Obywatel monarcha

Obywatel monarcha

Król Zahir Szah kontra talibowie
Mieszkańcy miejscowości Olgiata pod Rzymem przez dwadzieścia lat nie mieli pojęcia, kto mieszka w otoczonej drzewami małej willi. Gdy wieczorem 11 września w okolicy zaroiło się od funkcjonariuszy i zaczął krążyć helikopter, lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że tajemniczy starszy pan to były król Afganistanu Muhammed Zahir Szah Almutawakil-Allah, człowiek, któremu może przypaść kluczowa rola w rozwiązaniu dzisiejszego kryzysu politycznego na świecie.
"Ten, który zawierzył Allahowi" (jak tłumaczy się jego imię) jest jednym z najbardziej skrytych i najlepiej chronionych ludzi. Wychodzi rzadko, wożony jest przez szofera w liberii. Zachowywane przez otoczenie monarchy środki ostrożności to nie przypadek. W 1971 r. portugalski zawodowy zabójca José de Almeida, udając dziennikarza, trzykrotnie pchnął go kindżałem w szyję. Zamach się nie powiódł, a wkrótce potem Zahir Szah opuścił swoją dotychczasową rezydencję i przeniósł się do Olgiaty.
Król ma już 87 lat. Kiedy pod koniec września delegacja amerykańskich kongresmanów wyjeżdżała do Rzymu na spotkanie z byłym monarchą, prezydent George W. Bush miał podobno polecić: "Sprawdźcie przede wszystkim, czy w tym wieku może być nam jeszcze przydatny". Egzamin wypadł pomyślnie: kongresmani byli pod wrażeniem uroku osobistego oraz nieprzeciętnych zdolności politycznych i dyplomatycznych króla.

Władca oświecony
Muhammed Zahir Szah urodził się w 1914 r. jako potomek dynastii Durrani, szczycącej się pochodzeniem od samego Aleksandra Wielkiego. Wysłany został na naukę do Francji, lecz w 1933 r. musiał powrócić do ojczyzny, by objąć tron po skrytobójczo zamordowanym ojcu Amanullahu. Czekało go zadanie nie lada. Niepodległe dopiero od czternastu lat królestwo Afganistanu należało do najbardziej zacofanych państw świata.
Zahir Szah zabrał się do wprowadzania zmian z energią i znawstwem. Wzorując się na demokracjach europejskich, narzucił krajowi wiele reform: powołał do życia parlament, przeprowadził jedyne bodaj w historii wolne wybory. Wprowadził obowiązkowe nauczanie chłopców i dziewcząt, założył pierwszy w kraju uniwersytet. Nawiązał stosunki dyplomatyczne i współpracę ze światem zachodnim. Odbył wiele podróży zagranicznych - w Białym Domu spotkał się z prezydentami Eisenhowerem i Johnem Kennedym, na Kremlu z Nikitą Chruszczowem.
W 1973 r., po 40 latach panowania, król wyjechał do Włoch na kurację. Wykorzystał to jego kuzyn i szwagier Sardar Muhammed Daud, który dokonał zamachu stanu i proklamował w Afganistanie republikę. Rządy jego junty wojskowej nie zyskały poparcia. W 1978 r. kolejny zamach stanu wyniósł do władzy komunistów popieranych przez ZSRR.

Powrót bez korony
Wydawało się, że były król zostanie skazany na samotność i zapomnienie, ale w 1979 r. po radzieckiej inwazji na Afganistan Stany Zjednoczone zaczęły gorączkowo poszukiwać alternatywnego dla komunistów ośrodka władzy afgańskiej. Zahir Szah był brany pod uwagę, lecz ostatecznie postawiono na mudżahedinów. Ci jednak po zwycięstwie nad Rosjanami rozpoczęli długą wojnę między sobą. Wkrótce wykorzystali to talibowie.
Już w 1999 r. rząd włoski doprowadził do spotkania króla z 80 przedstawicielami Sojuszu Północnego. Było jednak za wcześnie na porozumienie, a składający się wówczas z samych Tadżyków sojusz, kierowany przez Ahmeda Massuda, kontrolował mniej niż 10 proc. obszaru Afganistanu. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. W ostatnich dniach września do króla przyjechała kolejna delegacja sojuszu, ale jej skład był już o wiele bardziej reprezentatywny. Oprócz Tadżyków przybyli delegaci Uzbeków, Turkmenów i Hazarów, przywódcy plemion pasztuńskich nie popierających talibów oraz wielu znanych dysydentów, którzy uciekli z Kabulu. Sojusz może liczyć też na poparcie nadal uznawanego przez ONZ prezydenta Burhanuddina Rabbaniego.
Przedstawiciele sojuszu sądzili, że uczynią z króla posłuszną marionetkę. Stało się inaczej. Zahir Szah okazał się twardym i umiejętnym negocjatorem. Król i reprezentanci sojuszu powołali Wielką Radę na rzecz Jedności Narodowej Afganistanu, w jej skład weszło 60 przedstawicieli monarchy i 60 przedstawicieli rozszerzonego Sojuszu Północnego. Zadaniem rady będzie zwołanie Loja Dżirga, czyli Rady Plemiennej, tradycyjnego parlamentu afgańskiego, nie zwoływanego już od ponad 60 lat. Rada ma wyłonić rząd tymczasowy, na którego czele stanie Zahir Szah.

Jego wysokość prezydent
Większość delegatów sojuszu powróciła do kraju, by przekazać przyjęte w Rzymie postanowienia przywódcom wszystkich plemion. Umówiono się, że przyjadą znów do Rzymu po dwóch tygodniach, by utworzyć radę i rząd tymczasowy na wygnaniu z Zahirem Szahem jako głową państwa (król nie założy jednak korony - o przywróceniu monarchii sojusz nie chce nawet słyszeć) i Burhanuddinem Rabbanim jako premierem.
Z punktu widzenia Zachodu tak uformowany nowy ośrodek władzy w Afganistanie stanowiłby rozwiązanie optymalne. Wiele zależeć będzie wszak od przywódców plemion pasztuńskich oraz od Pakistanu. Islamabad wciąż sprzeciwia się idei Wielkiej Rady i powrotu Zahira Szaha. Nie pomogła mediacja włoskiej wiceminister spraw zagranicznych Margherity Boniver. Podczas konferencji prasowej nazajutrz po pierwszym amerykańsko-brytyjskim ataku na bazy talibów prezydent Perwez Muszarraf sprzeciwił się opracowanej w Rzymie koncepcji i poparł kandydaturę ultraislamskiego i wojowniczego Gulbuddina Hekmatiara na szefa afgańskiego państwa .


Więcej możesz przeczytać w 42/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0