Metoda w szaleństwie

Metoda w szaleństwie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Edward Dwurnik w Zachęcie
Ponad trzy tysiące obrazów przez trzydzieści pięć lat. Co trzy dni nowy. Małe, średnie, duże i ogromne. Tysiące rysunków i grafik - to produkcja uboczna. Trochę rzeźb, formowanych topornie, wzorem Baselitza, by zamysł malarski rozwinąć w trzecim wymiarze. Płodność godna Kraszewskiego albo Rubensa, na granicy grafomanii. Nie może przestać, nie potrafi odpocząć.
Natręctwo i nerwica - główne czynniki składające się na imperatyw kategoryczny tej twórczości - nie pozwalają zatrzymać mechanizmu nadprodukcji napędzającego inflację, która coraz bardziej dotyka oeuvre artysty. Na każdym płótnie odciska się pośpiech, gonitwa ręki za tym, "co pomyśli głowa". Kombinatoryka zamierzonego niechlujstwa i karykaturalnej dosadności. Dowodzenie umiejętności warsztatowych przez żonglerkę stylów - od niemal graficznych, pozornie jednobarwnych, malowanych "rysunków", przez budowane kreską epopeje barw, po zagęszczone, tłuste impasty. - Proszę bardzo - zdaje się mówić - mogę malować w każdym stylu. Ale jeden obraz nie wyczerpuje tematu. Potrzebne są całe cykle, dziesiątki i setki odsłon, na podobieństwo filmowych stop-klatek rejestrujących rzeczywistość. Polskę.
Od początku, od pierwszego obrazu, Edward Dwurnik portretuje Polskę, jaka jest, a raczej, jak ją widać w krzywym zwierciadle. Gminną, powiatową, wojewódzką i stołeczną, robotniczą i chłopską, wzniosłą i upadłą, skłóconą i pogodzoną. Piękną w swej brzydocie i paskudną w urodzie. Podzieloną na grupy zawodowe, miejsca, wydarzenia i wyobrażenia - swoje i cudze. Wizerunki te mają charakter pokrętny - jak sam autor; pokazują prawdę odartą z patosu, balansując na skraju karykatury, są bezwzględne w dosadnym i złośliwym nazywaniu rzeczy po imieniu, ale wdzięczą się do adresata przez sam fakt dostrzeżenia go i wyniesienia.
Polska rozpisana na tysiące obrazów ma charakter egalitarny. Składa się z ogólnych i "przybliżonych" widoków miast i miasteczek - widoków, które nie chcą być pejzażami, oraz z pojedynczych i zbiorowych wizerunków osób: anonimowych, znanych artyście z widzenia bądź z imienia, a także osób publicznych, znanych nam wszystkim, lub części wybranych środowisk. Namalowany na wystawę "Polonia - Polonia" w Zachęcie zbiorowy portret polskiego parlamentu AD 2000 nosi tytuł "III Rzeczpospolita to my!" i składa się z maleńkich główek opisanych nazwiskami. Jest w tym podobny do galerii znajomych kotów, znajomych artystów, znajomych krytyków. Zbita, słabo zróżnicowana masa. Koty odróżniają imiona: Kulawka, Piedziuszka, Łaciatka... Ludzi - nazwiska. Ale dla samego malarstwa jest to bez znaczenia. Powstaje obraz ojczyzny niemożliwy do ogarnięcia wzrokiem - jak olbrzymie puzzle o nieznanej liczbie elementów. Obraz migotliwy, barwny, pociągający i przerażający.
Przewrotność towarzyszy artyście we wszystkim, co robi. Przyjmie każdą propozycję, pójdzie na każdy układ polityczny, jeśli ma na tym skorzystać. Cynicznie i bez wahania wda się w okazjonalne związki o charakterze merkantylnym. Ale w malarstwie nie zboczy z drogi ani na jotę. To teren bezwzględnej uczciwości artysty wobec samego siebie i swych twórczych powinności. Reszta - to instrumenty pozwalające na realizację zamierzeń. Ars longa, vita brevis. Sztuka trwa dłużej niż życie. Etyka skuteczności i nadrzędności celów nieraz skazywała go na bolesne osamotnienie, a nawet na środowiskowy ostracyzm. Kupował wówczas drogi samochód - jawny dowód wymiernej wartości jego płócien. Ale długie i cierpliwe oczekiwanie na nobilitację w Zachęcie przeczy temu cynicznemu wizerunkowi. Cóż! To ludzkie. Umiemy liczyć, lecz pragniemy także, by nas kochano. W końcu nawet Kawalerowicz był kiedyś członkiem PRON, ale akurat to nie obniża wartości "Quo vadis".

Więcej możesz przeczytać w 37/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0