Bezrynek kontra rynek

Bezrynek kontra rynek

Dodano:   /  Zmieniono: 
W miejsce rynku w gospodarce zawsze pojawia się więcej podatków, więcej państwa i więcej jego petentów
Z teorii i doświadczenia wiemy, że wszystkie systemy bez wolnego rynku (i związanej z nim nieodłącznie prywatnej własności) poniosły miażdżącą klęskę w gospodarczej konkurencji z ustrojami wolnorynkowymi. Wiemy także, że bez wolności gospodarczej nie da się zbudować czy utrzymać demokracji w państwie. Upaństwowienie własności wyklucza demokrację; prywatyzacja i rozwój przedsiębiorczości tworzą dla niej niezbędną społeczną i gospodarczą podstawę.
Mając świadomość tych fundamentalnych faktów, warto się zastanowić, skąd bierze się tyle niechęci do wolnego rynku. Spotykamy ją zarówno w krajach dojrzałego kapitalizmu, jak i w społeczeństwach, które jeszcze niedawno żyły w objęciach socjalizmu. W odniesieniu do tych pierwszych można by zauważyć, że nie ceni się tego, co się ma, a w stosunku do drugich - że pamięć ludzka jest krótka. Ale tego oczywiście nie można traktować jako wyjaśnienia. Jest wiele głębszych przyczyn tłumaczących paradoks, że ustrojowe rozwiązanie, które okazało się najlepsze, budzi tyle niechęci. Wspomnę tylko o kilku.
- Po pierwsze - wielu z tych, którzy nie lubią wolnego rynku, ma mgliste lub błędne wyobrażenie o tym, co pojawia się w społeczeństwie, gdy się go wypiera. Niektórzy w ogóle się nad tym nie zastanawiają; należą oni do kategorii osób, które z braku namysłu wpadają z deszczu pod rynnę. Inni wyobrażają sobie naiwnie - podobnie jak utopijni socjaliści oraz Karol Marks ponad sto lat temu - że w miejsce rynku wyrosną jakieś solidarystyczne wspólnoty, że zaniknie konkurencja, a pracować będzie się lepiej. Tymczasem w miejsce rynku pojawia się zawsze więcej podatków, więcej państwa i więcej jego petentów. Przeciwieństwem rynku nie jest jeden wielki kibuc, ale duże, słabe i paraliżujące państwo. Mniej rynku to więcej etatyzmu.
- Po drugie - wolny rynek oznacza konkurencję, a tej zwykle nie lubimy, choć bardzo lubimy płynące z niej pożytki. Jakże przyjemnie byłoby mieć socjalizm w fabrykach, a kapitalizm w kieszeniach i sklepach! Takie projekty głosi zresztą w Polsce spora część - jak by tu powiedzieć? - "ekspertów".
- Po trzecie - w ramach rynku nabywca płaci dostawcy za otrzymane dobro, przy rozwiązaniach etatystycznych pojawia się iluzja, że otrzymuje się coś za darmo, na przykład bezpłatną edukację, opiekę zdrowotną itp. Ta iluzja bezpłatności działa przeciw rynkowi. W rzeczywistości nie ma cudu: im więcej "bezpłatności", tym wyższe podatki i związane z nimi ograniczenia rozwoju. Oficjalnej "bezpłatności" nierzadko towarzyszą też nieoficjalne płatności pod stołem.
- Po czwarte - sporo ludzi uchodzących za intelektualistów (zwłaszcza ci, którzy szczycą się, że zawsze mieli dwóje z matematyki) snobuje się na nieznajomość elementarnej ekonomii i zarazem na ponadprzeciętną troskę o człowieka. Przy takiej postawie zwalcza się wolny rynek w imię "wrażliwości społecznej". W Polsce, a także na niektórych pomniejszych zachodnich uniwersytetach, mamy inną ciekawą odmianę: tych, którzy w imię dziwnej ekonomii zwalczają wolny rynek albo w zasadzie opowiadają się za rynkiem, ale nie lubią prywatnej własności. Są także osobnicy, którzy lubią prywatną własność, ale tylko swoją (ci ostatni nie zaliczają się jednak zwykle do intelektualistów).
Niemało niechęci do rynku bierze się wreszcie z odczucia, że "urynkowienie" pogarsza jakoś międzyludzkie stosunki i w efekcie - jakość społeczeństwa. Społeczeństwo socjalistycznego bezrynku jawi się jako lepsze. W kąt idą wspomnienia o kolejkach, znajomościach, dojściach, układach, bumelanctwie itp., a także o prawie stuprocentowej frekwencji w wyborach. Niechęć do wolnego rynku w imię troski o jakość społeczeństwa idzie u niektórych w parze z wyznawaną miłością do "społeczeństwa obywatelskiego". Tymczasem państwo, które wypiera rynek, redukuje również przestrzeń dla dobrowolnych stowarzyszeń. Być za "społeczeństwem obywatelskim", ale przeciw rynkowi, to tak jak opowiadać się za mlekiem, ale przeciw krowom (do kompletu dodam kozy i wielbłądy). Najbardziej rozwinięte społeczeństwo obywatelskie mamy w Stanach Zjednoczonych, gdzie wolny rynek ma szczególnie mocną pozycję. A ile "społeczeństwa obywatelskiego" było w komunizmie?
Więcej możesz przeczytać w 45/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0