Liberałokracja

Liberałokracja

Gminy rządzone przez centroprawicę są bogatsze od tych, którymi rządzi lewica
Gdy Emilian Stańczyszyn miał 27 lat, został dyrektorem przedsiębiorstwa komunalnego i przewodniczącym rady miejskiej w Polkowicach. Ukończył dwa fakultety na Politechnice Wrocławskiej i chciał zrobić z przedsiębiorstwa komunalnego normalną firmę. Udało się to już w pierwszym roku pracy. Później to samo postanowił zrobić z gminą. Pragnął, by jego dziecko, gdy dorośnie, nie musiało uciekać z Polkowic. I chyba nie musi. Za rządów Stańczyszyna w Polkowicach zainwestował Volkswagen oraz kanadyjsko-amerykański koncern Royal Europa. Mieszkańcy mają do dyspozycji ogromny aquapark, pierwszy tego typu obiekt w województwie dolnośląskim.
Stańczyszyn zrobił polityczną karierę w zachodnim stylu. Najpierw osiągnął sukces na szczeblu lokalnym, potem zaczął awansować w strukturach Unii Wolności: w latach 1998-2000 był zastępcą sekretarza generalnego tej partii, teraz jest przewodniczącym Sejmiku Dolnośląskiego. Samorządowa działalność Stańczyszyna dowodzi, że polityczne poglądy władz lokalnych mają wpływ na bogactwo gmin i miast oraz dochody mieszkających tam obywateli.
Tarnowo Podgórne, Polkowice, Żarów, Ostrów Wielkopolski, Mieroszów, Kamień Pomorski, Wrocław, Łagiewniki to gminy i miasta mogące się pochwalić wysokim poziomem inwestycji (ponad 4 tys. zł na mieszkańca), w tym najwyższym wskaźnikiem inwestycji zagranicznych. To tam przybywa najwięcej miejsc pracy (10-15 proc. rocznie). Ponadto udało się radykalnie ograniczyć biurokrację (o 30-40 proc.), obniżyć koszty utrzymania administracji (o 40-50 proc.); potaniały usługi komunalne (o 30-50 proc.) i poprawiła się ich jakość. Przez całe lata 90. te miejscowości znajdowały się w czołówkach rankingów miast i gmin. Wszystkimi rządzą burmistrzowie i prezydenci wywodzący się z ugrupowań centrowych i prawicowych.

Gmina jak firma
- Zarządzanie gminą jest jak prowadzenie firmy: trzeba być bardziej menedżerem niż politykiem, trzeba mieć pomysły i nie bać się ryzyka - ujawnia receptę na sukces Waldy Dzikowski (PO), wójt Tarnowa Podgórnego. Inwestor nie może się czuć jak petent przeganiany od urzędnika do urzędnika. Jeśli każe mu się czekać, pójdzie gdzie indziej. Najlepszym sposobem na odstraszenie inwestora jest rozpoczynanie rozmów od pakietów socjalnych i dopytywania się o korzyści, jakie odniesie gmina. Przychylność zdobywa się przedstawieniem przedsięwzięcia jako dobrego interesu dla inwestora. Jeśli on zarobi, zarobi też gmina. - W biznesie kapitałem założycielskim jest zaufanie: ci, którzy się na nas nie zawiedli i u nas zarobili, przekazali informacje następnym. W ten sposób łańcuch zaufania zamienia się w kapitał - tłumaczy Dzikowski. W ostatnim rankingu "Złota setka samorządów", przygotowanym przez Centrum Badań Regionalnych, Tarnowo Podgórne zajęło pierwsze miejsce, a w tym roku uzyskało tytuł najlepszej gminy metropolitalnej oraz najlepszej gminy województwa wielkopolskiego.
- Wprowadzenie zasad wolnego rynku na szczeblu gminnym nie jest aktem odwagi, odwagą jest ich niewprowadzanie, czyli skazywanie gminy na biedę i zastój - mówi Bogdan Zdrojewski (PO), były prezydent Wrocławia, najdłużej rządzący (11 lat) szef władz samorządowych w Polsce. On i inni liberalnie nastawieni samorządowcy nie widzą powodu, by nie oddawać w prywatne ręce przedszkoli, żłobków, stołówek, wodociągów, zakładów oczyszczania miasta czy miejskiej komunikacji. Robią to mimo oskarżeń o rozdawnictwo społecznego majątku albo wręcz jego kradzież. - W gminach, w których rządzą samorządowcy o orientacji rynkowej, nie ma obaw przed prywatyzacją usług komunalnych. Samorządowcy nastawieni socjalistycznie mają natomiast rozmaite antyprywatyzacyjne uprzedzenia, ponieważ nie chcą utracić kontroli nad gospodarką komunalną - tłumaczy prof. Zyta Gilowska, specjalistka od finansów publicznych z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
- Menedżerowie pochodzący z zagranicy i pracujący w Polkowicach przyznają, że nie widzą większych różnic między gminami holenderskimi czy niemieckimi a naszą - chwali się Emilian Stańczyszyn. Gdyby było inaczej, nie zainwestowaliby w Polsce. Polkowice zajęły piąte miejsce w rankingu samorządów. - Miasto czy gmina powinny funkcjonować jak spółka publiczna. Tak się dzieje w Ostrowie Wielkopolskim, którego obligacje notowane są na rynku kapitałowym i można je kupić w każdym biurze maklerskim. Nie możemy ukryć żadnej informacji przed właścicielami obligacji czy Komisją Papierów Wartościowych - opowiada Mirosław Kruszyński (RS AWS), prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. Efektem takiej polityki jest to, że do Ostrowa po naukę przyjeżdżają samorządowcy z Francji, Holandii, Niemiec czy Hiszpanii. - "Gmina jest bogata bogactwem obywateli, a nie budżetu". Taką zasadę wprowadziłem, rozpoczynając rządy w Kamieniu Pomorskim - mówi Stefan Oleszczuk (UPR), bodaj pierwszy burmistrz w Polsce realizujący liberalny program, obecnie starosta powiatu w Kamieniu Pomorskim. - Lokalni socjaliści nie mogli wtedy zrozumieć, jak mogłem na przykład obniżyć podatki i opłaty lokalne - wspomina Oleszczuk.

Gmina jak jednostka budżetowa
Podczas gdy większość centroprawicowych samorządowców zarządza gminą jak firmą, wielu ich lewicowych odpowiedników traktuje gminę jak jednostkę budżetową. Głównie dlatego, że - w przeciwieństwie do prawie 70 proc. centroprawicowych szefów władz samorządowych - większość prezydentów, burmistrzów i wójtów nie ma doświadczenia w zarządzaniu podmiotami rynkowymi, a ponad 80 proc. z nich pracowało w administracji w czasach socjalistycznej gospodarki. - To wyglądało, jakby zostali obudzeni z jakiejś wieloletniej hibernacji. To między innymi dlatego ci ludzie bali się rozwiązań rynkowych i nadal trzymają się kurczowo zasad gospodarki planowej - mówi prof. Michał Kulesza, współtwórca reformy samorządowej, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego. - Zostanie kierownikiem zakładu budżetowego jest szczytem marzeń marnego menedżera. Gdy brakuje pieniędzy, gmina poratuje, udzielając dotacji budżetowej, a do tego zakład budżetowy jest często lokalnym monopolistą - wskazuje prof. Zyta Gilowska. To przekłada się na dochody gmin i obywateli. Najlepsze gminy rządzone przez lewicę znalazły się na szóstym (Bogatynia) i osiemnastym (Lubin) miejscu rankingu "Złota setka samorządów". Tyle że praktycznie jedynym źródłem ich bogactwa są podatki płacone przez KGHM Polska Miedź i Elektrownię Turów.
Niezadowoleni mieszkańcy coraz częściej buntują się przeciwko socjalistycznym zarządom gmin. W takich miejscowościach czterokrotnie częściej są ogłaszane referenda będące swoistym wotum nieufności dla władz. W Grudziądzu oprócz referendum organizowano uliczne pikiety, manifestacje i happeningi (mieszkańcy utopili w Wiśle kukłę wiceprezydent miasta Małgorzaty Kufel). W końcu interweniowały władze krajowe SLD i partyjna komisja etyki. Krajowe władze sojuszu musiały też dyscyplinować rządzących Lesznem. W Jedlinie Zdroju wojewoda dolnośląski musiał rozwiązać radę miejską i wprowadzić zarząd komisaryczny.

Czas amatorów się skończył
Oczywiście są też gminy nieudolnie rządzone przez centroprawicę, podobnie jak gminy dobrze sobie radzące pod rządami lewicy. - Receptą na sukces nie jest przynależność partyjna, lecz prowadzenie liberalnej, rynkowej polityki. Tak się jednak składa, że w rzeczywistości istnieje ścisła korelacja między partyjną przynależnością a realizowaniem liberalnej polityki - mówi Paweł Piskorski, prezydent Warszawy, polityk Platformy Obywatelskiej. - Centroprawicowi samorządowcy mają pomysły, jak zarabiać pieniądze, lewicowi koncentrują się na ich wydawaniu - dodaje prof. Jerzy Regulski, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej.
Jest symptomatyczne, że większość zwolenników rozwiązań prorynkowych w samorządzie wykonuje swoje obowiązki już drugą, a nawet trzecią kadencję - jak Stańczyszyn, Piskorski, Dzikowski czy Kruszyński. Oznacza to, że wyborcy doceniają ich metody zarządzania. - To pokolenie doskonale rozumie, w jaki sposób funkcjonuje gospodarka wolnorynkowa, społeczeństwo obywatelskie. Atutem jest także to, że większość z nas nie ma nawyków z minionej epoki, a jednocześnie nie wywodzi się ze związków zawodowych - zauważa Bogdan Zdrojewski. - Czas amatorów się skończył, nastał czas menedżerów - mówi Stefan Oleszczuk. - Prorynkowi samorządowcy zbudowali na szczeblu lokalnym swoistą elitę menagementu: ludzi młodych, kreatywnych, dobrze wykształconych. Równie dobrze mogliby oni kierować firmami czy bankami - dodaje prof. Kulesza.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2001
Więcej możesz przeczytać w 40/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0