Gen antyamerykanizmu

Gen antyamerykanizmu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto i dlaczego nienawidzi Ameryki
W Moskwie pięciuset uczestników antykapitalistycznego pochodu śpiewało: "Wstrętny tłusty wujek Sam szczęścia życzy wszystkim nam. A my jego w mordę nożem, siła już mu nie pomoże". "Śmierć burżujom!", "Ameryka to terrorysta nr 1" - wypisali na transparentach. Zszokowani Amerykanie zadają sobie pytanie: czym zawinili? Dlaczego słowo "Ameryka" dla wielu stało się synonimem znienawidzonego wroga? Skąd się bierze nienawiść do Ameryki u tak różnych ludzi, jak ekolodzy, lewacy, antyglobaliści, południowoamerykańscy guerillas czy talibowie?

Bij silnego!
Gdy cały świat pogrążył się w żałobie po ataku terrorystycznym na Nowy Jork i Waszyngton, przeciwnicy Ameryki nie próbowali nawet kryć radości. Na ulicach miast Autonomii Palestyńskiej i w kilku krajach islamskich trwał swoisty karnawał. Palono amerykańskie flagi, co irytuje większość obywateli Stanów Zjednoczonych, choć do obrazów antyamerykańskich demonstracji serwowanych od lat przez stacje telewizyjne mogli już przywyknąć. Tkaniny w narodowych barwach Stanów Zjednoczonych regularnie płoną pod wszystkimi szerokościami geograficznymi - od Osaki przez Bliski Wschód, Moskwę, po Europę Zachodnią. W Pakistanie popyt na amerykańskie flagi używane w czasie demonstracji okazał się ostatnio tak duży, że warsztaty krawieckie nie nadążały z realizacją zamówień.
- Antyamerykanizm w cudowny sposób połączył prawicowych i lewicowych sekciarzy - mówi politolog prof. Anton Pelinka z uniwersytetu w Innsbrucku. Gdy jedni krytykują USA za to, że jako samozwańczy "globalny policjant" uwolniły Europę od Adolfa Hitlera, Azję Wschodnią od japońskich najeźdźców, a Kuwejt od Saddama Husajna, innym przeszkadza to, iż Ameryka próbuje narzucać światu liberalny kapitalizm. Ze względu na globalną obecność Stanów Zjednoczonych jako jedynego supermocarstwa trudno o wdzięczniejszy obiekt nienawiści dla wszystkich, którzy poszukują ideal-nego wroga. - Bij silnego! Oto cena, jaką przyszło Stanom Zjednoczonym zapłacić za ich dominującą pozycję we współczesnym świecie - wyjaśnia prof. Zbigniew Lewicki, dyrektor Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

Wielki szatan
Część negatywnych uczuć wobec USA i Amerykanów jest skutkiem rzeczywistych błędów w polityce zagranicznej tego kraju - uważa prof. Lewicki. "Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, które zawsze miały poczucie posłannictwa, jest przekonany, że inne narody powinny przyjąć zachodnie wartości demokracji, wolnego rynku, ograniczonego rządu, praw człowieka, indywidualizmu i praworządności [...]. To, co dla Zachodu jest uniwersalistyczne, innym kojarzy się z imperializmem" - pisał amerykański politolog Samuel Huntington w profetycznym "Zderzeniu cywilizacji". Islamscy fundamentaliści są przekonani, że świat zachodni pod przywództwem Stanów Zjednoczonych prowadzi krucjatę przeciwko islamowi. Słowa nieopatrznie wypowiedziane przez prezydenta Busha po zamachu na WTC odebrali jako potwierdzenie głoszonej przez siebie tezy.
Dlaczego właśnie Ameryka stała się głównym wrogiem islamistów? Największa potęga dzisiejszego świata jest głęboko zakorzeniona w kulturze chrześcijańskiej, a równocześnie przywiązana do idei liberalizmu, a więc jako siedlisko "relatywizmu moralnego i dekadencji" nie była dobrym wzorcem dla muzułmanów. Potępienie Stanów Zjednoczonych przez islamskich przywódców duchowych sprawiło, że arabskie reżimy mogły spać spokojnie, nie obawiając się przerzutów "zżerającego Zachód raka demokracji".
Najwcześniej niebezpieczeństwo czyhające ze strony USA dostrzegł ajatollah Chomeini. Już w 1979 r. ogłosił, że Stany Zjednoczone są wielkim szatanem. Później do kolejnego nasilenia nastrojów antyamerykańskich doszło przy okazji wojny w Zatoce Perskiej. Osama bin Laden uznał wówczas stacjonowanie oddziałów US Army w Arabii Saudyjskiej za obrazę islamu.
Z punktu widzenia Arabów wyjątkowo ciężkim grzechem Amerykanów było wieloletnie wsparcie dla Izraela. "Przyjaciel naszych wrogów jest naszym wrogiem" - mówią muzułmanie.

Zderzenie mitów
Na stosunek do Ameryki wyjątkowo duży wpływ mają mity. Miliony ludzi na całym świecie marzących o lepszym życiu śnią swój "amerykański sen". W tym samym czasie inni traktują Amerykę jako główne źródło problemów trapiących współczesny świat. - Stany Zjednoczone jako państwo najpotężniejsze i wynoszące najwięcej korzyści z postępującej globalizacji staje się obiektem bezsilnej złości tych, którzy cierpią, lub tych, którzy się z nimi solidaryzują - wyjaśnia prof. Lewicki. Eksterminacja Indian, bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki, Wietnam, globalna żandarmeria, niszczenie środowiska naturalnego, imperializm konsumpcyjny, podbój świata przez amerykańskie koncerny - antyglobaliści potrafią bez końca wymieniać prawdziwe i rzekome grzechy Ameryki. "Trzeba zadać śmierć centrali kapitalizmu" - nawoływał w Genui Luca Casarini, jeden z przywódców ruchów antyglobalistycznych. Na razie wściekłość na "centralę" antyglobaliści wyrażali głównie w trakcie ataków na... bary McDonalda. W obliczu tragedii WTC złagodzili swą retorykę i ograniczają się do organizowania marszów pokoju. Zamiast kijów bejsbolowych i koktajli Mołotowa aktywiści ruchów antyglobalnych z Nowego Jorku, Atlanty czy Bostonu przybywają teraz do Waszyngtonu uzbrojeni w transparenty i gitary.
Zagubieni wydają się europejscy sojusznicy Ameryki. Fakt, że to Amerykanie odbudowali Europę Zachodnią ze zniszczeń II wojny światowej, musiał boleć choćby Francuzów, dobrze pamiętających czasy mocarstwowej świetności swego kraju. Jeszcze przed zakończeniem realizacji planu Marshalla na murach zachodnioeuropejskich miast zaczęły się pojawiać napisy "Yankee go home".
Stosunek Francuzów do Amerykanów zawsze był pełen sprzeczności. W ostatnich latach nad Sekwaną antyamerykanizm stał się jednak znów zjawiskiem powszechnym. Zdaniem Dominique’a Moisi, wicedyrektora Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych, po bankructwie utopijnych nurtów filozoficznych poprzedniego półwiecza pielęg-nowanie antyamerykańskich uczuć stało się hobby wielu francuskich intelektualistów. Czy chodzi o walkę cinéma z hollywoodzką sieczką, ochronę langue fran˜aise przed zalewem natrętnych anglicyzmów czy wspieranie tradycyjnej cuisine, zawsze mobilizacja przeciwko USA służy potwierdzaniu narodowej tożsamości w świecie globalizującym się pod amerykańskim przywództwem.
Podobny stosunek do wielkiego sojusznika ma niemieckie społeczeństwo. W czasie wojny w Zatoce Perskiej na ulice Bonn wyległo ćwierć miliona demonstrantów z hasłami "Żadnej krwi za ropę" i "Amis go home!". Późniejsze układy Stanów Zjednoczonych i Niemiec miały już tyle wspólnego z dawną zażyłością, ile ma wspólnego hamburger z Hamburgiem. Największe niezadowolenie Niemców wywołała odmowa poparcia przez Waszyngton ich zabiegów o członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. W postawie Niemców wobec Ameryki wciąż można się dopatrzeć kompleksu wojny. Z niego wynika zarówno sympatia i wdzięczność wobec Amerykanów, jak i protesty przeciw prowadzonym przez nich konfliktom zbrojnym. Niezależnie od tego, po ataku na WTC społeczeństwo niemieckie wykazało ogromną solidarność z USA.
We Włoszech, poza licznymi bojówkami i skrajnymi ugrupowaniami wszelkiej maści, jawnie antyamerykańskie są dwie partie marksistowsko-leninowskie: Odrodzenie Komunistyczne i prorządowa partia Komuniści Włoscy. Lewica i lewacy występują otwarcie przeciw działaniom wojennym i coraz wyraźniej dają do zrozumienia, że w gruncie rzeczy Ameryka jest sama sobie winna.
Powody do niechęci wobec Stanów Zjednoczonych mają kraje Ameryki Łacińskiej. - Zachowanie USA w Ameryce Południowej przez ponad sto lat miało wszelkie cechy brutalnej dominacji - zauważa prof. Lewicki. Amerykanie nie liczyli się z lokalnymi uwarunkowaniami, obalali i narzucali rządy, nawet wielkim państwom tego regionu odmawiali prawa do decydowania o własnym losie. Jednak dzisiaj liberalne kręgi latynoamerykańskie dobrze rozumieją, że to właśnie gringos z Północy są jedyną nadzieją na pokonanie zaklętego kręgu nędzy i zacofania. Bez pomocy USA gospodarki Meksyku i Brazylii już dawno byłyby masą upadłościową.
W tym regionie synonimem antyamerykańskiego antagonizmu jest Kuba - komunistyczna enklawa na Karaibach rządzona przez rewolucyjnego wodza Fidela Castro, który uparcie oskarża Stany Zjednoczone o imperialne zapędy.

V kolumna
Stany Zjednoczone mają także wewnętrznych wrogów. Ludzie ci hołdują mitowi "prawdziwej amerykańskości", której podstawą jest niczym nie skrępowana wolność. Wszelkie jej ograniczenia, narzucane z zewnątrz rygory - obowiązek posyłania dzieci do szkoły, płacenia podatków czy rejestracji broni - postrzegają jako zamach na istotę Ameryki. Taką retoryką posługują się członkowie prawicowych bojówek, o których głośno zrobiło się w 1995 r., po zamachu na budynek władz federalnych w Oklahoma City. O taką Amerykę walczył stracony w tym roku sprawca tego zamachu Timothy McVeigh.
Skrajnie prawicowe organizacje paramilitarne powstały w wielu amerykańskich stanach. Jedną z najbardziej radykalnych jest Aryan Nation. Jej przywódcy ostrzegają przed "żydowskim spiskiem". "Zbrójcie się, dopóki nie jest za późno" - nawołują.
Mniej agresywna jest zabarwiona lewicowo krytyka amerykańskich rządów uprawiana powszechnie na amerykańskich uniwersytetach. Prawie każdy student przechodzi okres negacji republikańsko-demokratycznego układu władzy w Stanach Zjednoczonych. Objawy choroby młodości zwykle same zanikają, a absolwenci wkładają garnitury i swą pracą wspierają amerykańską potęgę. Ale nie wszyscy. Na uczelniach nie brak poważanych naukowców, którzy - jak Noam Chomsky z MIT - od lat głoszą skrajnie lewackie poglądy.

Skazani na nienawiść
- Czy w obawie przed mnożeniem wrogów administracja Stanów Zjednoczonych nie zechce zrewidować założeń swej polityki zagranicznej i skoncentrować się na własnym podwórku? - zastanawia się prof. Pelinka. Kogóż ucieszyłby taki obrót spraw? Jego zdaniem, z pewnością tych, którzy już żyją nadzieją na nową wojnę na Bliskim Wschodzie; tych, którym zależy na swobodzie reżimów pokroju Milosevicia czy Kaddafiego. Kto może się tego obawiać? Wszyscy, którzy zdają sobie sprawę, że stabilność i bezpieczeństwo świata wymagają międzynarodowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych - nawet jeśli do walki z nimi będą się szykować kolejne bataliony wrogów.
Najbardziej jednak obawiają się "amerykańskiej zarazy" wszelacy strażnicy prawd objawionych. Amerykańskie przywiązanie do wolności obywatelskiej zagraża rządowi dusz ajatollahów, ulemów i talibów. "Nieprawomyślnych" idei boją się "ukochani przywódcy" najokrutniejszych reżimów. Gdy mówią o obronie "tożsamości" i "tradycji", w istocie żądają gwarancji dla swoich przywilejów. Dla nich gen antyamerykanizmu zaszczepiony całym narodom to gwarancja przeżycia.
Więcej możesz przeczytać w 41/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0