Zemsta zza grobu

Zemsta zza grobu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dla sporej części elit politycznych polityka państwa, a może i smak władzy, to po prostu interwencjonizm
Mam wrażenie, że im dalej odchodzimy w czasie od komunizmu, tym silniejsze stają się w niektórych kręgach poglądy rodem z komunizmu. (Zabawne, że głoszą je m.in. zdeklarowani antykomuniści.) Oto parę przykładów tej swego rodzaju zemsty zza grobu:
- Własność prywatna jest z natury podejrzana, państwowe wydaje się lepsze. To przekonanie, a może raczej odczucie, jest oczywiście na bakier ze światowym doświadczeniem. U niektórych bierze się ono pewnie ze skojarzeń z "prywatą" i "prywaciarzem". Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że tą drugą inwektywą obdarzano w PRL nielicznych prywatnych przedsiębiorców i przez cały czas wtłaczano ją ludziom do głowy. Inni nie lubią własności prywatnej, bo im się kojarzy z obcym kapitałem, a obcy to przecież wróg. Jeszcze inni (a może ci sami?) na sztandary wpisali naród, naród utożsamili z państwem, a zatem uznali, że państwowe (czyli narodowe) musi być lepsze. Za komunizmu najważniejsza była własność ogólnospołeczna, która w praktyce przybierała postać państwowej, bo innej nie mogła przybrać. Dwie ideologie, ten sam rezultat. Część potocznej - w odróżnieniu od pseudoideologicznej - niechęci do własności prywatnej bierze się zapewne z tego, że w prywatnych przedsiębiorstwach dużo więcej się wymaga, a w państwowych, średnio rzecz biorąc, działa się w znacznie większym komforcie - aż do bankructwa. A jeśli państwowe firmy mogą nie płacić swoich zobowiązań (w tym podatków i kredytów), to wtedy wszyscy idą błogo w dół.
- Rząd powinien rządzić wszystkim, bo przecież za wszystko odpowiada (czyli może i musi wszystko załatwiać). Pogląd o potrzebie wszechwładzy rządu ma oczywiście komunistyczny rodowód. Część uczestników kampanii wyborczej wzmocniła żywot tego przekonania, racząc opinię publiczną różnymi receptami na cud; najczęstsza - i jakże konkretna! - obietnica polegała na tym, że po prostu odejdzie się od dotychczasowej linii i w ogóle będzie lepiej. Wedle zwolenników owego (po)komunistycznego poglądu na państwo, liberalizm jest wcieleniem szatana, bo domaga się, aby władza państwa była ściśle ograniczona, a obywatele brali odpowiedzialność za własny los.
Skoro rząd ma rządzić wszystkim, bo za wszystko odpowiada, to nie można tolerować nikogo, kto mu w tym przeszkadza, żadnych niezależnych ośrodków, żadnych rad... Istotą zachodniego ustroju państwowego jest ścisłe ograniczenie władzy państwa oraz jej wewnętrzny podział na niezależne od siebie instytucje. Jak to się ma do omawianego poglądu? Oczywiście, nijak. Ale kto powiedział, że (po)komunistyczny światopogląd i zachodnia, liberalna filozofia państwa dają się pogodzić?
- Polityka państwa (w tym zwłaszcza gospodarcza) polega na masowej, szczegółowej interwencji, czyli na różnicowaniu, rozdawaniu, zezwalaniu, zakazywaniu itp. Na każdy konkretny problem państwo powinno reagować punktową interwencją, a w ogóle samo istnienie (lub tylko ujawnienie) rozmaitych indywidualnych trudności źle świadczy o państwie. Jeśli na przykład jakieś media pokazały, że określone biuro podróży wpuściło w maliny swoich klientów, to co trzeba zrobić? Oczywiście, trzeba wprowadzić zezwolenia na ten rodzaj działalności, aby państwo (czyli urzędnik) decydowało o tym, kto jest solidny, a kto nie. Korupcja i licencjonowanie zarobkowej działalności są w różnych przegródkach. No, chyba że wprowadzimy przymusowy samorząd gospodarczy, a on już zadba o jakość i żadnych intruzów nie dopuści.
Myśl, że dobra polityka państwa nie polega na szczegółowym interwencjonizmie, lecz głównie na stanowieniu i egzekwowaniu dobrych, przejrzystych i maksymalnie jednolitych reguł, jest obca nie tylko części opinii publicznej, ale i sporym odłamom elit politycznych. Dla tych drugich polityka państwa, a może i smak władzy, to po prostu interwencjonizm.
- Liczy się tylko produkcja, pieniądz i finanse nie mogą jej ograniczać. Takie było sedno centralnego planowania, w którym kategorie finansowe były bierne, tzn. dostosowywane przez władze do zamierzeń produkcyjnych. Ten system nie tolerował, rzecz jasna, niezależnego systemu finansowego, o samodzielnym banku centralnym nie mogło być w ogóle mowy. Rezultat owego ustroju był - jak wiemy - żałosny (nie tylko w Polsce, ale także w byłej Czechosłowacji czy na Węgrzech). Zresztą u schyłku socjalizmu lekceważenie finansów i pieniądza przybrało u nas jeszcze większe rozmiary niż tam. Czy lekcja poszła na marne?
- Kredyt musi być dostępny i tani (a na dodatek najlepiej bezzwrotny), o oszczędności nie trzeba się martwić. Rzeczywiście, w komunizmie nie trzeba się było przejmować tym, czy ludzie chcą oszczędzać, bo oszczędności wymuszano w rozmaity sposób. Ludzie trzymali pieniądze w skarpetach lub w PKO w nadziei, że władza coś "rzuci" na rynek. Ale za to "tanie" kredyty lały się szeroką strugą dla tych, co zaczepili się o plan albo o najnowszy wymysł władzy. W kapitalizmie oszczędności nie da się na szczęście wymusić, trzeba do nich zachęcać, m.in. odpowiednią stopą procentową, a kredyt - i to z odsetkami, o zgrozo! - trzeba spłacać. Niższe oprocentowanie kredytów musi w tym ustroju prowadzić do niższego oprocentowania depozytów. To jest jednak nieludzkie rozwiązanie, dlatego wielu usilnie pracuje nad trzecią drogą: socjalizm po stronie kredytów, kapitalizm po stronie depozytów.
*
Przedstawiłem tylko próbkę renesansu komunistycznego myślenia. A może Szanowni Czytelnicy zechcą podać więcej przykładów?
Więcej możesz przeczytać w 43/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0