Miedź, czyli mieć

Miedź, czyli mieć

KGHM Polska Miedź wpadł w czarną dziurę kapitalizmu państwowego
Największym problemem spółek skarbu państwa, zwłaszcza dużych, nie są straty czy zaległości wobec ZUS i fiskusa, lecz zyski. Spółka przynosząca zysk traktowana jest jak polityczny łup: rada nadzorcza i zarząd mianowane są z klucza, inwestycje przestają mieć ekonomiczne uzasadnienie, a spółka nie nadąża ze spełnianiem - często sprzecznych - politycznych zamówień. W efekcie zyski maleją albo firma zaczyna wręcz przynosić straty. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy polityczni zarządcy tracą władzę i w ostatniej chwili wysuwają lawinę życzeń. Tak właśnie stało się w tym roku z KGHM Polska Miedź. Trudno się dziwić, że inwestorzy zaczęli się pozbywać akcji Polskiej Miedzi. Wartość akcji KGHM spad-ła w tym roku o 56 proc. W styczniu płacono za nie ponad 25 zł, obecnie zaś wyceniane są na 11 zł. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku grupa KGHM odnotowała zysk w wysokości 498 mln zł, a sam KGHM - 617 mln zł. Na razie znaleziono jednego winnego - prezesa Mariana Krzemińskiego.

Ekonomia polityczna
Zarząd KGHM tłumaczy, że przyczyną kłopotów jest znaczny spadek notowań miedzi i srebra na Londyńskiej Giełdzie Metali. To prawda, ale nie cała. Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, uważa zaś, że KGHM dotknęła choroba typowa dla spółek skarbu państwa. - Przedsiębiorstwa te są łakomymi kąskami, które politycy sprawujący władzę rozdają zaufanym osobom. Są one źle zarządzane, bo ich prezesi - zamiast się koncentrować na wynikach finansowych - chcą usatysfakcjonować politycznych sponsorów. Tymczasem firmą nie da się zarządzać wedle zasad ekonomii politycznej - mówi Wyżnikiewicz.
Nie da się, ale wciąż się próbuje: oprócz KGHM dotyczy to lub dotyczyło PKN Orlen, Rafinerii Gdańskiej, TP SA czy Grupy PZU. - Podczas koniunktury wiele można zakamuflować: część zysku zostaje przetasowana na różne cele - zbiorowe i indywidualne. Dopiero dekoniunktura w jaskrawy sposób ujawnia pasożytniczy charakter tych, którzy reprezentują skarb państwa - mówi prof. Jan Winiecki z Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie.
Patologie tkwią w samej istocie spółek skarbu państwa, niezależnie od tego, czy kierują nimi przedstawiciele prawicowych, czy lewicowych rządów. Spółki te nie są bowiem zainteresowane odprowadzaniem zysków do budżetu. Opłaca się im natomiast podnosić płace, kupować drożej materiały, zwiększać koszty.

Dzieje grzechu
KGHM Polska Miedź przekształcono w 1991 r. w jednoosobową spółkę skarbu państwa. Państwo ma teraz 44,28 proc. akcji, reszta jest zaś rozproszona, co oznacza, że spółka jest nadal państwowa. - Wszystkie rządowe ekipy eksploatowały KGHM i lokowały tam swoich plenipotentów. Podobnie postępowały związki zawodowe, wymuszając rozmaite świadczenia finansowe - mówi prof. Winiecki.
We wrześniu 1993 r. prezesem kombinatu został Krzysztof Sędzikowski. Przetrwał na stanowisku półtora roku, po czym poległ w starciu ze związkowcami - posłem SLD Ryszardem Zbrzyznym, przewodniczącym Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego, i posłem PSL Edwardem Koenigiem, przewodniczącym Związku Zawodowego Pracowników Technicznych i Administracji Dozór. Związkowcy używali wszelkich sztuczek, by nie dopuścić do rzeczywistej prywatyzacji. Wielkie pieniądze, jakimi operowała firma, sprawiły, że była ona traktowana jak dojna krowa.

Mocarstwowe plany
Stanisławowi Siewierskiemu, prezesowi KGHM w latach 1995-1999, nie można odmówić inwestycyjnego rozmachu. Kombinat zaangażował się wówczas w eksploatację złóż w Kongu, tyle że rudy wydobywanej w Kimpe nie było jak przerabiać. W efekcie w Kimpe zostało 165 tys. ton rudy na hałdach, której nikt nie chce kupić. Na tym mocarstwowe plany się nie skończyły. Rozważano możliwość inwestowania w Zambii (w kompleksie Mufulira), Chile, Hiszpanii i na Kubie (złoża niklowo-kobaltowe). Jednocześnie zaczęto inwestować w telekomunikację: najpierw kupiono 50 proc. udziałów Telefonii Lokalnej SA, a potem kolejne 50 proc. Zrobiono to akurat wtedy, gdy inwestycje telekomunikacyjne przestały być zyskowne.
Sukcesem Siewierskiego było nabycie 19,35 proc. akcji spółki Polkomtel SA - za 80 mln UDS; dwa lata później udziały te szacowano na 600-800 mln USD. Ale też wykazał on niezwykłą zapobiegliwość o własną i kolegów kieszeń. Zgodnie z wynegocjonowanym kontraktem prezes zarabiał 108 tys. zł miesięcznie, a ponieważ jego kontrakt został zerwany, dostawał przez półtora roku po 170 tys. zł. Jego zwolnienie kosztowało więc spółkę ponad 3 mln zł. - W 2000 r. ustępujący pięcioosobowy zarząd, którego członkom wypowiedziano umowy, otrzymał
- zgodnie z zawartymi wcześniej kontraktami - 8,9 mln zł - mówi Jerzy Pietraszek, rzecznik prasowy KGHM.

Sprawa dla prokuratora
KGHM nie przestał być dojną krową także pod rządami kojarzonego z AWS prezesa Mariana Krzemińskiego. Przypomina to sytuację w PZU Życie, kierowanym przez aresztowanego kilkanaście tygodni temu Grzegorza Wieczerzaka. W tym roku kombinat stracił koncesję na wydobywanie rudy miedzi w Kongu, ponieważ nie uiścił stosownych opłat. Nowy zarząd złożył w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez poprzedni zarząd, informując, że na interesach w Kongu spółka straciła 32 mln USD. Doniesienie do prokuratury złożył również były zarząd, informując o stratach z powodu zaniechania inwestycji w Kongu. Aby odzyskać koncesję, nowy zarząd wynajął za 1,5 mln dolarów firmę King & King z Warszawy. Prezesa Krzemińskiego z właścicielami firmy skojarzył Mirosław Kasza, bliski współpracownik Mariana Krzaklewskiego. Szanse na odzyskanie koncesji i pieniędzy wypłaconych King & King są niewielkie. Jeden z członków rady nadzorczej złożył w tej sprawie doniesie do prokuratury. W czerwcu tego roku pod zarzutem prowadzenia podejrzanych transakcji w Londynie został aresztowany Marek Sypek, były wiceprezes ds. finansowych spółki. Zarzuca mu się poręczanie majątkiem firmy prywatnych transakcji. Cały czas spółka była też hojnym darczyńcą - tylko w 2000 r. na darowizny przeznaczyła ponad 13 mln zł, z czego 100 tys. zł na zjazd "Solidarności".
Jak na polityczne beneficjum przystało, KGHM zaangażował się (oprócz kombinatu także PKN Orlen, Polskie Sieci Elektroenergetyczne, Grupy PZU i prywatny Prokom) w Telewizję Familijną. - Dostałem wyraźną sugestię z kręgów politycznych, aby wejść w ten biznes - mówi Stanisław Siewierski, były prezes. Ale nie chce powiedzieć, kto konkretnie go namawiał. Decyzję o zainwestowaniu 26 mln zł podjął już nowy zarząd. W czerwcu tego roku członkowie zarządu chcieli się obronić przed odwołaniem przez ministra skarbu, forsując na walnym zebraniu akcjonariuszy zmiany w statucie. Wówczas przysługujące radzie nadzorczej kompetencje odwoływania i powoływania zarządu przeszłyby w ręce akcjonariuszy. Plan się nie powiódł. Bardzo podobne manewry wykonywał w PZU Życie Grzegorz Wieczerzak.

Kapitalizm państwowy, czyli czarna dziura
Ekonomiści ubolewają, że z politycznych względów nie zdecydowano się na znalezienie strategicznego inwestora dla KGHM, gdy trwała koniunktura.
- Prywatyzacja musi stwarzać szanse dla giełdy, która ostatnio ma się kiepsko. Ale ma sens tylko wtedy, gdy skoncentrowanym udziałowcem jest prywatny właściciel, a nie skarb państwa. Zwykle przy tak dużych prywatyzacjach naciski polityczne sprawiają, że strategia prywatyzacji nie uwzględnia rachunku ekonomicznego. W efekcie mamy to, co mamy - mówi Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych, poseł Platformy Obywatelskiej. Zamiast prywatyzacji spółki takie jak KGHM wpadają w czarną dziurę kapitalizmu państwowego. Bohdan Wyżnikiewicz nie ma złudzeń, że w najbliższym czasie sytuacja się poprawi.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2001
Więcej możesz przeczytać w 43/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0