Islam kontra islam

Islam kontra islam

Islam "twardy" różni się od "miękkiego" nie mniej niż inkwizycja od ekumenizmu. Islam to zbiór idei i fobii, cnót i grzechów, a także sprzecznych interesów
Muzułmanów na świecie jest miliard z hakiem. Wszyscy są ponoć posłuszni Koranowi, świętej księdze islamu, który - jak twierdzą wybitni islamiści i arabiści - jest religią miłości i nie nakazuje wojen ani rozlewu krwi. Święta wojna, dżihad - jak utrzymują - wcale nie należy do obowiązków muzułmanina. Niektórzy dodają, że islam to jedność wiernych, to umma - solidarna wspólnota. Nic bardziej mylnego - w rzeczywistości istnieje wiele szkół, sekt i odłamów islamu, których nauka dalece odbiega od wzorcowej wersji tej religii. Islam to ogromnie złożony kompleks pięknych idei i okropnych fobii, namiętności, grzechów i cnót oraz często sprzecznych interesów.
Prof. Janusz Danecki, bodajże numer 1 wśród polskich arabistów, twierdzi, że jedność muzułmańska to mrzonki i "nigdy nie mieliśmy do czynienia ze zjednoczonym światem islamu". Z kolei autor "Historii Arabów" Albert Hourani pisał, że dżihad "uważany był za obowiązek, praktycznie równoważny z filarami wiary".

Niby-muzułmanie
Największe państwo muzułmańskie, Indonezja, liczy 220 mln obywateli. Jeden z korespondentów wojennych ironicznie ocenił tamtejsze demonstracje w obronie talibów. Miało w nich uczestniczyć raptem dwustu mieszkańców Dżakarty, z czego dziennikarz wysnuł wniosek o poparciu Indonezyjczyków dla akcji Amerykanów. Nie wie ów reporter, że Jawajczycy (ponad połowa mieszkańców kraju) są niby-muzułmanami: popijają arak, słuchają orkiestr gamelanów i oglądają teatr cieni wayang, co muzułmanom nie przystoi. Nie przestrzegają ramadanu ani reguły pięciokrotnej modlitwy w ciągu dnia, a ich panie nie noszą na głowie sakralnych chust i mają nader swobodne obyczaje. Wielu religioznawców uważa, że Jawajczycy wyznają agama Djawa - religię jawajską - miksturę islamu i reliktów dawnych wierzeń animistycznych, buddyjskich i hinduskich.
Inne etniczne grupy archipelagu też nie są przykładnymi muzułmanami. Lud Minangkabau na Sumatrze tkwi w starodawnym matriarchacie; czy prawowierni wyznawcy Proroka przystaliby na babskie rządy? Dla odmiany Acehińcy to wojownicy tak fanatyczni, że gotowi są w każdej chwili zasztyletować niewiernego (moja eskorta w Acehu miała zawsze odbezpieczoną broń). Namiętnymi dżihadowcami są członkowie werbowanych m.in. wśród Sundajczyków "szwadronów śmierci", które wyrżnęły jedną czwartą chrześcijańskiej ludności Timoru Wschodniego, oraz tysiące Molukańczyków (także chrześcijan) i Papuasów. Ci krwawi siepacze, podobnie jak jawajscy sybaryci, nie zasługują na miano prawdziwych muzułmanów, przeto od "miliarda z hakiem" trzeba odjąć łącznie jakieś 130 mln.
W Malezji islam jest religią państwową, ale dziwni żyją tam muzułmanie. Bractwa Darul Arqam (Zieloni) i Tabligh (Biali) fanatycznie atakują świątynie hinduskie. Ruch ABIM to dogmatyczni islamomarksiści, podobni do sławetnych irańskich mudżahedinów ludowych. Odpada zatem następne 8 mln - nie są to wszak muzułmanie szczerzy.
Kolejni dewianci to partyzanci i piraci muzułmańskiego Frontu Wyzwolenia Moro na Filipinach, słynący z bestialskiego mordowania porwanych dla okupu niewiernych; to muzułmańskie plemiona Hausa i Fulani na północy Nigerii, wyrzynające ochrzczonych rodaków; to fundamentaliści z Bangladeszu, którzy masakrują małe pogańskie i ochrzczone plemiona w regionie Chittagong. Świat prawdziwego islamu kurczy się o kolejne 25 mln wiernych.
Następnie odliczamy trzy czwarte Albańczyków, muzułmanów ateistów, którzy nigdy nie zaglądają do meczetu, oraz większość Tadżyków i innych narodów byłej sowieckiej Azji Środkowej, którzy dawno zapomnieli, na czym polega islam i boją się jego inwazji z Afganistanu. Tam jedynie Kotlina Fergańska stanowi wylęgarnię fundamentalizmu i w przyszłości może eksplodować nowymi talibami. Z rachunku odpada następne 25 mln.

Mozaika szyicka
Islam dzieli się na dwa podstawowe odłamy: sunnitów i szyitów. Ci ostatni opanowali Iran, pół Iraku i enklawy w innych krajach. W sferze wiary i podstaw etyki różnią się od sunnitów niezbyt wyraziście, lecz są bardziej skorzy do zwalczania niewiernych, szczególnie Wielkiego Szatana z USA oraz Izraela. Szyici wytworzyli coś w rodzaju zhierarchizowanego duchowieństwa, w którym ajatollahowie są jakby biskupami.
Nie ma powodu, by szyitów wyłączać z "miliarda wiernych", lecz niektóre ich odgałęzienia wydają się podejrzane. Wyliczanie wszystkich sekt szyickich zajęłoby parę stron. Większość z nich wegetuje gdzieś "na końcu świata" i frapuje tylko religioznawców. Aliści niektóre - jak alawici w Syrii i druzowie w Libanie - stanowią sui generis... partie! Tylko czy ich wiara w ogóle mieści się jeszcze w islamie, skoro druzowie czczą Al-Hakima, swego odrębnego Proroka? Skoro allilahidzi w Azji Środkowej modlą się do Alego, pierwszego imama - następcy Proroka - jakby miał on boską naturę? Podobnie czynią "czerwonogłowi" kizyłbasze, których sporo w Afganistanie. Te i wiele podobnych sekt są gulah, czyli szyicką ekstremą. Odwrotnie jemeńscy zaidyci, którzy nie wierzą w wiele dogmatów szyickich, na przykład w ukrytego gdzieś mahdiego, dwunastego imama, który rychło ma się pojawić na tym padole, by wszystkich pokarać lub zbawić. Niektórzy prawomyślni szyici głosili, że dwunastym imamem był... Chomeini; on przeczył, nie zawsze stanowczo.
To nie koniec podziałów. W łonie sunnitów zrodził się sufizm, mistyczny ruch (przez szyitów znienawidzony), który zachwala ascezę i ekstatyczną miłość do Boga. Wybitna polska znawczyni islamu prof. Jolanta Sierakowska-Dyndo utrzymuje, że sufizm w rozmaitych postaciach szczególnie żywy był i jest właśnie w tym kraju! Niestety, często koliduje z kodeksem plemiennym Pasztunwali, który - wstyd powiedzieć - dla wielu Pasztunów jest ważniejszy od Koranu. Trudno rozstrzygnąć, kto bardziej odchyla się od sunnickiej ortodoksji - szyici czy sufici. Tak czy inaczej - z miliarda muzułmanów należy wykreślić kolejne sto milionów nie całkiem poprawnych.
Islam sunnicki od wieków dzieli się na cztery szkoły prawa, których nazwy pochodzą od ich założycieli. Skrajnie rygorystyczna jest szkoła hanbalicka, z której wyrósł ruch wahabitów, trzęsących Arabią Saudyjską. Szkoła melikicka też jest dogmatyczna, ale kładzie nacisk na igma - konsensus wiernych. Najbardziej liberalna jest szkoła hanificka. Między dwiema ostatnimi, w "złotym środku", sytuuje się szkoła szaficka.
Podziały te są istotne w kręgach intelektualnych, lecz masy żywiej niż na niuanse prastarych doktryn reagują na hasła polityków i głosy mędrców, którzy do ról politycznych pretendują - choćby Muammara Kadafiego, samodzierżawcy Libii. Czy nie jest on jednak heretykiem, skoro uważa, że każdy muzułmanin ma prawo do swobodnej interpretacji Koranu, czyli Słowa Bożego? O wiele ciekawszym jednak, choć obrazoburczym myślicielem, był Irańczyk Ali Szariati, który przygotował studenterię i inteligencję swego kraju do rewolucji islamskiej Chomeiniego. Szariati uznał wprost, że słowa "lud" i "Bóg" to synonimy. Został zabity przez tajne służby szacha. Teraz w Teheranie bryluje Abdelkarim Sorusz, idol młodej generacji, który uważa, że byle prosty muzułmanin jest równy ajatollahom - kwestionując fundamentalną zasadą rewolucji islamskiej: najwyższe przywództwo znawców prawa muzułmańskiego.

Religia polityczna
W państwach muzułmańskich liderzy i uczeni tworzą własne orientacje polityczne, które w rzeczywistości są o wiele ważniejsze od tradycji sekty i szkoły. Mam tu na myśli na przykład syryjsko-iracką partię Baas, egipskie Bractwo Muzułmańskie i jego rozliczne mutacje, algierski Front Ocalenia Islamu i jego Grupy Zbrojne, które bestialsko zmasakrowały sto tysięcy "nie dość pobożnych" obywateli, a także palestyńskie organizacje OWP, Fatah, LFWP, Hamas, Dżihad i Hezbollah, pakistańskie fundamentalistyczne partie JI oraz skrajną JUI, a przede wszystkim talibów - dziwaczną hybrydę, wyhodowaną w medresach, pakistańskich szkołach religijnych.
Wiele z tych organizacji uprawia lub popiera terroryzm, więc trzeba je zwalczać wszelkimi środkami, także siłą. Ale istnieją wypadki szczególne: ruchy wyzwoleńcze, które walczą o prawo swych narodów do samostanowienia, podobnie jak w czasach zaborów walczyli o to Polacy. Prawo to przysługuje Czeczenom, Palestyńczykom, Ujgurom, Kaszmirczykom, a jego uznania - wbrew zasadom międzynarodowego współżycia - odmawiają Rosja, Izrael, Chiny i Indie. Jest niestety faktem, że organizacje wyzwoleńcze prowadząc partyzantkę, uciekają się niekiedy do aktów terrorystycznych, co kompromituje je na Zachodzie, lecz w Azji czy Afryce przysparza im popularności. Studenci Wierni Linii Imama, którzy przed dwudziestu laty przez 444 dni okupowali Ambasadę USA w Teheranie, byli posłuszni woli Chomeiniego, wyrażanej w dewizie wielokrotnie przezeń powtarzanej: "Islam jest religią polityczną". To zdanie gorszy religioznawców, ale ujmuje pewne pozytywne treści. Chomeini podkreślał bowiem, iż rewolucja islamska służy mostazafinom - biedocie; że wszyscy ludzie są równi i mają równe prawa.
Przed dwoma laty zostałem niespodziewanie zaproszony na kongres "Objaśnienie rewolucji islamskiej" w Teheranie, by wygłosić referat o politycznej sylwetce Chomeiniego. Uprzedziwszy, że nie jestem muzułmaninem, powiedziałem między innymi: "Chomeini wcale nie był fanatycznym fundamentalistą, lecz pragmatycznym politykiem, który umiał używać instrumentów populistycznych do realizacji ważnych celów narodowych". Irańscy słuchacze w turbanach białych, a nawet ważniejszych - czarnych - oniemieli, natomiast wśród pakistańskich Pasztunów wywołałem frenezję. Czemuś powiedział - wołali - że nie jesteś muzułmaninem, przecież ty jesteś najprawdziwszym muzułmaninem, bo mówisz prawdę!

Okładka tygodnika WPROST: 44/2001
Więcej możesz przeczytać w 44/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0