Instytut pasożytnictwa

Instytut pasożytnictwa

Miliard złotych płacimy na ponad trzysta instytutów, centrów, inspektoratów, laboratoriów i ośrodków. Co z tego mamy?
Długie korytarze Instytutu Mleczarstwa w Warszawie wyglądają jak wymarłe. Nikogo nie widać także w gabinetach. Po godzinie 14.00 pracuje tam zaledwie kilka osób. Nie ma dyrektora, nie ma kierowników. Na pytanie o godziny pracy instytutu napotkana osoba odpowiedziała: "tak różnie". Nie wiadomo również, jak i nad czym pracuje Instytut Rozwoju Służb Społecznych. Niczego się tam nie dowiedzieliśmy. Pytana o to pracownica - usłyszawszy, że jesteśmy dziennikarzami - kazała nam natychmiast wyjść. Na czym polega służba społeczna tej placówki, skoro nie chce ona służyć dziennikarzom? Pustki zauważyliśmy także w Instytucie Turystyki, Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Kauczuków i Tworzyw Winylowych, Centralnym Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Ogrodnictwa, Instytucie Spawalnictwa. Tylko od czasu do czasu ktoś smętnie wychodzi ze swojego gabinetu do kuchenki zaparzyć kawę lub herbatę. W tym miejscu jedynie woda wrze. To prawdziwe mateczniki PRL. Im ciszej wokół tych instytucji, tym większa szansa, że nikt ich nie zlikwiduje. Ale ta cisza kosztuje podatników prawie miliard złotych rocznie.
Kawa czy herbata? - to podstawowy dylemat pracowników ponad trzystu polskich instytutów, centrów, inspektoratów, laboratoriów, ośrodków i urzędów utrzymywanych z budżetowych dotacji. Teoretycznie są pracownikami naukowymi lub naukowo-technicznymi. Rezultatów ich badań próżno jednak szukać w czasopismach naukowych. Krótkie sprawozdania ukazują się w zakładowych biuletynach, co sprawia, że właściwie nikt tych badań nie weryfikuje. Na podstawie rozmów z pracownikami ponad 30 tego typu instytucji ustaliliśmy, że przeciętnie pracuje się tam dwie godziny dziennie. - Kilka dni temu o trzynastej Wisła Kraków grała pucharowy mecz. Obejrzałem go w domu, bo z pracy wyszedłem już w południe. Podobnie postąpili koledzy. Kiedy nie ma meczu, siedzimy w pracy, choć i tak zwykle nie ma nic do zrobienia - opowiada pracownik Instytutu Rozwoju Służb Społecznych.

Instytuty antyprzedsiębiorczości
Najwyższa Izba Kontroli już kilkakrotnie zajmowała się różnego rodzaju instytutami i laboratoriami. Wnioski zawsze były podobne: "Rozwój tych instytucji zmierza w kierunku przeciwnym niż transformacja ustrojowa państwa, a większość z nich wdraża i upowszechnia rozwiązania w gałęziach gospodarki, które w Polsce ledwo zipią albo całkowicie upadły". - Założenia restrukturyzacji hutnictwa przygotowali dla mojego resortu pracownicy podległego mu Instytutu Metalurgii Żelaza. Z większością instytutów nie miałem jednak w ogóle do czynienia - ujawnia Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.
Kontrole NIK i ministerialnych komisji wykazują setki uchybień w pracy tych instytucji. Tylko w 126 ośrodkach i instytutach podlegających resortowi gospodarki ujawniono w ciągu ostatnich trzech lat prawie tysiąc uchybień, wystarczających do rozwiązania ponad połowy z nich. Nie rozwiązano ani jednego. Najczęściej jednostki te wydawały pieniądze z dotacji niezgodnie z celami statutowymi. Instytut Nawozów Sztucznych otrzymał na przykład z Komitetu Badań Naukowych ponad 800 tys. zł na remont głównego laboratorium. Prawie 150 tys. zł z tej kwoty wydano na remont sanitariatów w budynku administracyjnym. Przemysłowy Instytut Maszyn Budowlanych pieniądze z KBN przeznaczył na finansowanie bieżących zobowiązań zamiast na prace badawcze. Instytut Medycyny Pracy sponsorował Szkołę Zdrowia Publicznego, choć Ministerstwo Zdrowia zakazało finansowania tej instytucji. Kilkunastu pracowników instytutu dorabiało jednak w szkole umowami-zleceniami. Z kolei Instytut Technologii Drewna pieniądze przyznane na aparaturę naukową wydał na remont instalacji wodnej i gazowej.
Większość tych instytucji prowadzi projekty badawcze, na które nie ma popytu na rynku. A projektów istotnych dla resortów, którym podlegają, po prostu nie potrafią wykonać. Ministerstwo Gospodarki musiało takie projekty zamawiać w prywatnych instytucjach: Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową, Niezależnym Ośrodku Badań Ekonomicznych, Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Jeśli otrzymują z KBN środki na te projekty, to dlatego, że we wnioskach o granty nie przedstawiają prawdziwych danych. Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Siarkowego Siarkopol otrzymał na przykład od KBN 55 tys. zł na wdrożenie produkcji tioacetamidu (150 kg rocznie). Rzeczywiste roczne zapotrzebowanie na ten produkt nie przekracza 20 kg. KBN podpisał też umowę z Instytutem Techniki Grzewczej i Sanitarnej oraz Fabryką Kotłów i Konstrukcji Stalowych (przekazując 80 tys. zł). Chodziło o projekt kondensacyjnych wymienników ciepła. Zamiast kilkudziesięciu rocznie - jak szacowano - udało się sprzedać tylko jeden. Jeszcze gorzej poszło Ośrodkowi Badawczo-Rozwojowemu Środków Organizacyjno-Technicznych Prebot. KBN przyznał mu 120 tys. zł na realizację projektu budowy maszyn frankujących. Wyprodukowano tylko serię próbną, której nikt nie chciał kupić nawet po kosztach producenta.

Biura wynajmu i wyprzedaży
Jak radzą sobie instytuty i ośrodki badawcze, skoro nie ma popytu na ich projekty i rezultaty badań? Wydawałoby się, że powinny zmienić profil, poszukać nowych klientów za granicą. Niestety, tak się nie dzieje. Kilkadziesiąt z nich znalazło o wiele prostszy sposób - wynajmują biura, które przeważnie nie są ich własnością, lecz mieniem komunalnym lub skarbu państwa. Instytut Ekonomiki i Gospodarki Żywnościowej około 61 proc. posiadanej powierzchni (13,4 tys. m2) w centrum Warszawy wydzierżawił innym użytkownikom, co w ciągu trzech lat przyniosło ponad 9 mln zł zysku. Przemysłowy Instytut Elektroniki również w ciągu trzech lat zarobił prawie 4 mln zł z tytułu wynajmu 42 proc. posiadanej powierzchni. Instytut Logistyki i Magazynowania też wynajmował pomieszczenia, ale zapominał wyegzekwować czynsz. Najemca nie płacił przez dwa lata, po czym zbankrutował.
Są i takie instytucje, które zaprzestały jakiejkolwiek działalności badawczej, a żyją z wyprzedaży majątku. Tak zrobił choćby Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Ogrodnictwa, który przez ostatnie pięć lat systematycznie ograniczał aktywność, by w ubiegłym roku całkowicie zaprzestać badań. Nadal jednak zatrudnia jedenastu pracowników. - Jednostki badawczo-rozwojowe działają w Polsce na zasadzie zamrażarki. Podtrzymują tylko standard życia zatrudnionych w nich osób, nie wnosząc praktycznie nic do rozwoju polskiej nauki i nie dając praktycznie żadnych zysków polskiej gospodarce - mówi Janusz Lewandowski, ekonomista, poseł Platformy Obywatelskiej.

Standaryzacja zieleni kapusty
Mimo że większość już istniejących instytucji pasożytów nie ma co robić, wciąż powstają nowe, na przykład wspomniany Instytut Rozwoju Służb Społecznych w Warszawie (IRSS). NIK ustaliła, że od czasu utworzenia w 1998 r. instytut nie prowadził żadnych badań naukowych ani prac badawczo-rozwojowych. Głównym źródłem jego przychodów była zaś działalność gospodarcza i usługowa, polegająca na wynajmowaniu bazy hotelowo-szkoleniowej. W 1998 r. przyniosła ona 95 proc. przychodów instytutu, a w I półroczu 1999 r. - 80 proc. Ustalono, że IRSS prowadził taką samą działalność jak zlikwidowany zakład budżetowy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej - Centrum Rozwoju Służb Społecznych (zlikwidowano go dlatego, że generował straty i nie było popytu na jego usługi). Jakby tego było mało, część zadań zapisanych w statucie IRSS była identyczna z zadaniami realizowanymi od dawna przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych.
W połowie 1996 r. PSL, wówczas partia rządząca, przeforsowała ustawę o państwowym nadzorze standaryzacyjnym. Na jej podstawie powołano Centralny Inspektorat Standaryzacji. Inspektorat za stosowne opłaty kontroluje poszczególne fazy produkcji, przechowywania i transportu, wydając potem orzeczenie o jakości eksportowanych i importowanych towarów. Inspektorzy CIS badają na przykład, czy kapusta jest wystarczająco zielona, a jabłka - owalne. Nawet znani z biurokracji urzędnicy Unii Europejskiej dziwią się, że w Polsce kontrolą żywności zajmuje się sześć instytucji, których kompetencje się pokrywają. Istnieje bowiem sanepid, Inspekcja Weterynaryjna, Państwowa Inspekcja Handlowa, Państwowa Inspekcja Skupu i Przetwórstwa Artykułów Rolnych, Inspekcja Ochrony Roślin i właśnie Centralny Inspektorat Standaryzacji.

Fabryki strat
Pasożytujące na funduszach publicznych instytucje są tak prawnie umocowane, że ich likwidacja wiąże się z wysokimi kosztami. Już kilka lat temu należało zamknąć co najmniej 50 spośród 126 jednostek badawczo-rozwojowych podlegających resortowi gospodarki, ale wciąż nie ma na to pieniędzy. Prawo mówi bowiem, że jednostka badawcza nie może zostać postawiona w stan upadłości, a jedynie zlikwidowana. W takim wypadku za wszystkie długi likwidowanej firmy płaci skarb państwa. Ponieważ świeci on pustkami, ośrodki nadal działają, a ich długi - przede wszystkim wobec ZUS - rosną. Im dłużej działają, tym większych sum wymaga uregulowanie ich należności. - W tym roku Janusz Steinhoff, były minister gospodarki, zwracał się do Ministerstwa Finansów o przyznanie na ten cel 68 mln zł, a dostał jedynie 5 mln zł - mówi Jerzy Owczarek, dyrektor Departamentu Jednostek Badawczo-Rozwojowych i Współpracy Naukowej w Ministerstwie Gospodarki. Powstaje więc błędne koło: instytuty i ośrodki przynoszą coraz większe straty, ale nie ma pieniędzy na to, by ten mechanizm zatrzymać. Podtrzymywanie ich przy życiu kosztuje więcej, niż kosztowałaby natychmiastowa likwidacja, tyle że te koszty są rozłożone w czasie.
Utrzymywanie statusu jednostki badawczo-rozwojowej opłaca się jeszcze z tego powodu, że placówki te nie płacą podatku dochodowego od osób prawnych, korzystają też z różnych ulg. - Ulgi miały umożliwić prowadzenie badań, abyśmy mogli sprostać wymogom Unii Europejskiej - mówi Zdzisław Rawicki, zastępca dyrektora Departamentu Prawnego Komitetu Badań Naukowych. W efekcie wielu z nich opłaca się nawet wegetacja, czyli wyprzedaż majątku bądź wynajmowanie pomieszczeń. Nie występują wówczas o granty do KBN. Tak postępuje na przykład Instytut Poligraficzny, który od kilku lat nie starał się w ogóle o dotacje, nie ma żadnego projektu badawczego.
Ze zdrowym rozsądkiem i rachunkiem ekonomicznym kłóci się też dofinansowywanie i przyznawanie kolejnych grantów jednostkom od lat przynoszącym straty. Na przykład Centralne Laboratorium Akumulatorów i Ogniw w ubiegłym roku przyniosło prawie 800 tys. zł strat. Instytut Przemysłu Organicznego otrzymał w roku 2000 ponad 5 mln zł dotacji, a zarobił niespełna 25 tys. zł. Przemysłowy Instytut Maszyn Budowlanych dostał z KBN 2,5 mln zł, a rok finansowy zakończył stratą sięgającą 500 tys. zł.

Rentierzy podatników
Większość tych instytucji należy zlikwidować, część można sprywatyzować i poddać normalnej rynkowej konkurencji. - Ponad dziewięćdziesiąt procent z nich trzeba by objąć szybką komercjalizacją. Na państwowym garnuszku pozostałyby jedynie te, których istnienie jest niezbędne dla bezpieczeństwa państwa - uważa Janusz Steinhoff. Niestety, dotychczas udało się sprywatyzować tylko jedną placówkę - Instytut Farmaceutyczny. Kupili go sami pracownicy. W prywatne ręce można by również przekazać na przykład Główny Urząd Statystyczny, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej czy sanepid. Instytucje te mogłyby wówczas zmniejszyć zatrudnienie, ograniczyć koszty, zracjonalizować strukturę. Na przykład państwowy GUS składa się obecnie z 12 departamentów, 13 wydzielonych biur i zakładów w centrali, a także 16 wojewódzkich urzędów statystycznych wraz z 70 oddziałami terenowymi. Do tego dochodzi kilka ośrodków szkoleniowych.
Wydawałoby się, że ośrodki i instytuty zatrudniające ludzi z tytułami naukowymi spełniają wszelkie warunki, by sprostać wymaganiom wolnego rynku, by się uniezależnić od budżetowych dotacji. W rzeczywistości jest przeciwnie: nie zmuszane do konkurowania i przynoszenia zysków ani w czasach PRL, ani w III RP, jednostki te pozostały skamielinami poprzedniego systemu, a ich pracownicy stali się rentierami podatników. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych każdy pracownik podobnych instytucji wypracowuje ponad pół miliona dolarów (ponad 2 mln zł) zysku rocznie. W Polsce na każdego pracownika przypada około 50 tys. zł strat.

Okładka tygodnika WPROST: 46/2001
Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0