Biowojna

Biowojna

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dziennikarze celem pierwszego bioataku w światowej wojnie antyterrorystycznej
Urzędy pocztowe i biura, w których sortowana jest korespondencja, stały się polem bitwy w wojnie toczonej z terroryzmem. Pracownicy mający kontakt z pocztą włożyli maski chirurgiczne i gumowe rękawice. "To coś niesamowitego. Zupełnie jakbym się znalazł w którymś odcinku Z Archiwum X" - mówi pracownik poczty na Florydzie. Przed Białym Domem pojawiły się ruchome laboratoria przystosowane do wykrywania niebezpiecznych substancji. Najwyższy stan gotowości ogłoszono też w redakcjach oraz stacjach radiowych i telewizyjnych - pierwszy bioterrorystyczny atak wymierzony został bowiem w media. W wielu redakcjach przesyłki bez nadawcy od razu trafiają do kosza.

Pierwsza bioofiara bin Ladena
Człowiekiem, który zapobiegł szybkiemu rozprzestrzenieniu się wąglika, jest zapewne dr Larry Bush, epidemiolog z Atlantis na Florydzie. To on się domyślił, że drobnoustroje odnalezione w płynie rdzeniowym pierwszej ofiary zamachu bioterrorystycznego - Roberta Stevensa, redaktora działu fotograficznego z wydawnictwa American Media Incorporated - to laseczki wąglika. Inni lekarze twierdzili, że to "zwykłe zapalenie opon mózgowych". Wtedy jeszcze nie było powodów do paniki, jednak na wszelki wypadek budynek American Media otoczyli agenci w "kos-micznych" skafandrach ze specjalnej jednostki FBI do walki zagrożeniem biologicznym. Przezorność okazała się usprawiedliwiona. Stevens zmarł, a wszyscy pracownicy wydawnictwa zostali poddani badaniom; w ciągu kilku dni wykryto siedem kolejnych przypadków zakażenia i ślady wąglika na klawiaturze komputerów w redakcji. FBI zaczęło prowadzić dochodzenie kryminalne. Bakterie wąglika znaleziono w formie pieniącego się proszku w kopercie z listem z pogróżkami, który Stevens otworzył kilka dni wcześniej.
W działaniach terrorystów łatwo dostrzec konsekwencję. Po ataku na symbole finansowej i militarnej potęgi Ameryki - WTO i Pentagon - spodziewano się uderzenia na przykład w Disneyland i Hollywood. Celem stały się jednak "uprzedzone do muzułmanów" i w opinii państw arabskich "zdominowane przez Żydów" media.

Wirusy talibów?
Skażone listy okazały się doskonałą bronią. Do wywołania infekcji, która pierwszego dnia przebiega bezobjawowo, wystarczy ułamek grama proszku z bakteriami. Zakażenie formą przetrwalnikową wąglika poprzez drogi oddechowe okazuje się najgroźniejsze - 99 proc. nie leczonych chorych umiera. Na szczęście - jak twierdzą eksperci FBI - terroryści nie dysponują najgroźniejszymi laboratoryjnymi odmianami wąglika przygotowywanymi do prowadzenia wojny biologicznej. List wysłany do NBC zawierał "przetrwalniki wąglika w formie brązowego granulatu", ale "nie były to mikroby pochodzące z laboratorium wojskowego".
W redakcjach zaczęto histerycznie reagować nawet na przypadkowo rozsypany cukier. Nikt jednak nie protestuje. Pracowników redakcji "The New York Times" ewakuowano po tym, jak reporterka tego pisma i współautorka książki o bioterroryzmie Judith Miller otworzyła kopertę, z której wysypał się jakiś proszek. Dwustu pracowników "The Los Angeles Times" przez 90 minut nie mogło opuścić siedziby dziennika, gdy w dziale recenzji książek znaleziono podejrzaną substancję.
Minister zdrowia i opieki społecznej Tommy Thompson przyznał, że Ameryka ma do czynienia z atakiem bioterrorystycznym. Amerykanie na wszelki wypadek zaczęli gromadzić zapasy antybiotyku cipro, płacąc nawet 700 dolarów za 120 pigułek, które wystarczają na dwa miesiące. Tymczasem odkryto, że przesyłka do lidera demokratycznej większości w Senacie Toma Daschlego też zawiera bakterie wąglika.


Więcej możesz przeczytać w 42/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0