Bomba wyborcza

Bomba wyborcza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Został nam rok do katastrofy finansowej

W demokracji jak w supermarkecie, każdy wybór kosztuje. Najwięcej kosztuje tych, którzy w nowej ekipie pokładają największe nadzieje. Niestety, reklamację można złożyć w czasie następnych wyborów, czyli zwykle dopiero po czterech latach" - napisał Milton Friedman, amerykański noblista z ekonomii, we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" po ostatnich wyborach w Niemczech. Wybory Polaków także będą kosztować. Tym więcej, że wybraliśmy rząd mniejszościowy albo rząd koalicyjny, skazany na trudne do oszacowania w złotówkach kompromisy. Ile ostatecznie zapłacimy za wybory 23 września? Kto zapłaci najwięcej?
Kryzys finansów publicznych już mamy, teraz chodzi tylko o to, by nie przeniósł się on na gospodarkę. Bomba katastrofy ekonomicznej tyka, dlatego trzeba jak najszybciej wyłączyć jej mechanizm. Wszystkim powinno zależeć na tym, by rząd Leszka Millera wsparła ponadpartyjna koalicja zdrowego rozsądku, swego rodzaju Ruch Obrony Finansów.

Czarny scenariusz
Tuż po nowym roku rządowi może zabraknąć kilkudziesięciu miliardów złotych na sfinansowanie deficytu budżetowego. Zacznie więc sprzedawać papiery wartościowe. - Natychmiast wzrośnie ryzyko kursowe i złoty szybko straci na wartości. Zbierze się Rada Polityki Pieniężnej i podniesie stopy procentowe. Obligacje skarbu państwa i inne papiery wartościowe będą coraz droższe - prognozuje Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku. Ale rząd je sprzeda - bo musi. Znów spadnie wartość złotego, po tym znów zbierze się rada i znowu podwyższy stopy.
- Dolar będzie kosztował pięć złotych, potem sześć i tak dalej - dodaje prof. Wacław Wilczyński, ekonomista.
To czarny scenariusz klasycznego kryzysu finansowego. Na razie bardziej prawdopodobny jest łagodniejszy przebieg choroby, tyle że jej skutki będą podobne, a jedynie odwleczone w czasie. Czyli do końca grudnia 2001 r. rząd będzie wykonywał wręcz cyrkowe sztuczki, by uciąć z wydatków państwa kilkanaście miliardów złotych. Jedenastoprocentowy deficyt pewnie uda się obniżyć do 6 proc. Jednak deficyt w wysokości 50 mld zł to i tak będzie katastrofa.
Niezależnie od tego, kto przejmie tekę ministra finansów, jakich sojuszników pozyska SLD i jak rząd będzie próbował "posprzątać" po poprzednikach, przez kilkadziesiąt dni, a może przez kilka miesięcy, państwo będzie funkcjonować z pozoru normalnie. A potem? - Załamanie finansów publicznych, spadek wartości złotego, a w ślad za tym inflacja, eksplozja bezrobocia: w skrócie - kryzys gospodarczy. Może już w przyszłym roku - ostrzega prof. Witold Orłowski, ekonomista z NOBE.

Puzzle Millera
Jakie mogą być konsekwencje powyborczego pata? Najmniej prawdopodobne jest rozpisanie nowych wyborów. Po tym, jak społeczeństwo wyraziło swą wolę 23 września, żadna z sił, które znalazły się w parlamencie, nie mogłaby być pewna wyniku następnych zmagań.
Jaki rząd może zatem powstać? Zawarcie porozumienia z Platformą Obywatelską pozwoliłoby stworzyć gabinet szybko podejmujący decyzje oczyszczające gospodarkę z etatyzmu, nadmiernego fiskalizmu i fałszywie pojętej opiekuńczości. Liderzy platformy obawiają się jednak takiego sojuszu, pamiętając o losie Unii Wolności, która źle wyszła na współpracy z ugrupowaniem, w którym zbyt wiele mieli do powiedzenia ekszwiązkowcy. Nie bez znaczenia są też polityczne plany Andrzeja Olechowskiego, który nie traci nadziei na wywalczenie prezydentury i nie chce obciążać swego konta trudną koalicją SLD-UP-PO. - Większość liderów SLD nie ma wątpliwości, że partia prędzej czy później musi odstąpić od koncepcji państwa nadmiernie socjalnego. Dobrym punktem wyjścia do współpracy SLD z PO jest to, że mamy np. podobne poglądy na sprawy restrukturyzacji rolnictwa - mówi Józef Oleksy, były premier, poseł SLD. - Zawiązanie koalicji zdrowego rozsądku czy powołanie Ruchu Obrony Finansów jest możliwe bez koalicji z SLD-UP - ocenia Donald Tusk, były wicemarszałek Senatu, poseł PO. - Nasi wyborcy to rozumieją, choć są rozdarci: z jednej strony, mówią "nie dajcie się uwieść Millerowi", z drugiej zaś, "nie pozwólcie, żeby rządziła Samoobrona czy PSL". Prywatnie mam podobne uczucia. Być może w tej trudnej sytuacji powinniśmy wybrać wariant Hipokratesa - nie szkodzić: polskiej gospodarce, finansom, państwu.
Niezmiernie trudna byłaby koalicja zwycięskiego ugrupowania z PSL, gdyż po wyborczej porażce przywódcy tej partii będą musieli się zradykalizować, by nie uszczup-lić swego elektoratu na rzecz drużyny Leppera. A co i jak można zreformować w spółce z socjalnymi radykałami? Łatwiejszy do zawarcia mógłby być sojusz SLD z Samoobroną - partią spragnioną skosztowania owoców sprawowania władzy, której przywódca, mimo barwnej retoryki, wydaje się wykazywać sporą elastyczność. Lecz też nie na tyle, by móc myśleć o realizacji założeń planu Belki - skądinąd wciąż jeszcze bardzo enigmatycznego. A bez Marka Belki i jego dobrych notowań w kołach międzynarodowej finansjery ratowanie finansów państwa może być tylko trudniejsze.
Pozostaje więc utworzenie gabinetu mniejszościowego, zabiegającego o poparcie opozycji (zwłaszcza PO) w konkretnych sprawach gos-podarczych. Uczynienie rządu takim zakładnikiem opozycji musi oznaczać wydłużenie czasu podejmowania i wdrażania w życie decyzji, konieczność pertraktowania i targowania się. W przeciwieństwie do odchodzącej ekipy Jerzego Buzka rząd mniejszościowy Leszka Millera dysponowałby jednak trzema atutami. Po pierwsze, wyjątkowo dużą dyscypliną w klubie parlamentarnym. Po drugie, mnogością "szabel" w Senacie i nie skrywanym poparciem prezydenta. Po trzecie, możliwością przekształcenia rządu w większościowy poprzez pozyskanie posłów z innych klubów. Tyle że będzie to wymagać czasu, którego - patrząc na gospodarcze realia - już nie ma.

Pęknięte koło ratunkowe rządu Jerzego Buzka
Przed zmianą rządu w Ministerstwie Finansów powstał plan ratowania finansów państwa. Zakładał on m.in. obcięcie wydatków o 33 mld zł i zwiększenie dochodów (poprzez podniesienie podatków) o 15,5 mld zł. Plan zawierał także propozycje odejścia od indeksacji płac w sferze budżetowej, niższe podwyżki płac dla nauczycieli, wycofanie się z podwyżki składki na kasy chorych, zmniejszenie do 70 proc. płacy zasiłków chorobowych w trakcie pobytu w szpitalu, uzależnienie wysokości zasiłków porodowych od wysokości dochodu rodziny, zaostrzenie zasad przyznawania zasiłków rodzinnych, ograniczenie wysokości zasiłków opiekuńczych i zaostrzenie zasad przyznawania zasiłków pielęgnacyjnych. Rząd zaplanował również m.in. podwyższenie podstawowej stawki VAT do 24 proc. oraz podwyższenie innych stawek tego podatku. W ostatniej chwili zaproponowano wprowadzenie opłaty wyjazdowej (20 zł) dla wszystkich opuszczających Polskę, a więc także dla obcokrajowców. Ponadto zaplanowano cięcia w budżetach poszczególnych resortów.
Gdyby zdecydowano się na takie cięcia, jakie proponowała minister finansów jeszcze dzień przed przyjęciem budżetu przez rząd, mogłoby to być koło ratunkowe rzucone Markowi Belce. Nieprzypadkowo Halina Wasilewska-Trenkner konsultowała swoje propozycje z następcą. Plan jej autorstwa zawierał nawet cięcia na wyrost, co pozwoliłoby Markowi Belce na jego poluzowanie, a tym samym ułatwiłoby zdobycie przychylności parlamentarzystów i społeczeństwa dla przedsięwzięć ratunkowych. Niestety, rząd znacznie złagodził projekt minister finansów. Zaproponowana wersja budżetu tylko na papierze redukuje deficyt do 40 mld zł. Podsumowaliśmy przyjęte oszczędności i cięcia: deficyt sięgnie nie 40 mld zł, lecz co najmniej 60 mld zł. Rząd Leszka Millera będzie więc musiał natychmiast wprowadzić autopoprawki do projektu, nie mówiąc o tym, że konieczna będzie nowelizacja tegorocznego budżetu.
W złagodzonej wersji budżetu większość dodatkowych wpływów ma pochodzić z podatku importowego w wysokości 5 proc. wartości sprowadzanych towarów (co ma zwiększyć dochody o 10 mld zł), wprowadzonego na rok. - Podatek importowy przyczyni się do wzrostu kosztów produkcji, zniechęci inwestorów, a także zmniejszy opłacalność eksportu (bo wzrosną ceny importowanych komponentów). Nawet jeśli budżet zyska na tym podatku, to gospodarka poniesie straty w postaci mniejszej produkcji i niższego zatrudnienia - uważa prof. Cezary Józefiak, członek RPP. - Przyjęty przez rząd budżet jest unikiem, bo niczego nie rozwiązuje, a wręcz komplikuje finanse państwa - ocenia Jarosław Bauc, były minister finansów. Bauc uważa, iż realizacja tego planu sprawi, że niedobór finansowy w 2003 r. będzie znacznie wyższy niż najczarniejszy scenariusz na rok 2002. Propozycje rządu Buzka podnoszą bowiem deficyt ekonomiczny do 4,5 proc. PKB (o 5,9 mld zł). - W 2002 r. dziura budżetowa może sięgnąć 100 mld zł - ostrzega Jarosław Bauc.
Gdy zacznie się realizować czarny scenariusz, zagraniczny kapitał zacznie odpływać z naszego rynku. Pierwsi uciekną inwestorzy finansowi, których nie zatrzyma oferta wysokiego oprocentowania bonów skarbowych, gdyż nie zrekompensuje ona zwiększonego ryzyka. W ślad za nimi pójdą tzw. inwestorzy strategiczni, czyli ci, którzy inwestowali w kapitał rzeczowy. Jeśli będzie to możliwe, zaczną się wyzbywać swoich udziałów, a jeżeli będzie to trudne, po prostu poprzez transfer zysków ograniczą swoje zaangażowanie w polską gospodarkę.
W skrajnych sytuacjach - zbankrutują.
A wtedy - jak w wypadku Daewoo Motor Lublin - okaże się, że zobowiązania firm idą w miliony złotych, a w kasach są tysiące złotych.

Osłona najuboższych, czyli biedni płacą zawsze najwięcej
Ofiarami narastającego kryzysu będą głównie ci, których przed wyrzeczeniami chciano bronić. Przede wszystkim młodzież, która wchodząc na rynek pracy, nie znajdzie zatrudnienia (przez najbliższe cztery, pięć lat na rynek trafią roczniki wyżu demograficznego). Liczbę bezrobotnych powiększą zwalniani z bankrutujących zakładów. W efekcie już w 2002 r. bezrobocie może wzrosnąć do 20-22 proc. Rosnąca inflacja, która zredukuje niewysokie dochody i drobne oszczędności, dopadnie również pracowników sfery budżetowej i emerytów. Także rolnicy, którzy w pierwszej fazie kryzysu, gdy podrożeje żywność, będą się uważać za zwycięzców, stwierdzą nag-le, że za 30 ton zboża, które w chwili dostawy były równowartością przeciętnego samochodu, w momencie otrzymania zapłaty mogą kupić używany rower. A wiosną ich zarobek z zeszłorocznych plonów nie wystarczy na zakup ziarna na siew. Generalnie - ten, kto będzie miał większe zasoby, będzie mieć szansę zachowania stanu posiadania. Ten, kogo kryzys zastanie ze stu złotymi, nie będzie miał na chleb.

Bal na Titanicu, czyli nieświadomość zagrożenia
- Najpierw musimy się rozejrzeć, sprawdzić tę dziurę budżetową. Bo nasi ekonomiści mówią, że to 100 mld zł, natomiast pan Buzek twierdził, że tylko 40 mld zł - mówi Grzegorz Lato, nowy senator ziemi rzeszowskiej (SLD-UP), świetny przed laty piłkarz. Posłanka Bogumiła Boba (LPR), podobnie jak wielu jej klubowych kolegów, uważa, że w państwowej kasie jest pełno pieniędzy, które ukrywają "antynarodowi urzędnicy". Podobnie myślą eksperci ekonomiczni Samoobrony, przekonani, że gospodarka ruszy, gdy na rynek runie lawina pieniędzy. Pod koniec swego życia przestał w to wierzyć nawet John M. Keynes, twórca tzw. teorii popytowej.
Być może w nowym parlamencie uda się sklecić koalicję, która dokona skoku na Radę Polityki Pieniężnej, w obecnej sytuacji jedyną - wraz z Narodowym Bankiem Polskim - ostoję finansów państwa. Gdyby udało się ubezwłasnowolnić radę, autorzy skoku przekonaliby się, że niskie stopy procentowe nie przyciągają, lecz odstraszają inwestorów finansowych, którzy dotychczas kupowali polskie papiery wartościowe. A wtedy już naprawdę nie będzie skąd brać pieniędzy na finansowanie coraz większej dziury budżetowej. Dlatego trzeba zrobić wszystko, by obronić suwerenność Rady Polityki Pieniężnej i Narodowego Banku Polskiego.

Ruch Obrony Finansów
Wokół RPP i banku centralnego można zbudować Ruch Obrony Finansów. Ruch taki mogłyby tworzyć zarówno ugrupowania obecne w parlamencie, jak i przegrani w niedawnych wyborach (AWS,UW), a także środowiska ekonomistów i ludzi biznesu. - Gdyby miał powstać Blok Zgodności Działań na rzecz uchronienia kraju przed kryzysem finansowym lub - jak proponuje "Wprost" - Ruch Obrony Finansów, to oprócz mojej partii mogłaby do niego przystąpić przede wszystkim Platforma Obywatelska - uważa Józef Oleksy. - Prof. Marek Belka ma rację, kiedy mówi, że oszczędności budżetowe muszą dotknąć wszystkich. Muszą też dotknąć samej władzy, biurokracji. Ludzie w Polsce nie wybaczą żadnej władzy, jeśli nie zacznie do bólu oszczędzać na sobie, lecz najpierw sięgnie do kieszeni podatnika. Wolę, kiedy tnie się wydatki, a nie podwyższa obciążenia podatkowe, bo to gwarantuje rozwój - podkreśla Donald Tusk.
- Musi zwyciężyć zdrowy rozsądek. Tylko wtedy rządowi SLD uda się powstrzymać, a przynajmniej oddalić kryzys finansowy - uważa ekonomista Andrzej S. Bratkowski.
Aby uchronić się przed kryzysem, potrzebna jest koalicja sił kierujących się kategoriami dobra państwa. Koalicja ludzi, którzy rozumieją, że bez gruntownej rewizji wydatków, a zwłaszcza bez redukcji wydatków socjalnych i likwidacji wszelkich zasiłków, w tym rodzinnych, nie ma mowy o zdrowych finansach; że wszelkie zasiłki, refundacje, fundusze pracy itp. nikomu nie pomagają, a jedynie psują rynek pracy; że scentralizowana pomoc społeczna to marnotrawienie ponad 9 mld zł rocznie; że wszelkie cięcia, ograniczenia, przesunięcia będą tylko retuszem, co sprawi, że kryzys nadejdzie nie w 2002 r., lecz w 2003 r.
Jedno jest pewne: kryzys gospodarczy łatwo może się przekształcić w kryzys państwa, a wtedy nie będzie ono w stanie wypełniać swych elementarnych obowiązków. Ruch Obrony Finansów, czyli koalicja rozsądku, potrzebny jest już teraz, nawet jeszcze przed sformowaniem nowego rządu.

Więcej możesz przeczytać w 40/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0