Kodeks antypracy

Kodeks antypracy

Dodano:   /  Zmieniono: 
756 pozycji zawiera lista przepisów wykonawczych do ciągle obowiązującego, uchwalonego niemal 27 lat temu, kodeksu pracy. Oznacza to, że bardzo dobrze być w Polsce specjalistą od prawa pracy, znacznie gorzej przedsiębiorcą, a jeszcze gorzej pracownikiem.

Najgorzej jednak być osobą szukającą pracy. Polski podręcznik ludzi żyjących niejako obok pracy nowelizowano 34 razy. Zrobiono wiele, by miejsc pracy było coraz mniej. - Potrzebujemy nowego kodeksu. A może najlepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki byłoby regulowanie stosunków pomiędzy pracodawcami i pracobiorcami bez jakiegokolwiek kodeksu? - zastanawiali się liderzy Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, uczestnicy dyskusji zorganizowanej w redakcji "Wprost".

Na zieloną trawkę
Przez lata lewicowi intelektualiści uzasadniali konieczność drobiazgowej regulacji prawa pracy nierównoprawnością stron. Wedle tego rozumowania, stosunku pracy nie może regulować prawo umów, gdyż pracownik jest stroną słabszą i mógłby być przez krwiożerczego kapitalistę wykorzystywany. Powyższe rozumowanie ma tylko jeden słaby punkt. Otóż nie ma możliwości wprowadzenia prawnego przymusu zatrudniania. Oznacza to, że - niestety - pracodawca zatrudni pracownika tylko wtedy, gdy będzie mu się to opłacało. Z tego dość odkrywczego stwierdzenia wysnuć można dalsze wnioski. Jeżeli poprzez poszerzanie uprawnień pracowniczych będziemy podwyższać koszty pracy, to pracodawcy uruchomią mechanizmy obronne: zastąpią ludzi maszynami lub nie powiększą produkcji. Ci, którzy w taki sposób potrafią się bronić, będą zatrudniać mniej osób. W efekcie ochrony praw pracowniczych poprawi się sytuacja tych, którzy mają pracę. Wzrośnie jednak bezrobocie i zmniejszy się szansa na znalezienie zatrudnienia przez bezrobotnych.
Na tym kłopoty się nie kończą. Przecież nie wszyscy przedsiębiorcy potrafią zneutralizować wzrost kosztów. Część z nich zatem zbankrutuje (w miarę poszerzania uprawnień pracowników będzie ich oczywiście coraz więcej). To zaś oznacza, że bezrobocie wzrośnie i obejmie tych, którzy jeszcze do niedawna znajdowali się w dość komfortowej sytuacji. Paradoksem jest to, że zapewne większość z nich wolałaby utrzymać pracę nawet na gorszych warunkach, niż trafić na zieloną trawkę.

Kodeks zniechęcania pracodawców
Od dziesięciu lat poziom bezrobocia w Polsce przekracza dziesięć procent. Mogłoby się więc wydawać, że prawo powinno się zmieniać w kierunku ograniczania uprawnień pracowniczych - zwłaszcza tych, które silnie wpływają na koszty pracy. Dzieje się jednak odwrotnie. W 1996 r. przerzucono na pracodawców koszty zwolnień lekarskich. W 1999 r. zdecydowano o wydłużeniu urlopów macierzyńskich z 16 tygodni do 26 tygodni, a w wypadku bliźniaków z 26 tygodni do 39 tygodni. Nowelę wprowadzono, mimo że Ministerstwo Finansów ostrzegało, iż będzie ona kosztować pół miliarda złotych (w 1999 r.). Tym samym Polska znacznie przekroczyła międzynarodowe standardy - Konwencja Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 102 zakłada, że urlopy powinny trwać co najmniej 12 tygodni, a wysokość świadczeń powinna wynosić co najmniej 45 proc. pensji osoby uprawnionej. I jakby tego było mało, ponieważ my w Polsce jesteśmy bardzo prorodzinni, w Sejmie leży poselski projekt wydłużenia tych urlopów o kolejne cztery tygodnie.
W marcu tego roku zafundowaliśmy sobie z kolei skrócenie czasu pracy. Tutaj już niepotrzebni byli zawodowi rachmistrze. Każde dziecko jest bowiem w stanie wyliczyć, że skrócenie czasu pracy przy niezmienionym wynagrodzeniu oznacza jednostkowy wzrost kosztu pracy o 5 proc. A ponieważ my w Polsce jesteśmy ludźmi głęboko wierzącymi (także w to, że mniej pracując, osiągniemy większy dobrobyt) grozi nam dalsze skracanie czasu pracy. W Sejmie leżą dwa poselskie projekty ustaw o dodatkowych dniach wolnych od pracy. Miałyby nimi być Wielki Piątek i Zielone Świątki. Zmniejszyłoby to liczbę dni roboczych (około 225 w roku) o symboliczny procencik.

Pakiet zdrowego rozsądku
Pracodawcy od lat proszą, by im ulżyć. W szczególności starają się o to, aby zdjąć z nich obowiązek wypłacania zasiłków chorobowych, uprościć procedurę rozwiązywania umów o pracę, likwidując zapis o "uzasadnionych powodach" takiej decyzji. Proponują też uniemożliwienie unikania przyjęcia wypowiedzenia poprzez ucieczkę na chorobowe, zredukowanie kosztów zwolnienia (obowiązują u nas jedne z dłuższych okresów wypowiedzeń, a jak wiadomo, taniej jest zwolnić pracownika ze świadczenia obowiązku pracy w okresie wypowiedzenia, niż zatrudnić dwie dodatkowe osoby, które będą po zwalnianym poprawiać). Pracodawcy chcą, by ułatwić im zatrudnianie nowych pracowników przez zniesienie ograniczenia, że tylko dwie kolejne umowy o pracę mogą mieć charakter czasowy oraz wprowadzenie umów na zastępstwo i okres nieusprawiedliwionej nieobecności dotychczasowego pracownika. Ponadto domagają się zniesienia płacy minimalnej lub przynajmniej jej regionalnego zróżnicowania i zmiany zasad indeksacji. Wyjaśnijmy, że w Polsce relacja płacy minimalnej do średniej należy do najwyższych w świecie - wielu bezrobotnych zgodziłoby się pracować za niższe stawki. Do tego dodajmy postulat uelastycznienia czasu pracy, zwiększenia limitu godzin nadliczbowych (co jest logiczne przy skracaniu czasu pracy) i zmniejszenia dodatkowego wynagrodzenia za taką pracę.

Kodeks rozdawnictwa
Wydawać się może, że w sytuacji, gdy stopa bezrobocia przekroczyła już 16 proc., a w roku przyszłym najprawdopodobniej sięgnie 20 proc., propozycje te zasługują na poważne potraktowanie. Posłowie i senatorowie byli jednak innego zdania. W uchwalonej 23 sierpnia noweli kodeksu pracy podtrzymali większość rozwiązań uznawanych przez przedsiębiorców za złe. Utrzymano 150-godzinny roczny limit godzin nadliczbowych i zasadę, że za dwie pierwsze godziny nadliczbowe w ciągu doby przysługuje dodatek w wysokości 50 proc. wynagrodzenia, a za następne - w wysokości 100 proc. Dodatkowo wydłużono minimalny wymiar urlopu wypoczynkowego z 18 dni do 20 dni rocznie, zniesiono możliwość zastąpienia urlopu ekwiwalentem pieniężnym, wydłużono urlop przysługujący pracownikom sezonowym z 1,5 dnia do 2 dni miesięcznie. Usztywniono też reguły określania czasu pracy, wprowadzając prawo do odpoczynku dobowego trwającego nieprzerwanie 11 godzin oraz prawo do wypoczynku tygodniowego trwającego nieprzerwanie 35 godzin. Tyle nabroił Sejm, a Senat dorzucił do tego ustawowy zakaz pracy w niedzielę.

Status quo ante
Polska paranoja polityczna polega na tym, że głosami posłów i senatorów AWS parlament namiętnie uchwalał ustawy, które dobiłyby cierpiącą na zadyszkę polską gospodarkę. Szefowie AWS pięć minut po przyjęciu owych ustaw biegli ukradkiem do prezydenta z prośbą o ich wetowanie. Przyznać trzeba, że rolę ostatniej deski ratunku prezydent Kwaśniewski odegrał dobrze. Niedawno ze względu na "trudną sytuację budżetową państwa oraz rosnące bezrobocie" odmówił podpisania nowelizacji kodeksu pracy. Jak stwierdził, "wprowadzenie zakazu pracy w niedzielę mogłoby doprowadzić do zwolnienia około 16 tys. osób, a zakaz ten skutkowałby również dodatkowymi obciążeniami budżetu państwa (zasiłki dla bezrobotnych, ubezpieczenia itd.) oraz zmniejszeniem obrotów w ważnym sektorze gospodarki".
Mimo weta nie ma się z czego cieszyć. Od zablokowania zmian niekorzystnych i nonsensownych do wprowadzenia przepisów ułatwiających tworzenie miejsc pracy droga daleka. W dodatku nie ma żadnej pewności, czy odważymy się ją przebyć.

Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0