i podpisać z fundacją umowę, w której zaznaczone będzie, że otrzyma część zysków ze sprzedaży cegiełek bądź gadżetów. Może to być złotówka od każdej cegiełki, ale może być tylko grosz. Chory najczęściej nie wie, jaką część zysków otrzyma. Firma zresztą skrzętnie ukrywa prawdziwe dochody. Zamawia na przykład tysiąc cegiełek na rachunek i 10 tys. bez rachunku. Nie sposób tego wykryć - twierdzi podkomisarz Jarosław Pięta.
Fundacja Twoje Serce a Nasza Nadzieja powstała w Bielsku Białej, by zebrać pieniądze na leczenie niewidomej dwuletniej dziewczynki, wychowanki tamtejszego domu dziecka. Jej założyciel i jednocześnie prezes zatrudnił kilkanaście osób, które w kilkudziesięciu okolicznych miejscowościach sprzedawały cegiełki. Po jakimś czasie okazało się, że z zebranych 50 tys. zł na konto domu dziecka nie wpłynęła ani złotówka. O zagarnięcie pieniędzy prokuratura oskarżyła prezesa.
Adaś urodził się z porażeniem mózgowym. Jego matki nie było stać na kosztowną rehabilitację, dlatego z radością przyjęła ofertę Wojciecha L., który zaproponował założenie fundacji zbierającej fundusze dla jej synka. Wojciech L. wspólnie z karanym już wcześniej Markiem K. zarejestrowali wkrótce fundację Serce. 80 proc. zysków ze sprzedaży cegiełek miało trafić do matki Adasia, reszta na pokrycie ko-sztów działalności fundacji. Pracownicy Serca kwestowali na ulicach i przed kościołami w Trójmieście oraz kilku większych miastach Pomorza Gdańskiego. Policja oszacowała, że ich jednodniowy dochód wyniósł 4 tys. zł. Tymczasem matka chłopca otrzymała dwa razy po 150 zł. Aresztowani przyznali, że pomysł założenia fundacji podsunęli im znajomi, którzy zarabiają tak od lat.

Krzyżówki zdrowia i ryczałt "od puszki"
Jeszcze sprawniejszą machinę wyłudzania pieniędzy ujawnili dziennikarze "Trybuny Śląskiej". Oszuści na Górnym Śląsku rejestrują fundacje, otrzymują zezwolenia na prowadzenie ulicznych zbiórek pieniędzy, po czym werbują kwestujących. Każdy z nich za puszkę i upoważnienie do zbierania musi co miesiąc zapłacić kilkaset złotych, a wszystko co zbierze, idzie do jego kieszeni. Obrotni szefowie fundacji potrafią w ten sposób zarobić 15-30 tys. zł miesięcznie.
Podobnie działają niektóre firmy oferujące na ulicach krzyżówki - dochód z ich sprzedaży ma wspierać szczytne przedsięwzięcia. Często ich sprzedawcy nie są wolontariuszami, lecz dostają określoną kwotę od każdego sprzedanego egzemplarza. Reszta wpływa na konto firmy dystrybutora. To jej szefowie decydują o tym, czy i ile uzbieranych pieniędzy trafi do potrzebujących.

Wirtualne rozliczenia
Fundację czy stowarzyszenie może w Polsce założyć każdy - osoba fizyczna lub instytucja. Polskie prawo jest w tej mierze niezwykle liberalne. - Ostatnio powstawanie fundacji próbuje ograniczyć sąd rejestrowy, odrzucając część wniosków. W wypadku stowarzyszeń nie ma jednak żadnych barier. Wystarczy podpis 15 członków założycieli - mówi prof. Hubert Izdebski, dyrektor Instytutu Nauk o Państwie i Prawie Uniwersytetu Warszawskiego.
Ustawa o zbiórkach publicznych z 1934 r. daje możliwość kontrolowania kwest władzom, które wydają zgodę na ich przeprowadzenie, ale rzadko się z tego uprawnienia korzysta. Za rzadko. Zgodę na organizowanie zbiórki pieniędzy na terenie gminy wydaje wójt lub burmistrz, a na terenie województwa - wojewoda. Dopiero zbieranie datków na obszarze przekraczającym granice jednego województwa lub na rzecz zagranicznej instytucji (na przykład na operację w zagranicznym szpitalu) wymaga pozwolenia MSWiA. Trzeba określić, ile pieniędzy przeznacza się na pokrycie kosztów organizacji, a ile na właściwy cel. Trzeba też złożyć sprawozdanie finansowe ze zbiórki, podając dokładne kwoty. - Tego wymogu przeważnie się jednak nie egzekwuje. Ministerstwa i wojewodowie nie mają do tego dostatecznie wielu urzędników, a w gminach często nie wiedzą o takim obowiązku - komentuje prof. Izdebski.
Fundacje wybiórczo kontroluje MSWiA, sprawdzając, czy pozyskane pieniądze zostały wydane zgodnie z de-klarowanym celem zbiórki.
- Część zebranych pieniędzy fundacje przeznaczają na pokrycie kosztów swojej działalności. Tutaj nie ma cenników, więc trudno nam kwestionować, czy suma wykazana w sprawozdaniu jest prawdziwa, czy nie. Tylko gdy mamy uzasadnione podejrzenia, że dokonano nadużycia, kierujemy doniesienie do prokuratury – wyjaśnia Sławomir Gola z MSWiA. Prawo do kontroli fundacji ma także Najwyższa Izba Kontroli, ale oczywiście tylko wtedy, gdy fundacja obraca pieniędzmi z dotacji państwowych.
Kontrolerzy z urzędów skarbowych zwracają uwagę, jak łatwo jest zaniżyć wysokość zebranych kwot. Puszki, do których wrzucane są datki, powinny być zaplombowane. Powinno się je otwierać tylko w obecności komisji, która sporządza protokół. Na puszkach wspomnianych na wstępie łódzkich kwestorów funkcję plomby pełniła przyklejona taśmą kartka papieru z pieczątką fundacji. Zebranie "odpowiedniej" komisji też nie nastręcza problemów - najczęściej tworzą ją członkowie zarządu fundacji.

Pod kontrolą
- Zbiórki publiczne powinny być przeprowadzanie jedynie w nadzwyczajnych wypadkach, na przykład na pomoc powodzianom czy też w czasie akcji Jerzego Owsiaka. Nie może być tak, że każdy, kto żąda, może uzyskać pozwolenie - mówi Tadeusz Zieliński, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia.
W Wielkiej Brytanii do kontrolowania fundacji powołano Charity Commission. Zbiera ona raporty o działalności fundacji, sprawdza wyliczenia księgowych. Nie stosuje sankcji, ale może mieć decydujące zdanie w odwołaniu członków rady fundacji lub nawet całego zarządu. Jeśli organizacja nie zgadza się z opinią komisji, może swoich racji dochodzić przed sadem.
W wielu innych krajach nadzór nad fundacjami sprawują po prostu instytucje kontroli skarbowej. We Francji zajmuje się tym Generalna Inspekcja Spraw Społecznych. Jeżeli stwierdzi nieprawidłowości w księgowości, przekazuje sprawę do Cour du Compte (odpowiednik NIK). W USA, gdzie na rzecz służby zdrowia działa aż 17 proc. wszystkich fundacji, a ponad 40 tys. organizacji non profit obraca rocznie sumą około 12 mld dolarów, trudno ukryć niegospodarność. Każdy obywatel może bowiem sprawdzić, na przykład na internetowych stronach organizacji, na jaki cel przekazano jego datek.
Więcej możesz przeczytać w 36/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 2